18.10.2024, 21:32 ✶
11.08.1972
Lecznica Dusz
Lecznica Dusz
Perseusz Jebany W Dupę Black.
Pan lekarz prowadzący, który jednym swoim pieprzonym autografem zwracał wolność, ale też jednym kolejny pieprzonym autografem mógł ją zabrać.
Mildred gdy wyszła ze szpitala, to... no cóż, latała jak popierdolona po całej Anglii. Posrało ją. Lammas. Klify. Randeczki maskowe. Czyściuchowe wesela. Urodzinki popierdolone. I Windermere. Och tak, to ostatnie było doskonałym przykładem zjebania. Zeżarła ją tam ziemia i jeszcze musiała się spotkać z tym kutasem Mulciberem, a Morpheus chciał im dać obroże. Jakby byli Rydwanem a on woźnicą.
I Peregrinus... Jej, ale wcale nie jej Peregrinus. Był. Ale go jakby nie był. Jak zawsze. Jak mgła. Jak marzenie o tym, by nie być samemu. Anioł zniknął w odmętach czarnej wody, jego smętne wilgotne czarne loki przylepione do twarzy, pozostawiły jedno zdanie: "kocham Cię jak przyjaciółkę, jak siostrę", które było najbardziej krindżową formą kosza. Nie żeby Mildred jej nie znała, sama sprzedawała ją kilku typom. Właśnie. Jakieś typy. A nie on. Nie ona.
Long story short, trzeba było ogarnąć leki. Alastor zarządził, jak się dowiedział co się odjebało w Windermere, ktoś też mu chyba doniósł, że zbyt łatwo przychodziło jej zapominać o dawkach. Znaczy nie. Brała sumiennie elki, jak na siebie przynajmniej.
Ćpanie.
Takie na legalu.
Nie lubiła Blacka. Nie lubiła jego wymoczonej szczurzej twarzy, czarnych oczu. Nie lubiła myśleć o jego krwi, która może była tak czarna jak krew Louviana, z którym nie rozmawiała od czasu Beltane. A który był, był tu gdzieś, tak jej mówili, opis się zgadzał. Nie lubiła Blacka, bo on patrzył na nią dziwnie. Czuła się niezręcznie.
Dobrze, że był przy niej Bertileniusz Pierwszy, odpowiednik Henryka VIII, który kolekcjonował żony, jak karty ze swoich skaczących żab. To było głupie i dziecinne, ale w jego objęciu czuła się jakby miała żołądek pełen kakao. Wolała żeby był tu Alastor. Bardzo nie chciała żeby był tu Alastor. Nie chciała go nigdy więcej widzieć w lecznicy. Nie chciała żeby on ją widział tutaj, gdy nieprzytomna pada na ziemię jak przed miesiącami, gdy śpiączka tylko na moment odchodziła i przychodziła znów, by przekręcić sztylet zgryzoty w sercach jej najbliższych...
...nie krzyczała, gdy wizja przeminęła. Nie. Zwinęła się w mały, niedołężny kłębek, drżąc na całym ciele, próbując wcisnąć sobie dłonie w oczodoły.
– pierdolone kurwa... chciał ... nie... otruć – wydusiła ze swojej piersi drżąc jak osika, jakby ją wyjebali na mróz w samej nocnej koszuli. – ... Davis... pamiętaj – dodała wciąż kuląc się i płacząc bezgłośnie.