23.10.2024, 12:56 ✶
Obudzenie się nigdy nie było proste.
Wymagało zmierzenia się z przeszłością, którą tak uważnie pielęgnowała. Dbała jak o delikatny różany ogród, pilnując by żadne robactwo nie zaczęło toczyć jej ukochanych wspomnień. A te wabiły ją do siebie ciepłem i upragnionym spokojem.
Zamknęła za sobą drzwi, niepomna na śpiącego męża, któremu nie dane było się obudzić. Już nie.
Puchate kocisko dziarsko maszerowało wraz z nią niekończącym się kamiennym korytarzem, co jakiś czas prześlizgując się między nogami czarownicy. Oddany towarzysz w marszu śmierci. Stukot obcasów i pobrzękiwanie złotej przywieszki przy kociej obroży były jedynymi dźwiękami, które ją otaczały, choć mogłaby przysiąc, że zza wilgotnych ścian słyszy szum oceanu i fal rozbijających się o prastare mury.
Pałac pamięci osnuty wieczną chłodną mgłą był najbliższym miejscem sercu, które nie wiedziało czym jest prawdziwe szczęście.
Kolejne piętra.
Kolejne schody.
Kolejne drzwi za którymi kryły się kolejne kuszące wspomnienia.
I oświetlająca całą tą drogę dogasająca świeca, której wosk spływał po kandelabrze, parząc jej skórę.
W końcu znaleźli się na samym szczycie wieży i pewnie, gdyby dotykało ją tu zimno- zaczęłaby się naraz trząść. Mroźny wiatr targający morską wodą. Lorien przystanęła na mokrej i brudnej krawędzi wieży. Zdmuchnęła świeczkę, by móc w ciemności spojrzeć na setki gwiazd, którymi było zroszone Północne niebo. Księżyc wszedł w swoją ostatnią kwadrę dążąc do nowiu, który nigdy nie miał nastąpić. Nie mógł. Czas zatrzymał się tu w miejscu lata temu.
- Ile razy już tu umarłam? Ile jeszcze przede mną zanim to wszystko się skończy? - Zapytała kota, a kot jak to koty mają w zwyczaju - nie odpowiedział. Zamiast tego strącił łapą odstawiony na ziemię świecznik, a Lorien w milczeniu obserwowała jak ów spada, by roztrzaskać się o ostre skały. Nie była tu sama. Nigdy nie była. Jednak uczucie chłodnej, kościstej dłoni na swoim karku wciąż było czymś obcym. Niechcianym. Ale nawet to było częścią niej. Dlatego obróciła się powoli, by spojrzeć na zasnutą czarnym całunem śmierci i cierpienia istotę.
A potem zrobiła krok w tył.
Dotychczas pozostający niemal w kompletnym bezruchu wilgowron, szarpnął się rozpaczliwie.
Raz. Drugi.
W nieuczciwej walce nie tyle z obejmującym go czarodziejem, co wybudzoną naraz ze swojego pięknego snu duszą. Wyrwał się, choć uścisk nie był zbyt mocny. Odskoczył. Nerwowo zatrzepotał skrzydłami, pozwalając rosie lśnić w pełnej krasie na kobaltowych piórach.
A potem zwinął się w kłębek jakby miał umrzeć - tu i teraz. Bez żadnego ostrzeżenia.
To nie był piękny widok. Jeden z tych, które wywoływały dreszcz obrzydzenia, gdy drobne ptasie ciało przemieniało się z powrotem w ludzkie, trzęsąc się w niemym bólu. Spektakl niczym z gabinetu osobliwości. Panie i panowie, oto przed państwem cyrkowa kreatura jakiej nie widzieliście po tej stronie wybrzeża!
Kobieta siedziała na ziemi w swojej czarnej, żałobnej koszuli nocnej i niebieskiej narzutce pachnącej Francją. Otoczona piórami, które osypały się na ziemię. Może trochę bledsza, trochę bardziej milcząca, ale z pewnością żywa. Wciąż jeszcze zagubiona w rzeczywistości.
Z biegiem lat przemiana stawała się coraz gorsza i choć zdawała się trwać zaledwie sekundę czy dwie pozostawiła za sobą wspomnienie bólu tak nieznośnego, że w pierwszej chwili Lorien musiała milczeć. Nie chciała, aby pierwszym słowem jakie padnie spomiędzy jej zaciśniętych warg było “skończ to, błagam.” Zresztą… Nie była nawet pewna czy zmutowane struny głosowe wydałyby dźwięk inny jak zbolały, ranny skrzek.
Oddychała z trudem. powoli przyzwyczajając się z powrotem do ludzkiego ciała - do upośledzonych w jej ptasim rozumieniu płuc; wzroku, który naraz stracił zdolność postrzegania wielu barw dla których człowiek nie miał nawet nazw; kości, zwyczajnie naraz zbyt ciężkich.
- A-Anthony?- Wymamrotała wreszcie, głosem drżącym z fizycznego wysiłku, ryzykując... praktycznie wszystko. Był tu? Czy może przepadł tak jak wszyscy inni?
Wymagało zmierzenia się z przeszłością, którą tak uważnie pielęgnowała. Dbała jak o delikatny różany ogród, pilnując by żadne robactwo nie zaczęło toczyć jej ukochanych wspomnień. A te wabiły ją do siebie ciepłem i upragnionym spokojem.
Zamknęła za sobą drzwi, niepomna na śpiącego męża, któremu nie dane było się obudzić. Już nie.
Puchate kocisko dziarsko maszerowało wraz z nią niekończącym się kamiennym korytarzem, co jakiś czas prześlizgując się między nogami czarownicy. Oddany towarzysz w marszu śmierci. Stukot obcasów i pobrzękiwanie złotej przywieszki przy kociej obroży były jedynymi dźwiękami, które ją otaczały, choć mogłaby przysiąc, że zza wilgotnych ścian słyszy szum oceanu i fal rozbijających się o prastare mury.
Pałac pamięci osnuty wieczną chłodną mgłą był najbliższym miejscem sercu, które nie wiedziało czym jest prawdziwe szczęście.
Kolejne piętra.
Kolejne schody.
Kolejne drzwi za którymi kryły się kolejne kuszące wspomnienia.
I oświetlająca całą tą drogę dogasająca świeca, której wosk spływał po kandelabrze, parząc jej skórę.
W końcu znaleźli się na samym szczycie wieży i pewnie, gdyby dotykało ją tu zimno- zaczęłaby się naraz trząść. Mroźny wiatr targający morską wodą. Lorien przystanęła na mokrej i brudnej krawędzi wieży. Zdmuchnęła świeczkę, by móc w ciemności spojrzeć na setki gwiazd, którymi było zroszone Północne niebo. Księżyc wszedł w swoją ostatnią kwadrę dążąc do nowiu, który nigdy nie miał nastąpić. Nie mógł. Czas zatrzymał się tu w miejscu lata temu.
- Ile razy już tu umarłam? Ile jeszcze przede mną zanim to wszystko się skończy? - Zapytała kota, a kot jak to koty mają w zwyczaju - nie odpowiedział. Zamiast tego strącił łapą odstawiony na ziemię świecznik, a Lorien w milczeniu obserwowała jak ów spada, by roztrzaskać się o ostre skały. Nie była tu sama. Nigdy nie była. Jednak uczucie chłodnej, kościstej dłoni na swoim karku wciąż było czymś obcym. Niechcianym. Ale nawet to było częścią niej. Dlatego obróciła się powoli, by spojrzeć na zasnutą czarnym całunem śmierci i cierpienia istotę.
A potem zrobiła krok w tył.
Dotychczas pozostający niemal w kompletnym bezruchu wilgowron, szarpnął się rozpaczliwie.
Raz. Drugi.
W nieuczciwej walce nie tyle z obejmującym go czarodziejem, co wybudzoną naraz ze swojego pięknego snu duszą. Wyrwał się, choć uścisk nie był zbyt mocny. Odskoczył. Nerwowo zatrzepotał skrzydłami, pozwalając rosie lśnić w pełnej krasie na kobaltowych piórach.
A potem zwinął się w kłębek jakby miał umrzeć - tu i teraz. Bez żadnego ostrzeżenia.
To nie był piękny widok. Jeden z tych, które wywoływały dreszcz obrzydzenia, gdy drobne ptasie ciało przemieniało się z powrotem w ludzkie, trzęsąc się w niemym bólu. Spektakl niczym z gabinetu osobliwości. Panie i panowie, oto przed państwem cyrkowa kreatura jakiej nie widzieliście po tej stronie wybrzeża!
Kobieta siedziała na ziemi w swojej czarnej, żałobnej koszuli nocnej i niebieskiej narzutce pachnącej Francją. Otoczona piórami, które osypały się na ziemię. Może trochę bledsza, trochę bardziej milcząca, ale z pewnością żywa. Wciąż jeszcze zagubiona w rzeczywistości.
Z biegiem lat przemiana stawała się coraz gorsza i choć zdawała się trwać zaledwie sekundę czy dwie pozostawiła za sobą wspomnienie bólu tak nieznośnego, że w pierwszej chwili Lorien musiała milczeć. Nie chciała, aby pierwszym słowem jakie padnie spomiędzy jej zaciśniętych warg było “skończ to, błagam.” Zresztą… Nie była nawet pewna czy zmutowane struny głosowe wydałyby dźwięk inny jak zbolały, ranny skrzek.
Oddychała z trudem. powoli przyzwyczajając się z powrotem do ludzkiego ciała - do upośledzonych w jej ptasim rozumieniu płuc; wzroku, który naraz stracił zdolność postrzegania wielu barw dla których człowiek nie miał nawet nazw; kości, zwyczajnie naraz zbyt ciężkich.
- A-Anthony?- Wymamrotała wreszcie, głosem drżącym z fizycznego wysiłku, ryzykując... praktycznie wszystko. Był tu? Czy może przepadł tak jak wszyscy inni?