24.10.2024, 09:27 ✶
Faye nie biegła. Zatrzymała się i schowała za drzewem, by móc obserwować. Łapała w nozdrza nieznajome jej zapachy. Bywała w Kniei lata temu, teraz jednak miała wrażenie, że wszystko tu było inne. Panowała tu zdecydowanie inna atmosfera, która przesiąkała jej zmysły złem i strachem. A jednak wiedziała, że musi przeć dalej - coś ją wzywało. I to coś zmusiło ją do przemiany. Nie wiedziała czym to coś było, ale wiedziała, że nic nie działo się bez przyczyny. Jeżeli wzywało ją do Kniei, musiała poddać się temu uczuciu. Ale jednocześnie nie mogła zignorować swoich wilczych instynktów, które nakazywały jej rozpoznać przeciwnika. Bo tak teraz odbierała to, co się działo: jako zagrożenie.
Zmysły ją ostrzegały: to nie było nic małego. To było ogromne. Słyszała trzask łamanych gałęzi i rozgarnianych liści. Odruchowo odsłoniła zęby, a z jej gardła wydobył się głuchy warkot. Gdy spomiędzy drzew wychynął niedźwiedź, Faye kłapnęła zębami ostrzegawczo. Był zwierzęciem, tak jak ona - był częścią Kniei. Nie widziała powodu, by go atakować, chociaż gdzieś z tyłu głowy pojawiła się myśl, że przecież niedźwiedzie nie zapuszczały się tutaj, tak blisko siedzib ludzkich. Ten również pachniał inaczej i pewnie gdyby spotkała go w innych, bardziej logicznych i spokojnych okolicznościach, oddałaby się zadumie i doszła do wniosku, że to nie może być zwierzę. Lecz teraz... Teraz to nie miało znaczenia. Do jej nozdrzy doszedł dziwny zapach kolejnego zwierzęcia, a także odgłos tupotu małych stópek.
Nie, nie mogła tego zignorować. Coś tu było nie tak. Z gardła Traversowej wydobyło się głośne wycie, gdy wilkołacza głowa odchyliła się w tył. Skowyt trwał zaledwie kilka sekund, a po nim nastąpił zryw. Faye zerwała się do ucieczki. Księżyc ją wzywał, wzywała matka, wzywały dęby. Nie była w stanie dłużej ignorować tego nawoływania. Odpowiedziała na nie tak, jak potrafiła: wyciem.
Liście i błoto podniosło się gwałtownie, gdy wilkołaczyca zerwała się do biegu, pragnąc zgubić zwierzęcy pościg. Nie powinno tu być żadnych zwierząt, one przecież miały instynkt. Najwyraźniej w przeciwieństwie do niej, przemknęło jej przez myśl, gdy mijała z gracją kolejne strzeliste drzewa. Poddała się wołaniu niemalże całkowicie, ignorując otoczenie i odgłosy za nią oraz z boku. Ignorowała zimno, które robiło się coraz dotkliwsze, gdy zagłębiała się w puszczę. Biegła ile sił, czując że jest coraz bliżej. Coraz bliżej źródła pragnienia, które było coraz mocniejsze. Już nie biegła - to był niemalże cwał. Mijała kolejne drzewa oraz postacie, które lewitowały między dębami. Zdawała się ich nie zauważać, jakby ktoś założył jej klapki na oczy.
Zmysły ją ostrzegały: to nie było nic małego. To było ogromne. Słyszała trzask łamanych gałęzi i rozgarnianych liści. Odruchowo odsłoniła zęby, a z jej gardła wydobył się głuchy warkot. Gdy spomiędzy drzew wychynął niedźwiedź, Faye kłapnęła zębami ostrzegawczo. Był zwierzęciem, tak jak ona - był częścią Kniei. Nie widziała powodu, by go atakować, chociaż gdzieś z tyłu głowy pojawiła się myśl, że przecież niedźwiedzie nie zapuszczały się tutaj, tak blisko siedzib ludzkich. Ten również pachniał inaczej i pewnie gdyby spotkała go w innych, bardziej logicznych i spokojnych okolicznościach, oddałaby się zadumie i doszła do wniosku, że to nie może być zwierzę. Lecz teraz... Teraz to nie miało znaczenia. Do jej nozdrzy doszedł dziwny zapach kolejnego zwierzęcia, a także odgłos tupotu małych stópek.
Nie, nie mogła tego zignorować. Coś tu było nie tak. Z gardła Traversowej wydobyło się głośne wycie, gdy wilkołacza głowa odchyliła się w tył. Skowyt trwał zaledwie kilka sekund, a po nim nastąpił zryw. Faye zerwała się do ucieczki. Księżyc ją wzywał, wzywała matka, wzywały dęby. Nie była w stanie dłużej ignorować tego nawoływania. Odpowiedziała na nie tak, jak potrafiła: wyciem.
Liście i błoto podniosło się gwałtownie, gdy wilkołaczyca zerwała się do biegu, pragnąc zgubić zwierzęcy pościg. Nie powinno tu być żadnych zwierząt, one przecież miały instynkt. Najwyraźniej w przeciwieństwie do niej, przemknęło jej przez myśl, gdy mijała z gracją kolejne strzeliste drzewa. Poddała się wołaniu niemalże całkowicie, ignorując otoczenie i odgłosy za nią oraz z boku. Ignorowała zimno, które robiło się coraz dotkliwsze, gdy zagłębiała się w puszczę. Biegła ile sił, czując że jest coraz bliżej. Coraz bliżej źródła pragnienia, które było coraz mocniejsze. Już nie biegła - to był niemalże cwał. Mijała kolejne drzewa oraz postacie, które lewitowały między dębami. Zdawała się ich nie zauważać, jakby ktoś założył jej klapki na oczy.