22.10.2024, 12:33 ✶
Faye biegła. BIegła wiedziona zewem i wewnętrznym przeczuciem, że musi schować się przed wzrokiem mugoli oraz czarodziejów. Szlag, szlag, szlag - dudnienie powtarzanego przekleństwa dołączyło do odgłosu pazurzastych łap, które mimo swojej wielkości zdawały się nie opadać ociężale na ziemię. Wręcz przeciwnie: gonitwie towarzyszyła miękkość i jakaś gracja, charakterystyczna dla wilków. I chociaż nie była ani wilkiem, ani człowiekiem, tak nie dało się ukryć faktu, że gdy docierała na skraj Kniei, nie była pokraczna. Mimo wielkiego cielska jej ruchy były płynne i zdecydowane. Faye nigdy podczas pełni nie opuszczała rodzinnej posiadłości. To miało się zmienić w sierpniu, chciała wykorzystać do tego opiekę brata, a przynajmniej tak powiedzieć rodzicom. Nie musieli jej pilnować - była duża, była dorosła, miała własne mieszkanie i pracę, chociaż z tą to ostatnio było krucho przez cholerne Ministerstwo, które zamknęło Knieję. Ale… To wszystko mogło się zmienić.
Gdy wbiegła między drzewa, poczuła wolność. Zew, który ją wciągnął niemalże siłą do lasu, nie odpuszczał jednak. Nie pozwalał wrócić do człowieczej postaci, chociaż tak naprawdę Travers chciała wrócić tylko przez kilka sekund. Bolesna przemiana, czy ta kontrolowana czy nie, zawsze dawała nagrodę: nagrodę w postaci wolności. Czuła się wolna, niczym nieskrępowana. Mogła przekroczyć niewidoczną, wytyczoną przez kogoś innego granicę i nic nie mogli jej zrobić. Była sobą, a jednocześnie nikt nie wiedział, kim była. Ta anonimowość była odświeżająca - tego jej brakowało. Brakowało jej lasu, brakowało jej tej postaci - brakowało jej wszystkiego, co rodzina trzymała w piwnicy podczas pełni. Resztki rozsądku nakazały jej zwolnić. Czy jeżeli ktokolwiek dowie się, że to ona, to powiadomi rodzinę? Ministerstwo? A Ministerstwo rodzinę? Cholera jasna, przecież wtedy wszystko pójdzie w łeb. Drobne kłamstewka, pragnienie niezależności - wszystko to psu w dupę i na imię. Dopiero zaczęła układać w głowie sprytny plan, a księżycowi postanowiło odjebać i zmusić ją do przemiany i wejścia tam, gdzie nie wolno było wchodzić.
Faye zatrzymała się, niemalże w miejscu. Łapy zaryły o błoto, wznosząc naokoło ziemiste drobinki. Wciągnęła powietrze w duże, rozdęte nozdrza. Liście, deszcz, igliwie, runo. Grzybnie, pleśń i odchody. Las. Miły dreszcz przeszedł wzdłuż wilkołaczego kręgosłupa. Tęskniła. A jednocześnie coś w Kniei było inaczej, niż zwykle. Duży łeb uniósł się, a ucho drgnęło. Słyszała, że coś za nią idzie. Coś dużego. Jednocześnie miało inny zapach. Gdyby była kotem, zjeżyłaby się ostrzegawczo - nie była nim jednak. Na dodatek zachowała świadomość, dzięki czemu mogła reagować w bardziej… Ludzki sposób. Bestia ostrożnie podeszła do drzewa, by nie stać tam, gdzie stała przed chwilą. Nasłuchiwała i wpatrywała się w kierunek, z którego przyszła.
Gdy wbiegła między drzewa, poczuła wolność. Zew, który ją wciągnął niemalże siłą do lasu, nie odpuszczał jednak. Nie pozwalał wrócić do człowieczej postaci, chociaż tak naprawdę Travers chciała wrócić tylko przez kilka sekund. Bolesna przemiana, czy ta kontrolowana czy nie, zawsze dawała nagrodę: nagrodę w postaci wolności. Czuła się wolna, niczym nieskrępowana. Mogła przekroczyć niewidoczną, wytyczoną przez kogoś innego granicę i nic nie mogli jej zrobić. Była sobą, a jednocześnie nikt nie wiedział, kim była. Ta anonimowość była odświeżająca - tego jej brakowało. Brakowało jej lasu, brakowało jej tej postaci - brakowało jej wszystkiego, co rodzina trzymała w piwnicy podczas pełni. Resztki rozsądku nakazały jej zwolnić. Czy jeżeli ktokolwiek dowie się, że to ona, to powiadomi rodzinę? Ministerstwo? A Ministerstwo rodzinę? Cholera jasna, przecież wtedy wszystko pójdzie w łeb. Drobne kłamstewka, pragnienie niezależności - wszystko to psu w dupę i na imię. Dopiero zaczęła układać w głowie sprytny plan, a księżycowi postanowiło odjebać i zmusić ją do przemiany i wejścia tam, gdzie nie wolno było wchodzić.
Faye zatrzymała się, niemalże w miejscu. Łapy zaryły o błoto, wznosząc naokoło ziemiste drobinki. Wciągnęła powietrze w duże, rozdęte nozdrza. Liście, deszcz, igliwie, runo. Grzybnie, pleśń i odchody. Las. Miły dreszcz przeszedł wzdłuż wilkołaczego kręgosłupa. Tęskniła. A jednocześnie coś w Kniei było inaczej, niż zwykle. Duży łeb uniósł się, a ucho drgnęło. Słyszała, że coś za nią idzie. Coś dużego. Jednocześnie miało inny zapach. Gdyby była kotem, zjeżyłaby się ostrzegawczo - nie była nim jednak. Na dodatek zachowała świadomość, dzięki czemu mogła reagować w bardziej… Ludzki sposób. Bestia ostrożnie podeszła do drzewa, by nie stać tam, gdzie stała przed chwilą. Nasłuchiwała i wpatrywała się w kierunek, z którego przyszła.