24.10.2024, 12:56 ✶
Jeszcze nie tak dawno temu Peregrinus zapewne zareagowałby na rezygnację Vakela podobnie jak Scylla. Wierzył głęboko w prawo do prywatności mistrza i unikał jak ognia ingerowania w nie. Tak było jeszcze początkiem wiosny. Stopniową ewolucją na przestrzeni miesięcy dotarł do etapu, na którym arcyważne, tajemnicze spotkanie Vakela, które wypadło w dniu ich wyprawy na Polanę Ognisk, rozdrażniło go. Nie samym tym, że było arcyważne, ile tym, że było tajemnicze. Mnożyły się w ostatnim czasie w umyśle Trelawneya kolejne znaki zapytania dotyczące tajemnic Dolohova, ale upychał je dzielnie z tyłu głowy, a one gziły się tam ze sobą i płodziły frustrację.
Ugh.
Humor zatem może i zepsuty, lecz Peregrin dołożył wszelkich starań, aby ani kropla jego infantylnego obrażalstwa nie spadła na Scyllę. Po części, aby nie psuć i jej humoru; po części, aby uniknąć pytań, na które nie chciał odpowiadać. Mówił tym samym jeszcze mniej niż zazwyczaj, przez całą drogę sprawiał wrażenie nieobecnego, pogrążonego w myślach i oderwanego od rzeczywistości. Gdy na granicy pstrokatej taśmy poproszono ich o upoważnienia, sprawiał wrażenie zdezorientowanego lunatyka wyrwanego z głębin snu. Z roztargnieniem przetrząsnął torbę, wydobył z niej ostemplowane poręczenie i dostali się z Greyback na Polanę.
Zbliżając się do miejsca prac naukowców, metodycznie wyrzucał z głowy kolejne myśli o Dolohovie, w ich miejsce notował bieżące spostrzeżenia. Może i nie wiedzieli o anomalii wiele, ale teorie mnożyły się w nim szybciej niż negatywne emocje. Nauka, jego pierwsza i najwierniejsza miłość, jak zawsze nie zawiodła, skutecznie odwracając uwagę.
Naturalnie jako pierwsze przyciągnęło go drzewo w sercu kręgów. Bezwiednie ruszył ich śladem, aby przyjrzeć się anomalii dokładnie z każdej strony.
— Tak, jak baobab. Diabelskie drzewo — przytaknął Greyback głosem na tyle cichym, aby nie usłyszeli ich rozmowy inni. Jednocześnie pożerał wzrokiem wyciągnięte ku niebu korzenie, kontynuując leniwe oględziny. Przepadł bez reszty: letni wiatr wywiał z jego głowy jedną hiperfiksację i zaszczepił w tę nową. — Dla niektórych dzieło czarta, dla innych dotyk boskiej ręki. Krążą podania o mugolskich świętych, którzy sadzili drzewa do góry korzeniami, aby dokonać cudu. Oto wzniesienie tego, co ziemskie, ku niebiosom. Inni czczą drzewo kosmiczne, oś świata, axis mundi. Miejsce, w którym zbiega się czas i przestrzeń. Zamienienie jego korzenia z koroną jako zamienienie przeszłości z przyszłością.
Znaczenia przeplatały się w głowie wróżbity, który to latami studiował odczytywanie symboli wszechświata, aby nigdy nic nie umknęło jego odczytom przepowiedni. Wszystko zaś w tym drzewie zdawało się zbiegać do jednego: odwrócenia. Diabła odwracającego porządek rzeczy. Ziemi zmieniającej miejsce z niebem.
Krainy żywych zmieniającej miejsce z krainą umarłych.
— To pokłosie Beltane. Nie wiem, czy księżyc i słońce mają z tym coś wspólnego. Pewnie mistrz Dolohov miałby na ten temat więcej do powiedzenia. — Zdanie nabite na cieniutką szpileczkę wyrzutów w kierunku nieobecnego. — Wiem natomiast, że podczas Beltane żywi weszli do Limbo. — Peregrinus przystanął, kończąc swój spacer dookoła drzewa. — Co jeśli i Limbo wyszło do świata żywych? Jak to drzewo. — Wzniósł oczy, aby sięgnąć najwyższych jego partii. — Świat podziemny przeniesiony na powierzchnię.
Ugh.
Humor zatem może i zepsuty, lecz Peregrin dołożył wszelkich starań, aby ani kropla jego infantylnego obrażalstwa nie spadła na Scyllę. Po części, aby nie psuć i jej humoru; po części, aby uniknąć pytań, na które nie chciał odpowiadać. Mówił tym samym jeszcze mniej niż zazwyczaj, przez całą drogę sprawiał wrażenie nieobecnego, pogrążonego w myślach i oderwanego od rzeczywistości. Gdy na granicy pstrokatej taśmy poproszono ich o upoważnienia, sprawiał wrażenie zdezorientowanego lunatyka wyrwanego z głębin snu. Z roztargnieniem przetrząsnął torbę, wydobył z niej ostemplowane poręczenie i dostali się z Greyback na Polanę.
Zbliżając się do miejsca prac naukowców, metodycznie wyrzucał z głowy kolejne myśli o Dolohovie, w ich miejsce notował bieżące spostrzeżenia. Może i nie wiedzieli o anomalii wiele, ale teorie mnożyły się w nim szybciej niż negatywne emocje. Nauka, jego pierwsza i najwierniejsza miłość, jak zawsze nie zawiodła, skutecznie odwracając uwagę.
Naturalnie jako pierwsze przyciągnęło go drzewo w sercu kręgów. Bezwiednie ruszył ich śladem, aby przyjrzeć się anomalii dokładnie z każdej strony.
— Tak, jak baobab. Diabelskie drzewo — przytaknął Greyback głosem na tyle cichym, aby nie usłyszeli ich rozmowy inni. Jednocześnie pożerał wzrokiem wyciągnięte ku niebu korzenie, kontynuując leniwe oględziny. Przepadł bez reszty: letni wiatr wywiał z jego głowy jedną hiperfiksację i zaszczepił w tę nową. — Dla niektórych dzieło czarta, dla innych dotyk boskiej ręki. Krążą podania o mugolskich świętych, którzy sadzili drzewa do góry korzeniami, aby dokonać cudu. Oto wzniesienie tego, co ziemskie, ku niebiosom. Inni czczą drzewo kosmiczne, oś świata, axis mundi. Miejsce, w którym zbiega się czas i przestrzeń. Zamienienie jego korzenia z koroną jako zamienienie przeszłości z przyszłością.
Znaczenia przeplatały się w głowie wróżbity, który to latami studiował odczytywanie symboli wszechświata, aby nigdy nic nie umknęło jego odczytom przepowiedni. Wszystko zaś w tym drzewie zdawało się zbiegać do jednego: odwrócenia. Diabła odwracającego porządek rzeczy. Ziemi zmieniającej miejsce z niebem.
Krainy żywych zmieniającej miejsce z krainą umarłych.
— To pokłosie Beltane. Nie wiem, czy księżyc i słońce mają z tym coś wspólnego. Pewnie mistrz Dolohov miałby na ten temat więcej do powiedzenia. — Zdanie nabite na cieniutką szpileczkę wyrzutów w kierunku nieobecnego. — Wiem natomiast, że podczas Beltane żywi weszli do Limbo. — Peregrinus przystanął, kończąc swój spacer dookoła drzewa. — Co jeśli i Limbo wyszło do świata żywych? Jak to drzewo. — Wzniósł oczy, aby sięgnąć najwyższych jego partii. — Świat podziemny przeniesiony na powierzchnię.
źródło?
objawiono mi to we śnie
objawiono mi to we śnie