20.10.2024, 19:48 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 23.11.2024, 01:29 przez Ambroise Greengrass-Yaxley.
Powód edycji: ustaliliśmy koniec wątku, brak dopisku ze strony współgracza
)
Słuchając szczegółowego opisu sytuacji, mimowolnie kiwał głową w sposób, który mógłby z powodzeniem pasować do magiterapeuty z Lecznicy Dusz podczas jednej z początkowych sesji terapeutycznych. Oczywiście sam Ambroise nigdy nie brał udziału w żadnej takiej pierdole, ale wyobrażał sobie, że to musi być coś podobnego.
Słuchał, odnotowywał fakty w głowie i przy wykorzystaniu samopiszącego pióra, nie wcinając się aż do samego końca wypowiedzi Flitwicka. Niewątpliwie doceniał wyczerpanie tematu. Ministerstwo miało być zadowolone z nowych faktów - choć w dalszym ciągu tak samo upierdliwie niepomocne, tego Greengrass był pewny.
- Zakładam, że chodziło o nieprzetworzony fragment kaktusa zdolny do ukorzenienia się pod wpływem innych składników eliksiru - zawyrokował bez większego przejęcia tym, jak to mogło zabrzmieć.
Ot stwierdzał fakt. Niektórzy co mniej błyskotliwi lub bardziej pochopni twórcy eliksirów nieostrożnie podchodzili do kwestii sporządzenia roztworów z różnorodnych roślin. Często mieli także dostęp do składników gorszego sortu, więc dla niepoznaki dorzucali do eliksiru całe elementy roślin, żeby z czasem rozpadły się i wzmocniły stopniowo słabnący produkt. A przy tym dodatkowo sprawiały wrażenie bardziej luksusowych, bo widok rośliny zatopionej w cieczy przyciągał wzrok.
Ambroise w tym wypadku stawiał na tą pierwszą okoliczność. Nieroztropny domorosły alchemik lub jego dostawca nie zadbali o odpowiednie stężenie wyciągu, przetestowali produkt, dostrzegli swoje niedociągnięcie i spróbowali dołożyć trochę pospiesznie zmiksowanej rośliny. Raczej nie chodziło o nasiona pływające wewnątrz buteleczki tylko o fragmenty, które pod wpływem eliksiru nie musiały być zbyt duże, żeby móc zakorzenić się wraz z cebulkami włosów.
Magia bywała czasem naprawdę fascynująca i przekorna. Jednocześnie Greengrass wraz z siostrą od wielu tygodni pracowali nad podbiciem właściwości roślin w szklarniach w Dolinie Godryka. Z większym i mniejszym powodzeniem wspólnych eksperymentów. Tymczasem jakiś pokątny sprzedawca osiągał niezmiernie imponujące wyniki w rozmnażaniu kaktusów z miniaturowych kawałeczków najpewniej nie większych od ziarnika sezamu, które umykały wzrokowi i czuciu opuszków palców poszkodowanych klientów.
Ambroise był na swój sposób pełen podziwu dla wątpliwie wykorzystywanego talentu El Iksiro. Swoją drogą powinien podsunąć nowe określenie na tego człowieka reszcie uzdrowicieli wmieszanych w sprawę, bo z samozadowoleniem stwierdził, że udało mu się na poczekaniu wymyślić coś całkiem chwytliwego. Tak. Niewątpliwie lubił doceniać własną kreatywność. Nie miał z tym najmniejszych oporów.
Tak samo jak z uniesieniem brwi na komentarz o tombaku i reszcie towarów.
- Nie pomyślał pan, że obok tych... ...innych towarów nikczemnej jakości... ...raczej nie znajduje się selekcja wybitnych eliksirów i produktów godnych zaufania? - Spytał starając się zachować dla siebie ewentualne niedowierzanie, na twarzy w dalszym ciągu zachowując maskę, choć brwi zdecydowanie na ułamek sekundy niemal złączyły mu się z linią blond włosów.
No cóż. Praca w Mungu nigdy nie przestawała go zaskakiwać. Na oddziale przyjmowali naprawdę różne osobliwe przypadki pozwalające z powodzeniem zwątpić w zdrowy rozsądek społeczeństwa. Przypadek pana Flitwicka nie był najbardziej zatrważającym przejawem chwilowego zamroczenia umysłu zapewne w pilnej potrzebie i biegu, bo Greengrass nie wątpił, że mężczyzna jest naprawdę zapracowanym człowiekiem. Wyglądał na właśnie takiego.
Z dwojga złego Calas nie wspomniał (jeszcze?) o żadnym pochopnym rzucaniu Episkey! na swoją głowę. To było chyba najczęściej wykorzystywane zaklęcie lecznicze, którego bez powodu nadużywali pacjenci. Prawdziwą zmorą szpitala.
- Nie. Nic takiego się nie stanie - odrzekł z pewnością i niemal niezachwianą cierpliwością wobec tych wszystkich pytań.
Oczywiście wolałby ich uniknąć, jednak zawsze jakieś się pojawiały. To była norma. Z zadowoleniem przyjął za to brak pytań związanych z papierami do wypełnienia - o ile te medyczne kwestie mógł wyjaśniać, o tyle legalnych już wyjątkowo nie lubił. Prawdę mówiąc ogólnie niespecjalnie lubił się z prawem, jeszcze szczególniej z uwagi na własną pozaszpitalną działalność na czarnym rynku. Cóż. Mung nie płacił zbyt dobrze. Nie przynosił też aż takich korzyści w postaci znajomości lub informacji.
- Archiwizacja dokumentów na szczęście nie jest naszą działką - skwitował dając do zrozumienia, że owszem - musiał wydać te wszystkie papierzyska, odpowiedzieć na ewentualne wątpliwości a potem sprawdzić czy wszystko zostało poprawnie wypełnione i podpisane (co też zrobił w chwili, w której Calas dał mu znać, że skończył) jednak największą upierdliwość mieli na głowach pracownicy sporego szpitalnego archiwum.
Ci to dopiero mieli ubaw w swojej części podziemnych gabinetów, mierząc się z wysokimi szafami, segregatorami i całą resztą. Nawet wspierani przez skrzaty mieli pełne ręce roboty. Szczególnie, że wszystko należało trzymać w stosownych miejscach, biorąc pod uwagę kolejność alfabetyczną, daty (w tym również te urodzenia, szczególnie w przypadku szesnastego Johna Weasleya) i całą resztę drobiazgów. Nieustannie żonglowali papierami, wydając je i odbierając. Greengrass wolał nie wiedzieć, jak bardzo to tamci mieli trudne zadanie.
Jego w porównaniu do tego było może nie całkiem proste, ale przynajmniej znacznie ciekawsze - każdy przypadek był na swój sposób wyjątkowy. Nie było dwóch identycznych. Nawet w przypadku serii kaktusowych wypadków.
- Wyśmienicie. A więc możemy przechodzić do rzeczy - poinformował, odkładając papiery na biurko; odchrząknął i wyciągnął różdżkę. - To nie będzie zbyt przyjemne, ale wrażenie nie utrzyma się zbyt długo - poinformował zaraz przed tym jak wprawnym ruchem różdżki i zdecydowanym tonem zajął się zamrażaniem rośliny, zaledwie kilkanaście sekund później rozcierając już dłonie z zimna i informując: na tę chwilę gotowe. Kaktus musi odpaść naturalnie, receptę na maść wypiszę panu w trakcie oczekiwania na efekty - raczej miało być już gładko. - Ma pan jeszcze jakieś wątpliwości lub pytania? - Musiał o to spytać. Liczył, że nie, bo kolejka na korytarzu była już całkiem długa.
Całe szczęście obyło się bez dalszej potrzeby rozwijania tematu, więc Ambroise mógł udać się do swoich dalszych zajęć.
Słuchał, odnotowywał fakty w głowie i przy wykorzystaniu samopiszącego pióra, nie wcinając się aż do samego końca wypowiedzi Flitwicka. Niewątpliwie doceniał wyczerpanie tematu. Ministerstwo miało być zadowolone z nowych faktów - choć w dalszym ciągu tak samo upierdliwie niepomocne, tego Greengrass był pewny.
- Zakładam, że chodziło o nieprzetworzony fragment kaktusa zdolny do ukorzenienia się pod wpływem innych składników eliksiru - zawyrokował bez większego przejęcia tym, jak to mogło zabrzmieć.
Ot stwierdzał fakt. Niektórzy co mniej błyskotliwi lub bardziej pochopni twórcy eliksirów nieostrożnie podchodzili do kwestii sporządzenia roztworów z różnorodnych roślin. Często mieli także dostęp do składników gorszego sortu, więc dla niepoznaki dorzucali do eliksiru całe elementy roślin, żeby z czasem rozpadły się i wzmocniły stopniowo słabnący produkt. A przy tym dodatkowo sprawiały wrażenie bardziej luksusowych, bo widok rośliny zatopionej w cieczy przyciągał wzrok.
Ambroise w tym wypadku stawiał na tą pierwszą okoliczność. Nieroztropny domorosły alchemik lub jego dostawca nie zadbali o odpowiednie stężenie wyciągu, przetestowali produkt, dostrzegli swoje niedociągnięcie i spróbowali dołożyć trochę pospiesznie zmiksowanej rośliny. Raczej nie chodziło o nasiona pływające wewnątrz buteleczki tylko o fragmenty, które pod wpływem eliksiru nie musiały być zbyt duże, żeby móc zakorzenić się wraz z cebulkami włosów.
Magia bywała czasem naprawdę fascynująca i przekorna. Jednocześnie Greengrass wraz z siostrą od wielu tygodni pracowali nad podbiciem właściwości roślin w szklarniach w Dolinie Godryka. Z większym i mniejszym powodzeniem wspólnych eksperymentów. Tymczasem jakiś pokątny sprzedawca osiągał niezmiernie imponujące wyniki w rozmnażaniu kaktusów z miniaturowych kawałeczków najpewniej nie większych od ziarnika sezamu, które umykały wzrokowi i czuciu opuszków palców poszkodowanych klientów.
Ambroise był na swój sposób pełen podziwu dla wątpliwie wykorzystywanego talentu El Iksiro. Swoją drogą powinien podsunąć nowe określenie na tego człowieka reszcie uzdrowicieli wmieszanych w sprawę, bo z samozadowoleniem stwierdził, że udało mu się na poczekaniu wymyślić coś całkiem chwytliwego. Tak. Niewątpliwie lubił doceniać własną kreatywność. Nie miał z tym najmniejszych oporów.
Tak samo jak z uniesieniem brwi na komentarz o tombaku i reszcie towarów.
- Nie pomyślał pan, że obok tych... ...innych towarów nikczemnej jakości... ...raczej nie znajduje się selekcja wybitnych eliksirów i produktów godnych zaufania? - Spytał starając się zachować dla siebie ewentualne niedowierzanie, na twarzy w dalszym ciągu zachowując maskę, choć brwi zdecydowanie na ułamek sekundy niemal złączyły mu się z linią blond włosów.
No cóż. Praca w Mungu nigdy nie przestawała go zaskakiwać. Na oddziale przyjmowali naprawdę różne osobliwe przypadki pozwalające z powodzeniem zwątpić w zdrowy rozsądek społeczeństwa. Przypadek pana Flitwicka nie był najbardziej zatrważającym przejawem chwilowego zamroczenia umysłu zapewne w pilnej potrzebie i biegu, bo Greengrass nie wątpił, że mężczyzna jest naprawdę zapracowanym człowiekiem. Wyglądał na właśnie takiego.
Z dwojga złego Calas nie wspomniał (jeszcze?) o żadnym pochopnym rzucaniu Episkey! na swoją głowę. To było chyba najczęściej wykorzystywane zaklęcie lecznicze, którego bez powodu nadużywali pacjenci. Prawdziwą zmorą szpitala.
- Nie. Nic takiego się nie stanie - odrzekł z pewnością i niemal niezachwianą cierpliwością wobec tych wszystkich pytań.
Oczywiście wolałby ich uniknąć, jednak zawsze jakieś się pojawiały. To była norma. Z zadowoleniem przyjął za to brak pytań związanych z papierami do wypełnienia - o ile te medyczne kwestie mógł wyjaśniać, o tyle legalnych już wyjątkowo nie lubił. Prawdę mówiąc ogólnie niespecjalnie lubił się z prawem, jeszcze szczególniej z uwagi na własną pozaszpitalną działalność na czarnym rynku. Cóż. Mung nie płacił zbyt dobrze. Nie przynosił też aż takich korzyści w postaci znajomości lub informacji.
- Archiwizacja dokumentów na szczęście nie jest naszą działką - skwitował dając do zrozumienia, że owszem - musiał wydać te wszystkie papierzyska, odpowiedzieć na ewentualne wątpliwości a potem sprawdzić czy wszystko zostało poprawnie wypełnione i podpisane (co też zrobił w chwili, w której Calas dał mu znać, że skończył) jednak największą upierdliwość mieli na głowach pracownicy sporego szpitalnego archiwum.
Ci to dopiero mieli ubaw w swojej części podziemnych gabinetów, mierząc się z wysokimi szafami, segregatorami i całą resztą. Nawet wspierani przez skrzaty mieli pełne ręce roboty. Szczególnie, że wszystko należało trzymać w stosownych miejscach, biorąc pod uwagę kolejność alfabetyczną, daty (w tym również te urodzenia, szczególnie w przypadku szesnastego Johna Weasleya) i całą resztę drobiazgów. Nieustannie żonglowali papierami, wydając je i odbierając. Greengrass wolał nie wiedzieć, jak bardzo to tamci mieli trudne zadanie.
Jego w porównaniu do tego było może nie całkiem proste, ale przynajmniej znacznie ciekawsze - każdy przypadek był na swój sposób wyjątkowy. Nie było dwóch identycznych. Nawet w przypadku serii kaktusowych wypadków.
- Wyśmienicie. A więc możemy przechodzić do rzeczy - poinformował, odkładając papiery na biurko; odchrząknął i wyciągnął różdżkę. - To nie będzie zbyt przyjemne, ale wrażenie nie utrzyma się zbyt długo - poinformował zaraz przed tym jak wprawnym ruchem różdżki i zdecydowanym tonem zajął się zamrażaniem rośliny, zaledwie kilkanaście sekund później rozcierając już dłonie z zimna i informując: na tę chwilę gotowe. Kaktus musi odpaść naturalnie, receptę na maść wypiszę panu w trakcie oczekiwania na efekty - raczej miało być już gładko. - Ma pan jeszcze jakieś wątpliwości lub pytania? - Musiał o to spytać. Liczył, że nie, bo kolejka na korytarzu była już całkiem długa.
Całe szczęście obyło się bez dalszej potrzeby rozwijania tematu, więc Ambroise mógł udać się do swoich dalszych zajęć.
Koniec sesji
Because no matter how long the night
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down
It's always darker
When the light burns out
And the sun goes down