Było to być może tym bardziej prawdziwe, biorąc pod uwagę ostatnie trzy i pół miesiąca – to była prawdziwa podróż w głąb siebie, w rejony, których się o sobie nie wiedziało, ale świat nie zamierzał czekać, aż się namyślisz i należało to odkrywać teraz. Choćby to, że jednak jest w tym życiu ktoś ważny, ważniejszy niż przyjaciel, że może warto się zatrzymać i przestać wzbraniać przed uczuciem i sobie na nie pozwolić po raz pierwszy w życiu. Że życie jest krótkie, bardzo krótkie i trzeba liczyć się z tym, że skończy się, zanim się na dobre zacznie i wypadałoby już teraz zacząć robić rachunek sumienia, by szybko przejść do żalu za grzechy. Że trzy miesiące to krótko i długo jednocześnie; że w ich czasie ktoś zdąży złamać ci serce na milion kawałków, a i tak będziesz się martwić i dbać, i starać się, chociaż czujesz tylko odrzucenie, a potem… że ta sama osoba otula twoje serce dłońmi, niczym kocem i magiczną taśmą, wkładając te porozrzucane kawałki na swoje miejsce. Niekończąca się przygoda, gwiazda życia, która blyska gdzies na ciemnym firmamencie. Czy błyśnie i zgaśnie?
Czy zdążymy wypowiedzieć to ostatnie życzenie?
Victoria nie miała bladego pojęcia, że w życiu uczuciowym Anthonego jest równie zawile co i w jej; że mają bardzo zbliżone doświadczenia, że i jego serce było ściśnięte, rozbite i znowu sklejane, i to wcale nie z powodu śmierci żony. Że wyczekiwał tego spotkania, licząc na oderwanie myśli, że jest z niej tak dumny, jak chyba nigdy nie była jej matka… Na co dzień nie myślało się o takich rzeczach, prawda? Bo miał swoje życie, a ona miała swoje…
– Zawsze ich dotrzymuję, chyba, że naprawdę zaniemogę – jak po Beltane na przykład, gdy cały dzień przeleżała w polowym szpitalu, z którego nie chcieli ich wypuścić samych, aż Sauriel musiał ją stamtąd odebrać, a potem pomóc jej iść – wtedy zaniemogła i jeśli komuś coś obiecała, to nie była w stanie tej obietnicy dotrzymać. Zaskoczyło ją, że Anthony w ogóle złapał te jej lodowato trupie dłonie, że ubiegł ją, nim ona je zabrała w odruchu, który w sobie wykształciła przez te miesiące, nie chcąc sprawiać ludziom dyskomfortu swoją obecnością i aurą, ale też sobie – bo to mimo wszystko sprawiało jej przykrość, to jak ludzie się mimowolnie wzdrygali. Zdziwiło ją też, że sam po nią przyszedł, a teraz prowadził, gdy sama zerkała czy coś się tutaj nie zmieniło od czasu, gdy była tutaj ostatnio.
Na targu w Aleksandrii długo zastanawiała się, co właściwie przywieźć dla Anthonego, który był tam przecież tyle razy i znał Egipt doskonale… ostatecznie jednak zdecydowała się na niewielki, złoty ankh, w myśl tego, że liczy się gest, a po tym, co przydarzyło się jej… Życzyła Shafiqowi zdrowia i naprawdę długiego życia.
– Mam coś dla ciebie – nie było to wiele, ale ani ona, ani Anthony nie potrzebowali przecież drogich upominków; nie, gdy opływali w pieniądzach. On lubił się nimi chwalić, co uwydatniał w drogich ubraniach i chociażby w tym domu, ona – jedynie w materiałach, jakie nosiła, bo nie lubiła wydawać pieniędzy na byle co. Zresztą nie nosiła nawet żadnej biżuterii… prócz srebrnej róży z rubinem w środku, zawieszonej na półprzezroczystej, czarnej wstążce na szyi kobiety. Victoria już dawno nie nosiła żadnej biżuterii. Wręczyła wujowi malutką, błyszczącą torebeczkę i uśmiechnęła się leciutko samymi kącikami ust. Nie uszło jej uwadze, jak był ubrany, tak jak i ta lekka opalenizna, praktycznie nie do zdobycia w… skąpym angielskim słońcu. Z drugiej jednak strony, ona spędziwszy kilka dni w Afryce, była tak samo blada jak wcześniej, co czarny strój (materiałowe, dopasowane do niej spodnie i czarna koszula wyszywana w roślinne motywy doskonale podkreślał – to znaczy na tyle, na ile blada mogła być w swej oliwkowej, już i tak odrobinę ciemniejszej cerze. Z pewnością jednak afrykańskie słońce jej nie musnęło.
– A może być to i to? – uśmiechnęła się nieznacznie, zupełnie nieświadoma tego, jakie nieszczęście się dzisiejszego dnia stało i o czym dowie się jutro. Ale teraz było teraz i miała ochotę zmoczyć usta alkoholem, tym bardziej biorąc pod uwagę nerwy, jakie wiązały się z tą egipską podróżą i wiedzą, jaką z tego wyniosła. – Wszystko w porządku? Wydajesz się być… – Victoria zawahała się na moment, szukając odpowiedniego słowa. – Poruszony – powiedziała zaraz. Sama była dużo spokojniejsza, wyciszona – jak to ona, chociaż w pewnym sensie na pewno emanowała większym szczęściem niż choćby miesiąc temu.