21.10.2024, 10:02 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 25.10.2024, 08:48 przez Anthony Shafiq.)
Jak mógłby nie sięgnąć ku niej delikatnie, jak mógłby nie zapanować nad drżeniem rąk, gdy sięgnął ku niej i objął długimi palcami, dłońmi stworzonymi wręcz do ujmowania delikatnych ptasich żywotów.
Wspomnienia zalały jego umysł, momentalnie, nieuczciwie wobec Lorien. Ta chwila, gdy Edith przemieniła się po raz ostatni, gdy też ujął ją tak, by zanieść do pokoju będącego prawdziwie ogromną klatką, w której miała spędzić z nimi tydzień. Melisandra, chłodna, pozornie tylko obojętna, skrywała za swoją porcelanową twarzą pozbawioną złudzeń i nadziei. Ukochana jego żony wiedziała doskonale, że to ostateczna przemiana, ale byli we troje umówieni że poczekają tydzień.
Edith nie chciała ptasiego żywotu, nie chciała być w klatce znienawidzonego ptasiego ciała. Wybrała drogę śmierci z rąk najbliższych. Drogę łaski.
Jaka była ostatnia wola Lorien? Czy ledwie dzień musiał dzielić ją od pochowania małżonka? Jakby do końca w obowiązku, trzymała fason, tak jak przez całe życie, tylko po to, by odejść, oddawszy ostatnią posługę mężczyźnie w żaden sposób na nią niezasługującego.
Jakakolwiek by była, nie zamierzał jej zabijać. Jakakolwiek by była... przycisnął ją łagodnie do swojego zbolałego serca, jego wargi delikatnie musnęły ptasi łepek. Podniósł się, by oprzeć się o marmurowy postument Śniącego, oprzeć się biodrem o biodro z cieniem dawno minionych grzechów.
A potem odetchnął głęboko i zaczął cicho, cichuteńko śpiewać swojej drogiej przyjaciółce, opuszkami głaszcząc jej lśniące piórka:
–...Ay, ay, ay, ay, ay cantaba,
ay, ay, ay, ay, ay gemía,
Ay, ay, ay, ay, ay cantaba,
de pasión mortal moría. – nucił, choć w piosence cierpiała biała gołębica, a nie zatopiony w czerni o granatowym poblasku wigowron. Nie było to teraz ważne, nie w tym drącym niepewnością pożegnaniu. Czy miał prawo łudzić się, że to jeszcze nie był ostatni raz? Czy mógł prosić los, znów prosić, o kolejną drugą szansę? Rachunek sumienia ostatnich spotkań, miesięcy milczenia, niedopatrzeń, niedopowiedzeń, niedostatków ciepła i wrażliwości...
–Que una paloma triste
muy de mañana le va a cantar
a la casita sola
con sus puertitas de par en par;
juran que esa paloma
no es otra cosa más que su alma,
que todavía espera
A que regrese la desdichada.
Cucurrucucú paloma, cucurrucucú no llores.
Las piedras jamás, paloma,
Qué van a saber de amores?
Cucurrucucú, cucurrucucú,
Cucurrucucú, cucurrucucú,
cucurrucucú, paloma, ya no le llores...
Melodia przeszła niemal bezgłośny szept złamanej duszy. Łzy płynęły po policzkach, obmywając jego twarz, mocząc nastroszone pierze. Muzyka nie przyniosła ukojenia, a dociążyła serce, jakby sam zaraz miał położyć się obok marmurowej rzeźby i stać się wraz z nią marmurem. Zasnąć, nie myśleć, w końcu nie cierpieć, nie opłakiwać przeszłości, lecz też nie mieć przyszłości. Może tak byłoby łatwiej.
Wspomnienia zalały jego umysł, momentalnie, nieuczciwie wobec Lorien. Ta chwila, gdy Edith przemieniła się po raz ostatni, gdy też ujął ją tak, by zanieść do pokoju będącego prawdziwie ogromną klatką, w której miała spędzić z nimi tydzień. Melisandra, chłodna, pozornie tylko obojętna, skrywała za swoją porcelanową twarzą pozbawioną złudzeń i nadziei. Ukochana jego żony wiedziała doskonale, że to ostateczna przemiana, ale byli we troje umówieni że poczekają tydzień.
Edith nie chciała ptasiego żywotu, nie chciała być w klatce znienawidzonego ptasiego ciała. Wybrała drogę śmierci z rąk najbliższych. Drogę łaski.
Jaka była ostatnia wola Lorien? Czy ledwie dzień musiał dzielić ją od pochowania małżonka? Jakby do końca w obowiązku, trzymała fason, tak jak przez całe życie, tylko po to, by odejść, oddawszy ostatnią posługę mężczyźnie w żaden sposób na nią niezasługującego.
Jakakolwiek by była, nie zamierzał jej zabijać. Jakakolwiek by była... przycisnął ją łagodnie do swojego zbolałego serca, jego wargi delikatnie musnęły ptasi łepek. Podniósł się, by oprzeć się o marmurowy postument Śniącego, oprzeć się biodrem o biodro z cieniem dawno minionych grzechów.
A potem odetchnął głęboko i zaczął cicho, cichuteńko śpiewać swojej drogiej przyjaciółce, opuszkami głaszcząc jej lśniące piórka:
–...Ay, ay, ay, ay, ay cantaba,
ay, ay, ay, ay, ay gemía,
Ay, ay, ay, ay, ay cantaba,
de pasión mortal moría. – nucił, choć w piosence cierpiała biała gołębica, a nie zatopiony w czerni o granatowym poblasku wigowron. Nie było to teraz ważne, nie w tym drącym niepewnością pożegnaniu. Czy miał prawo łudzić się, że to jeszcze nie był ostatni raz? Czy mógł prosić los, znów prosić, o kolejną drugą szansę? Rachunek sumienia ostatnich spotkań, miesięcy milczenia, niedopatrzeń, niedopowiedzeń, niedostatków ciepła i wrażliwości...
–Que una paloma triste
muy de mañana le va a cantar
a la casita sola
con sus puertitas de par en par;
juran que esa paloma
no es otra cosa más que su alma,
que todavía espera
A que regrese la desdichada.
Cucurrucucú paloma, cucurrucucú no llores.
Las piedras jamás, paloma,
Qué van a saber de amores?
Cucurrucucú, cucurrucucú,
Cucurrucucú, cucurrucucú,
cucurrucucú, paloma, ya no le llores...
Melodia przeszła niemal bezgłośny szept złamanej duszy. Łzy płynęły po policzkach, obmywając jego twarz, mocząc nastroszone pierze. Muzyka nie przyniosła ukojenia, a dociążyła serce, jakby sam zaraz miał położyć się obok marmurowej rzeźby i stać się wraz z nią marmurem. Zasnąć, nie myśleć, w końcu nie cierpieć, nie opłakiwać przeszłości, lecz też nie mieć przyszłości. Może tak byłoby łatwiej.