21.10.2024, 19:50 ✶
Być może cokolwiek starał się robić Rodolphus musiało kiedyś doprowadzić do bólu. Bólu, który teraz pozostawał aż nazbyt wymowny i wyraźny, w nieruchawej twarzy jego matki. Jej sztywnej ręce, jakby z nadzieją wyciągniętej w jego stronę, ale mimo tego wymownego gestu nie było w nim wiele z matczynego ciepła, jakie mogła w sobie posiadać Rosalie. To było tylko ciało, porzucone i zostawione na pastwę czasu i robactwa, które powoli torowało sobie drogę przez obumierającą tkankę. Właścicielce już niepotrzebną, ale dla nich stanowiącą pożywny pokarm.
Rodolphus przez moment zastanawiał się gdzie podziewał się jego ojciec, ale nie musiał szukać daleko. Bo kiedy znajdował się na kolanach, kiedy wyciągał dłonie w kierunku matki zdał sobie sprawę, że ciało które na niej leżało należało do Reynarda. Nie widział jego twarzy, bo mężczyzna spoczywał plecami do góry, ale dość szybko podchwycił myśl że i on był martwy.
Pomyśl, że to sen.
Gdyby tylko wszystko było takie proste. Ale mantra nie przyniosła ani ulgi jego obolałemu sercu, ani nie poruszyła fundamentami otaczających go obrazów. Nic się nie zatrzęsło, nie zafalowało i nie rozmyło. Leżące dookoła ciała pozostawały bezimienne, z rozmazanymi twarzami i nawet zmrużenie oczu nie pozwalało rozwikłać ich tożsamości oprócz trzech tak dla niego kluczowych.
Rodolphus, jako badacz umysłu, powinien to już wiedzieć dawno; czasem rzeczywistością było dokładnie to, czego ktoś sobie życzył, niezależnie od tego jak postrzegała to reszta. Prawda była subiektywna i w tym momencie Lestrange czuł jak stoi nad przepaścią z otchłani której zmarli wyciągali w jego stronę ręce. Rzucone przez niego zaklęcie nie zmieniło wiele; mężczyzna poczuł to dziwne, lepkie uczucie w gardle, które wcześniej spowodował wypity przez niego płyn z karafki. Ale oprócz tego?
Jego matka i ojciec wciąż byli martwi. A przed nim ciągnęła się droga ku górze na szczycie której czekały na niego dwie osoby.
Nic się nie zmieniło; włosy i zarost Nicholasa znajdowały się w dokładnie takim samym stanie jak w momencie kiedy udał się do Mauzoleum i napił z karafki.
To było trochę jak umieranie. Powolne i cholernie świadome, kiedy czuł narastające przerażenie, które usadziło go pod ścianą i wciskało mu w usta dewizę Mulciberów. Ale z każdym kolejnym powtórzeniem, Travers miał wrażenie że to wszystko odnosi odwrotny skutek. Panika narastała, wraz z ciążącym przeświadczeniem, że tak będzie wyglądać reszta jego życia.
Pomyśl, że to sen...
To nigdy nie była dobra dewiza. Nie, kiedy odrzucenie rzeczywistości często prowadziło do zatracenia samego siebie. Teraz zdawała się tylko ukorzeniać mocniej otoczenie. Kamienne ściany wydawały się jakby ciaśniejsze, może odrobinę bardziej duszne, a wpadające przez otworzone okienko światło było nieco mniej zachęcające. Nawet odgłosy więźniów ciągnące się po korytarzu brzmiały na nieco bardziej przygnębiające.
Rodolphus przez moment zastanawiał się gdzie podziewał się jego ojciec, ale nie musiał szukać daleko. Bo kiedy znajdował się na kolanach, kiedy wyciągał dłonie w kierunku matki zdał sobie sprawę, że ciało które na niej leżało należało do Reynarda. Nie widział jego twarzy, bo mężczyzna spoczywał plecami do góry, ale dość szybko podchwycił myśl że i on był martwy.
Pomyśl, że to sen.
Gdyby tylko wszystko było takie proste. Ale mantra nie przyniosła ani ulgi jego obolałemu sercu, ani nie poruszyła fundamentami otaczających go obrazów. Nic się nie zatrzęsło, nie zafalowało i nie rozmyło. Leżące dookoła ciała pozostawały bezimienne, z rozmazanymi twarzami i nawet zmrużenie oczu nie pozwalało rozwikłać ich tożsamości oprócz trzech tak dla niego kluczowych.
Rodolphus, jako badacz umysłu, powinien to już wiedzieć dawno; czasem rzeczywistością było dokładnie to, czego ktoś sobie życzył, niezależnie od tego jak postrzegała to reszta. Prawda była subiektywna i w tym momencie Lestrange czuł jak stoi nad przepaścią z otchłani której zmarli wyciągali w jego stronę ręce. Rzucone przez niego zaklęcie nie zmieniło wiele; mężczyzna poczuł to dziwne, lepkie uczucie w gardle, które wcześniej spowodował wypity przez niego płyn z karafki. Ale oprócz tego?
Jego matka i ojciec wciąż byli martwi. A przed nim ciągnęła się droga ku górze na szczycie której czekały na niego dwie osoby.
Nic się nie zmieniło; włosy i zarost Nicholasa znajdowały się w dokładnie takim samym stanie jak w momencie kiedy udał się do Mauzoleum i napił z karafki.
To było trochę jak umieranie. Powolne i cholernie świadome, kiedy czuł narastające przerażenie, które usadziło go pod ścianą i wciskało mu w usta dewizę Mulciberów. Ale z każdym kolejnym powtórzeniem, Travers miał wrażenie że to wszystko odnosi odwrotny skutek. Panika narastała, wraz z ciążącym przeświadczeniem, że tak będzie wyglądać reszta jego życia.
Pomyśl, że to sen...
To nigdy nie była dobra dewiza. Nie, kiedy odrzucenie rzeczywistości często prowadziło do zatracenia samego siebie. Teraz zdawała się tylko ukorzeniać mocniej otoczenie. Kamienne ściany wydawały się jakby ciaśniejsze, może odrobinę bardziej duszne, a wpadające przez otworzone okienko światło było nieco mniej zachęcające. Nawet odgłosy więźniów ciągnące się po korytarzu brzmiały na nieco bardziej przygnębiające.