22.10.2024, 19:00 ✶
W tym momencie Samuel zdecydowanie nie był w kółku ludzi, którym Ambroise mógł zaufać. Był raczej w trójkącie podejrzliwości, który tworzyli razem z Roselyn. Tym zabawniejsze było to, że jego siostra najpewniej nie podejrzewała bycia częścią tej figury. Jej intencje wobec obu towarzyszy były raczej wyzbyte ostrożności. Ewidentnie była gotowa zawierzyć im obu. Ta świadomość wcale nie sprawiała, że Roise był skłonny obdarzyć Sama kredytem zaufania. Wręcz przeciwnie - raczej wykazywał dodatkową chłodną rezerwę za nich oboje.
Ostatnio znacząco zwątpił w zdrowy rozsądek Rose. Jej zaręczyny z Borginem znacząco naruszyły przekonanie mężczyzny o tym, że jest zbyt inteligentna, żeby świadomie władować się po pas w jakieś bardzo śmierdzące bagno.
Z jednej strony w dalszym ciągu darzył ją zaufaniem. Inaczej zrobiłby wszystko, żeby została w domu (włącznie ze spetryfikowaniem jej z zaskoczenia i zamknięciem w szklarni; był w stanie ponieść ten koszt emocjonalny) a sam fakt, że rozmawiali przy granicy lasu podkreślał to, że w dalszym ciągu wierzył, że Roo nie zrobi nic skrajnie idiotycznego. Wyłącznie trochę, bo już samo wchodzenie do Kniei mogło być podciągnięte pod debilizm i pochopność.
Cóż. Całe szczęście żadne z nich nie myślało o tym w takich kategoriach. Tak właściwie to skrajne przemęczenie, sunięcie nogami po trawie, cienie pod oczami i nerwowa powolność ruchów (tak, ewidentnie była możliwa) pozwalały trochę podważać to czy w ogóle zastanawiali się nad długofalowymi konsekwencjami.
Nawet po głębokim wypoczęciu nie byli w tym zbyt światli. Przynajmniej dwójka z nich a Greengrass raczej nie uciekał od teoretyzowania, że ich znajomek również zaliczał się do tego grona. Natomiast to było proste - Knieja wzywała, jęku nie dało się już zignorować, więc szli do przodu.
Musieli pójść. Nie było innej możliwości. Czasu na przygotowanie również nie. Każdy kolejny dzień przyniósłby wyłącznie więcej grozy aż wreszcie najpewniej by pękli. Musieli wziąć sprawy w swoje ręce, dopóki te jeszcze dało się unieść bez dygotania.
- O tak, Roo, nie wątpię, że twój przyjaciel czuje teraz... ...wiele rzeczy - znacząco uniósł brwi, marszcząc zaciśnięte w wąską linię usta i oddychając głęboko przez nos.
W rzeczy samej nie miał problemu ze zwracaniem się do Roselyn tak, jakby jej kolegi z nimi nie było, bo najpewniej znajdował się w swoim świecie. Takie sprawiał wrażenie.
W jego opinii koleś wyglądał, jakby już niedługo naprawdę mógł stać się jednością z leśną ściółką. Albo zrywając z siebie wszystkie ubrania i tarzając się nago w poziomkach, zanosząc się przy tym nerwowym rechotem, że teraz widma mogą mu chuja zrobić, bo jest borowikiem szlachetnym - królem grzybów. Albo rzucając się na widma z biczem z pędu jeżyny, padając na glebę i po kilku dniach rozkładając się na pokarm dla Kniei.
Ambroisa wcale nie uspokoiły zatem te wymamrotane słowa o obronie, poświęcaniu się, dawaniu im uciec, jakie dotarły do niego od strony Samuela. Wbrew pozorom wcale nie chciał, żeby musieli ponosić jakiekolwiek ofiary. We wszystkim, co robił starał się tego unikać, znajdować jak najszybsze inne rozwiązania. Jak miał to zrobić w wypadku kogoś, kto sam deklarował rzucenie się na pierwszy ogień?
Greengrass otworzył usta z wyraźnym zamiarem skonfrontowania pomysłu ochrony z tym, czego powinni unikać, ustalając kilka rzeczy zanim ruszą dalej. Sam był cholernie porywczy i w gorącej wodzie kąpany. Roselyn zresztą również. To było u nich rodzinne. Natomiast niemal od razu zamknął je na widok niedźwiedziej łapy a następnie całego niedźwiedzia w miejscu Sama. Zaufany człowiek jego siostry nawet nie zaczekał na odpowiedź.
Ja pierdolę.
- Wyśmienicie - wydał z siebie stłumione westchnięcie, biorąc głębszy oddech, zaciskając wargi i od niechcenia machnął ręką w kierunku ciemnego lasu. - Zatem idziemy - stwierdził zaledwie kilka sekund później.
Zresztą nie mógł nie zauważyć, że siostra już samowolnie zrobiła krok w kierunku głębi Kniei zanim się zatrzymała. Bez słowa zrównał się z nią i tym samym, rzecz jasna, z niedźwiedziem, którego widok był dla niego na tyle absurdalny, że w pierwszej chwili nawet nie raczył go skomentować.
Zajebiście.
Tyle było z ich rozważnej współpracy i wymiany zdań. Jeżeli Greengrassówna nie była w stanie porozumiewać się ze swoim przyjacielem na przekaz myśli, w co Roise szczerze wątpił, to mieli tutaj wyśmienite początki partyzantki i pełnej samowolki decyzyjnej. Nie ma co. Zdecydowanie zyskiwali dzięki temu dodatkowe szanse na postąpienie jak banda porywczych idiotów.
- Roselyn, tylko zechciej pilnować swojego misiaczka zanim pogna w las, żeby odwrócić uwagę widm - stwierdził powoli z wymuszonym spokojem, przymykając oczy na ułamek sekundy. - Nie chcę go potem zdrapywać z leśnego poszycia - wbrew pozorom nie mówił tego, żeby komukolwiek dopiec.
Wręcz przeciwnie, Ambroise zdawał sobie sprawę z tego, że ten człowiek jest ważny dla Roselyn i jednocześnie ewidentnie na tyle niepoczytalny, że jego osąd na temat zagrożenia mógł nie być całkowicie właściwy. Greengrass nie był zwolennikiem zachowywania się jak bohater w (przynajmniej w tym wypadku) brunatnym futrze.
Poza jasnym przekazem, który miał okazję wypowiedzieć na głos, dodatkowo w żadnym razie nie chciał mieć u nikogo długu wdzięczności, którego by wcześniej nie rozważył i nie zatwierdził. Szczególnie, że reguła wzajemności miała dla niego istotne znaczenie - musiałby się odwdzięczyć za ochronę. Nieważne jak chaotyczna by ona była...
...a ani przez chwilę nie wątpił, że miała być naprawdę chaotyczna.
Niech Knieja ma ich wszystkich w opiece, bo najprawdopodobniej będą tego potrzebować i to prędzej niż później.
Tak właściwie to już tego potrzebowali. A to oni mieli być zespołem ratunkowym dla Kniei. Nie odwrotnie.
- Ruszajmy - powtórzył się, oddychając głęboko i ciężko, po czym robiąc zdecydowane kroki wgłąb lasu. - Pilnuj miśka - sarknął jeszcze na koniec zanim nie wyminął wąchającego Samuela, wchodząc w gęstwinę z różdżką zaciśniętą w dłoni i bardzo, bardzo złym przeczuciem.
Ostatnio znacząco zwątpił w zdrowy rozsądek Rose. Jej zaręczyny z Borginem znacząco naruszyły przekonanie mężczyzny o tym, że jest zbyt inteligentna, żeby świadomie władować się po pas w jakieś bardzo śmierdzące bagno.
Z jednej strony w dalszym ciągu darzył ją zaufaniem. Inaczej zrobiłby wszystko, żeby została w domu (włącznie ze spetryfikowaniem jej z zaskoczenia i zamknięciem w szklarni; był w stanie ponieść ten koszt emocjonalny) a sam fakt, że rozmawiali przy granicy lasu podkreślał to, że w dalszym ciągu wierzył, że Roo nie zrobi nic skrajnie idiotycznego. Wyłącznie trochę, bo już samo wchodzenie do Kniei mogło być podciągnięte pod debilizm i pochopność.
Cóż. Całe szczęście żadne z nich nie myślało o tym w takich kategoriach. Tak właściwie to skrajne przemęczenie, sunięcie nogami po trawie, cienie pod oczami i nerwowa powolność ruchów (tak, ewidentnie była możliwa) pozwalały trochę podważać to czy w ogóle zastanawiali się nad długofalowymi konsekwencjami.
Nawet po głębokim wypoczęciu nie byli w tym zbyt światli. Przynajmniej dwójka z nich a Greengrass raczej nie uciekał od teoretyzowania, że ich znajomek również zaliczał się do tego grona. Natomiast to było proste - Knieja wzywała, jęku nie dało się już zignorować, więc szli do przodu.
Musieli pójść. Nie było innej możliwości. Czasu na przygotowanie również nie. Każdy kolejny dzień przyniósłby wyłącznie więcej grozy aż wreszcie najpewniej by pękli. Musieli wziąć sprawy w swoje ręce, dopóki te jeszcze dało się unieść bez dygotania.
- O tak, Roo, nie wątpię, że twój przyjaciel czuje teraz... ...wiele rzeczy - znacząco uniósł brwi, marszcząc zaciśnięte w wąską linię usta i oddychając głęboko przez nos.
W rzeczy samej nie miał problemu ze zwracaniem się do Roselyn tak, jakby jej kolegi z nimi nie było, bo najpewniej znajdował się w swoim świecie. Takie sprawiał wrażenie.
W jego opinii koleś wyglądał, jakby już niedługo naprawdę mógł stać się jednością z leśną ściółką. Albo zrywając z siebie wszystkie ubrania i tarzając się nago w poziomkach, zanosząc się przy tym nerwowym rechotem, że teraz widma mogą mu chuja zrobić, bo jest borowikiem szlachetnym - królem grzybów. Albo rzucając się na widma z biczem z pędu jeżyny, padając na glebę i po kilku dniach rozkładając się na pokarm dla Kniei.
Ambroisa wcale nie uspokoiły zatem te wymamrotane słowa o obronie, poświęcaniu się, dawaniu im uciec, jakie dotarły do niego od strony Samuela. Wbrew pozorom wcale nie chciał, żeby musieli ponosić jakiekolwiek ofiary. We wszystkim, co robił starał się tego unikać, znajdować jak najszybsze inne rozwiązania. Jak miał to zrobić w wypadku kogoś, kto sam deklarował rzucenie się na pierwszy ogień?
Greengrass otworzył usta z wyraźnym zamiarem skonfrontowania pomysłu ochrony z tym, czego powinni unikać, ustalając kilka rzeczy zanim ruszą dalej. Sam był cholernie porywczy i w gorącej wodzie kąpany. Roselyn zresztą również. To było u nich rodzinne. Natomiast niemal od razu zamknął je na widok niedźwiedziej łapy a następnie całego niedźwiedzia w miejscu Sama. Zaufany człowiek jego siostry nawet nie zaczekał na odpowiedź.
Ja pierdolę.
- Wyśmienicie - wydał z siebie stłumione westchnięcie, biorąc głębszy oddech, zaciskając wargi i od niechcenia machnął ręką w kierunku ciemnego lasu. - Zatem idziemy - stwierdził zaledwie kilka sekund później.
Zresztą nie mógł nie zauważyć, że siostra już samowolnie zrobiła krok w kierunku głębi Kniei zanim się zatrzymała. Bez słowa zrównał się z nią i tym samym, rzecz jasna, z niedźwiedziem, którego widok był dla niego na tyle absurdalny, że w pierwszej chwili nawet nie raczył go skomentować.
Zajebiście.
Tyle było z ich rozważnej współpracy i wymiany zdań. Jeżeli Greengrassówna nie była w stanie porozumiewać się ze swoim przyjacielem na przekaz myśli, w co Roise szczerze wątpił, to mieli tutaj wyśmienite początki partyzantki i pełnej samowolki decyzyjnej. Nie ma co. Zdecydowanie zyskiwali dzięki temu dodatkowe szanse na postąpienie jak banda porywczych idiotów.
- Roselyn, tylko zechciej pilnować swojego misiaczka zanim pogna w las, żeby odwrócić uwagę widm - stwierdził powoli z wymuszonym spokojem, przymykając oczy na ułamek sekundy. - Nie chcę go potem zdrapywać z leśnego poszycia - wbrew pozorom nie mówił tego, żeby komukolwiek dopiec.
Wręcz przeciwnie, Ambroise zdawał sobie sprawę z tego, że ten człowiek jest ważny dla Roselyn i jednocześnie ewidentnie na tyle niepoczytalny, że jego osąd na temat zagrożenia mógł nie być całkowicie właściwy. Greengrass nie był zwolennikiem zachowywania się jak bohater w (przynajmniej w tym wypadku) brunatnym futrze.
Poza jasnym przekazem, który miał okazję wypowiedzieć na głos, dodatkowo w żadnym razie nie chciał mieć u nikogo długu wdzięczności, którego by wcześniej nie rozważył i nie zatwierdził. Szczególnie, że reguła wzajemności miała dla niego istotne znaczenie - musiałby się odwdzięczyć za ochronę. Nieważne jak chaotyczna by ona była...
...a ani przez chwilę nie wątpił, że miała być naprawdę chaotyczna.
Niech Knieja ma ich wszystkich w opiece, bo najprawdopodobniej będą tego potrzebować i to prędzej niż później.
Tak właściwie to już tego potrzebowali. A to oni mieli być zespołem ratunkowym dla Kniei. Nie odwrotnie.
- Ruszajmy - powtórzył się, oddychając głęboko i ciężko, po czym robiąc zdecydowane kroki wgłąb lasu. - Pilnuj miśka - sarknął jeszcze na koniec zanim nie wyminął wąchającego Samuela, wchodząc w gęstwinę z różdżką zaciśniętą w dłoni i bardzo, bardzo złym przeczuciem.
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down