21.10.2024, 23:20 ✶
Były takie sposoby, żeby cofnąć się w czasie, ale rzeczywistość musiała pozostać taka sama, według tajemnic, w które zaglądali Slughornowie.
Były takie sposoby, by obudzić księżniczkę w baśni i w grę wchodził bodaj pocałunek prawdziwej miłości, ale Louvian chyba sam już nie wierzył w to, żeby jego serce zdolne było do kochania.
Były też środki przymusu bezpośredniego. Z wściekłością rzucane zaklęcia kierowane wprost w głowę śpiącej. Wprost w głowę śniącej...
Obudź się Ikarem
Jej przestrzeń wypełniała szarość.
Wizja była mglista, niepewna. Kształty przeplatały się ze sobą w sennej marze, która nie miała większego sensu. Dusze przechodniów, podróżnych, zszarzałe widma krążące po zszarzałym dworcu. Szukasz wyjścia, lecz każda droga prowadzi na zszarzały peron, zszarzałych snów pokrytych śniedzią. Cienie rosną i maleją, mglista kula jest gdzieś, hen, wspomnieniem unoszącym się nad ołowianą kurtyną wyśnionych miłości.
Ona już nie miała czasu. Czas dopalał się na końcu wolno przesuwającej się wskazówki szarego zegara jedną, ostateczną linią głoszącą: jest już za późno.
Śmierć nie nadeszła.
Wybawienie pozostawało poza zasięgiem.
Błota pęczniała światłem dostającym się z zewnątrz.
Czuła jak pieką ją oczy, gdy zasiadła do stołu w grę o własne życie z czarną postacią, której paciorkowate oczy przypominały dwie galaktyki nanizane na nić przeznaczenia.
Oddech, haust, granica.
Szpitalne lustro, sufit opadający, duszący, wyzuty z osobowości szkielet otulający bezwolne ciało.
– Obudź się... – szeptały lustra, szeptały spierzchnięte wargi, szeptała dusza, błagała, krzyczała, łkała bezgłośnie wypchnięta poza szarą kartę rzeczywistości. – Obudź się Ikarem. – Powiedziała znów, patrząc przed siebie widząc tylko sufit i światło, czując swąd, nie rozumiejąc jego źródła, nie będąc świadomą tego czym jest biel, czym jest swąd, czym są dwie galaktyki patrzące wprost w jej duszę i uśmiech, krwiożerczy, zaborczy, głodny.
Nagle, odwróciła głowę w stronę Louviana, jej oczy wybałuszone wręcz, jakby zaraz same chciały uwolnić się z czaszki, wyfrunąć niczym dwie złociste wilgi z kościanej klatki. Źrenica jak główka szpilki, ledwie widoczna utkwiona była w wykrzywionej od wysiłku twarzy mężczyzny.
– Jeszcze nie jest za późno. Świt nadejdzie. Jesteś nim. Jesteśmy – wibrująca cisza rozeszła się po sali, cisza niedokończonego zdania w chwili, gdy drzwi gwałtownie się otworzyły, a do pomieszczenia wpadła rozhisteryzowana pielęgniarka Lecznicy.
– CO PAN WYPRAWIA! TU NIE WOLNO CZAROWAĆ, PAN NIE JEST LEKARZEM! – stała z niepewnie wymierzoną w Lestrange'a różdżką, ale dopiero teraz dotarło do niego, że w korytarzu panuje zamieszanie i najprawdopodobniej jego akcje nie pozostały niezauważone. Kiedy odwrócił się w kierunku Moody, zrozumiał że jej oczy znów zakleiła śpiączka.
Były takie sposoby, by obudzić księżniczkę w baśni i w grę wchodził bodaj pocałunek prawdziwej miłości, ale Louvian chyba sam już nie wierzył w to, żeby jego serce zdolne było do kochania.
Były też środki przymusu bezpośredniego. Z wściekłością rzucane zaklęcia kierowane wprost w głowę śpiącej. Wprost w głowę śniącej...
Obudź się Ikarem
Jej przestrzeń wypełniała szarość.
Wizja była mglista, niepewna. Kształty przeplatały się ze sobą w sennej marze, która nie miała większego sensu. Dusze przechodniów, podróżnych, zszarzałe widma krążące po zszarzałym dworcu. Szukasz wyjścia, lecz każda droga prowadzi na zszarzały peron, zszarzałych snów pokrytych śniedzią. Cienie rosną i maleją, mglista kula jest gdzieś, hen, wspomnieniem unoszącym się nad ołowianą kurtyną wyśnionych miłości.
Śpiewały lustra
Ona już nie miała czasu. Czas dopalał się na końcu wolno przesuwającej się wskazówki szarego zegara jedną, ostateczną linią głoszącą: jest już za późno.
Śmierć nie nadeszła.
Wybawienie pozostawało poza zasięgiem.
Błota pęczniała światłem dostającym się z zewnątrz.
Czuła jak pieką ją oczy, gdy zasiadła do stołu w grę o własne życie z czarną postacią, której paciorkowate oczy przypominały dwie galaktyki nanizane na nić przeznaczenia.
Oddech, haust, granica.
Biel
Szpitalne lustro, sufit opadający, duszący, wyzuty z osobowości szkielet otulający bezwolne ciało.
– Obudź się... – szeptały lustra, szeptały spierzchnięte wargi, szeptała dusza, błagała, krzyczała, łkała bezgłośnie wypchnięta poza szarą kartę rzeczywistości. – Obudź się Ikarem. – Powiedziała znów, patrząc przed siebie widząc tylko sufit i światło, czując swąd, nie rozumiejąc jego źródła, nie będąc świadomą tego czym jest biel, czym jest swąd, czym są dwie galaktyki patrzące wprost w jej duszę i uśmiech, krwiożerczy, zaborczy, głodny.
Nagle, odwróciła głowę w stronę Louviana, jej oczy wybałuszone wręcz, jakby zaraz same chciały uwolnić się z czaszki, wyfrunąć niczym dwie złociste wilgi z kościanej klatki. Źrenica jak główka szpilki, ledwie widoczna utkwiona była w wykrzywionej od wysiłku twarzy mężczyzny.
– Jeszcze nie jest za późno. Świt nadejdzie. Jesteś nim. Jesteśmy – wibrująca cisza rozeszła się po sali, cisza niedokończonego zdania w chwili, gdy drzwi gwałtownie się otworzyły, a do pomieszczenia wpadła rozhisteryzowana pielęgniarka Lecznicy.
– CO PAN WYPRAWIA! TU NIE WOLNO CZAROWAĆ, PAN NIE JEST LEKARZEM! – stała z niepewnie wymierzoną w Lestrange'a różdżką, ale dopiero teraz dotarło do niego, że w korytarzu panuje zamieszanie i najprawdopodobniej jego akcje nie pozostały niezauważone. Kiedy odwrócił się w kierunku Moody, zrozumiał że jej oczy znów zakleiła śpiączka.
...który dopalał się, na końcu wolno... obudź się...