19.10.2024, 11:10 ✶
Nie sądziła, że tej nocy, w lesie Wisielców pozna kogoś tak innego, a jednocześnie tak podobnego.
Kogoś jednocześnie oderwanego od rzeczywistości, co twardo stąpającego po ziemi. I jak gdyby normalnie zgodziła się, że to stwierdzenie nie ma sensu, to Scylla była żywym wyjątkiem potwierdzającym istnienie reguły.
To co mówiła na swój sposób było przerażające. Wiedziała, że dziewczyna nie chciała jej nastraszyć, przekazywała prawdę taką jaką jest. Wiedziała, że ma racje. Nie bała się, nie była tylko pewna czy w tym momencie chciała dokładać sobie wizje swojej śmierci do tego wszystkiego co zawracało jej głowę. A może... powinna chcieć? Może będzie mogła zamknąć oczy i stwierdzić, że koniec może nie być tak daleko?
To decyzja, którą będzie gloryfikować w złych czasach, gdy śmierć będzie zwiastunem ukojenia - oraz przekleństwem jeśli kiedyś nadejdą lepsze czasy. O ile te nadejdą.
Nie narzekała zbytnio na dotychczasowe życie, ale to dlatego, że nie miała w naturze użalać się nad sobą.
-Będzie to mój ratunek i największy koszmar - podsumowała, wpadając w zadumę. Spojrzała zaraz na nią i uniosła brew - Nie ma mowy - rzuciła, gdy zasugerowała tarota
-Znaczy tak, ale nie - dodała, a zaraz uśmiechnęła się, orientując jak bardzo chaotyczność zdawała się jej pochłonąć.
-Nigdy nie widziałam wróżenia z kart... To byłby problem, jakbym chciała zobaczyć jak to robisz? Oczywiście, jeśli byś chciała się znowu spotkać - zapytała widocznie zafascynowana nowym wątkiem. Chyba bardziej interesował ją proces, aniżeli odpowiedź na własne pytanie dotyczące śmierci.
Nie miała chłopaka. Oczy Scarlett zdawały się zalśnić, co wydawało się absurdalne zważywszy na fakt jak niewiele światła dostaje się do tego miejsca.
-Jak się obawiają, to znaczy, że nie są warci twojej uwagi i czasu - stwierdziła pewnie, a zaraz machnęła ręką.
-A bo wiesz... - uśmiechnęła się głupio - Tak się składa, że mam brata na wydaniu - stwierdziła, zaciągając się papierosem - Kiedyś was poznam, jeśli nie masz nic przeciwko... Co prawda bogaty jeszcze nie jest, ale jest uroczy i opiekuńczy... - jej wzrok zawiesił się na kłębie dymu, który leniwie zaczął znikać
-Chciałabym by znalazł sobie kogoś kto go uszczęśliwi... - kolejny raz zaciągnęła się papierosem.
Gdy pytanie się odwróciło, zerknęła na ciemnowłosą
-Nie - przyznała nieco markotnie - nie żeby źle mi było samej, jest mi bardzo dobrze, ale wiem, że ojciec niedługo zacznie naciskać na ten temat - westchnęła cicho -albo nie daj boże sam mi przyprowadzi kandydata na męża...A ja... - zmrużyła ślepia, wpadając w zadumę - Nigdy nie chciałam by małżeństwo było ucieczką czy przykrym obowiązkiem...
Ta, w ich rodzinie kobiety były traktowane nieco inaczej. Powinna wyjść za mąż i urodzić dzieci, być posłuszna, bla bla... głupie pierdolenie.
-Właściwie to... czy zamiast mojej śmierci mogłabyś sprawdzić czy ktoś tam jest mi przeznaczony? I czy będzie to mój wybór czy nie...czy będzie udane lub nie, albo cokolwiek...- dodała w zamyśleniu - Wydaje się to płytkie, pewnie wiele osób o to prosi ale ja... jeśli jednak małżeństwo będzie niechcianym obowiązkiem to... w zasadzie nie będzie to się różnić wiele od śmierci - wyznała gorzko. Nie widziała siebie jako tej uwiązanej w domu. Szczególnie jeśli jej mąż podzielałby poglądy jej rodziny. Wiedziała, że przesadza. A jednak nie potrafiła na tą chwilę przestać patrzeć na zaślubiny przez pryzmat odebranej wolności. A wiedziała, że nie musi tak być. Może była by to motywacja do szukania, albo ofiarowałaby jej troche czasu aby pogodzić się z nieuniknionym. Chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że posłuszną żoną nigdy by nie była.
Kogoś jednocześnie oderwanego od rzeczywistości, co twardo stąpającego po ziemi. I jak gdyby normalnie zgodziła się, że to stwierdzenie nie ma sensu, to Scylla była żywym wyjątkiem potwierdzającym istnienie reguły.
To co mówiła na swój sposób było przerażające. Wiedziała, że dziewczyna nie chciała jej nastraszyć, przekazywała prawdę taką jaką jest. Wiedziała, że ma racje. Nie bała się, nie była tylko pewna czy w tym momencie chciała dokładać sobie wizje swojej śmierci do tego wszystkiego co zawracało jej głowę. A może... powinna chcieć? Może będzie mogła zamknąć oczy i stwierdzić, że koniec może nie być tak daleko?
To decyzja, którą będzie gloryfikować w złych czasach, gdy śmierć będzie zwiastunem ukojenia - oraz przekleństwem jeśli kiedyś nadejdą lepsze czasy. O ile te nadejdą.
Nie narzekała zbytnio na dotychczasowe życie, ale to dlatego, że nie miała w naturze użalać się nad sobą.
-Będzie to mój ratunek i największy koszmar - podsumowała, wpadając w zadumę. Spojrzała zaraz na nią i uniosła brew - Nie ma mowy - rzuciła, gdy zasugerowała tarota
-Znaczy tak, ale nie - dodała, a zaraz uśmiechnęła się, orientując jak bardzo chaotyczność zdawała się jej pochłonąć.
-Nigdy nie widziałam wróżenia z kart... To byłby problem, jakbym chciała zobaczyć jak to robisz? Oczywiście, jeśli byś chciała się znowu spotkać - zapytała widocznie zafascynowana nowym wątkiem. Chyba bardziej interesował ją proces, aniżeli odpowiedź na własne pytanie dotyczące śmierci.
Nie miała chłopaka. Oczy Scarlett zdawały się zalśnić, co wydawało się absurdalne zważywszy na fakt jak niewiele światła dostaje się do tego miejsca.
-Jak się obawiają, to znaczy, że nie są warci twojej uwagi i czasu - stwierdziła pewnie, a zaraz machnęła ręką.
-A bo wiesz... - uśmiechnęła się głupio - Tak się składa, że mam brata na wydaniu - stwierdziła, zaciągając się papierosem - Kiedyś was poznam, jeśli nie masz nic przeciwko... Co prawda bogaty jeszcze nie jest, ale jest uroczy i opiekuńczy... - jej wzrok zawiesił się na kłębie dymu, który leniwie zaczął znikać
-Chciałabym by znalazł sobie kogoś kto go uszczęśliwi... - kolejny raz zaciągnęła się papierosem.
Gdy pytanie się odwróciło, zerknęła na ciemnowłosą
-Nie - przyznała nieco markotnie - nie żeby źle mi było samej, jest mi bardzo dobrze, ale wiem, że ojciec niedługo zacznie naciskać na ten temat - westchnęła cicho -albo nie daj boże sam mi przyprowadzi kandydata na męża...A ja... - zmrużyła ślepia, wpadając w zadumę - Nigdy nie chciałam by małżeństwo było ucieczką czy przykrym obowiązkiem...
Ta, w ich rodzinie kobiety były traktowane nieco inaczej. Powinna wyjść za mąż i urodzić dzieci, być posłuszna, bla bla... głupie pierdolenie.
-Właściwie to... czy zamiast mojej śmierci mogłabyś sprawdzić czy ktoś tam jest mi przeznaczony? I czy będzie to mój wybór czy nie...czy będzie udane lub nie, albo cokolwiek...- dodała w zamyśleniu - Wydaje się to płytkie, pewnie wiele osób o to prosi ale ja... jeśli jednak małżeństwo będzie niechcianym obowiązkiem to... w zasadzie nie będzie to się różnić wiele od śmierci - wyznała gorzko. Nie widziała siebie jako tej uwiązanej w domu. Szczególnie jeśli jej mąż podzielałby poglądy jej rodziny. Wiedziała, że przesadza. A jednak nie potrafiła na tą chwilę przestać patrzeć na zaślubiny przez pryzmat odebranej wolności. A wiedziała, że nie musi tak być. Może była by to motywacja do szukania, albo ofiarowałaby jej troche czasu aby pogodzić się z nieuniknionym. Chociaż zdawała sobie sprawę z tego, że posłuszną żoną nigdy by nie była.