18.10.2024, 17:24 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.10.2024, 21:01 przez Faye Travers.)
Czy zbyt szybko wyszła z roli? Cóż... Być może błysk jaj, który dostrzegła kątem oka, a być może po prostu od początku była nastawiona na jeden cel. Tak naprawdę do Faye nie zamierzała dłużej zgrywać przerażonej damy w opałach, jeżeli nie było takiej potrzeby. A nie było, bo mężczyźni niezwykle szybko uznali, że należy ratować siebie, a nie jakąś damulkę, która nagle wyskoczyła z krzaków. Zapewne gdyby byli bardziej odważni lub bardziej trzeźwi to pewnie by się zorientowali, że coś jest nie tak, ale... Hm.
Faye zamierzała przymknąć oko na to, co by wyprawiał Maddox za jej plecami. Póki nie słyszała krzyków agonii, gdy jego kły rozgryzałyby gardła, mógł robić co chciał. Bawić się z nimi w berka, gonić po lesie a być może nawet któregoś złapać. Travers nie była głupia, doskonale wiedziała, że mieli zupełnie inny kompas moralny i gdyby to był ktokolwiek inny, to nie pozwoliłaby na tego typu zabawy. Ale to nie był byle kto, to był Maddox, osoba którą znała. Osoba, która przystała na kompromis, mimo że niezwykle niechętnie. Może nie powinna, ale mu ufała. I chyba naprawdę powinna przemyśleć swoje wartości i postępowanie, bo spodziewała się, że usłyszy wycie i warkoty, a nie trzask rozwalanych namiotów, które złożono niechlujnie i naprędce tak, że pod wpływem wilkołaczej postaci łamały się jak zapałki. Drgnęła, wychwytując kątem oka ruch, by skrzywić się, gdy poczuła mocny uścisk łapy na swoim ramieniu.
- Nie gonisz ich? - zapytała zdziwiona, z początku nie rozumiejąc kompletnie, o co mu chodziło. No przecież mieli umowę, prawda? Ona udaje, że się go boi, a on straszy aspirujących alchemików, by wydrzeć im z gardeł recepturę swojego ojca. A jednak stał teraz przed nią, ściskając mocno za ramię, a drugą łapę wyciągał po... Po co? - Co jest?
Zmarszczyła brwi, widząc wyciągnięte łapsko. Chyba nie...?
- O nie, nie myśl o tym nawet - warknęła, zaciskając szczęki tak mocno, że chyba nawet zgrzytnęła zębami. Tak, tylko ona mogła się kłócić z kimś, kto był w wilkołaczej formie. Chociaż nie, to nie była nawet kłótnia. W jej ustach to brzmiało jak prośba - nawet nie ostrzeżenie, tylko prośba. Nie myśl o tym, nie zabieraj tego, po co przyszłam.
Faye zamierzała przymknąć oko na to, co by wyprawiał Maddox za jej plecami. Póki nie słyszała krzyków agonii, gdy jego kły rozgryzałyby gardła, mógł robić co chciał. Bawić się z nimi w berka, gonić po lesie a być może nawet któregoś złapać. Travers nie była głupia, doskonale wiedziała, że mieli zupełnie inny kompas moralny i gdyby to był ktokolwiek inny, to nie pozwoliłaby na tego typu zabawy. Ale to nie był byle kto, to był Maddox, osoba którą znała. Osoba, która przystała na kompromis, mimo że niezwykle niechętnie. Może nie powinna, ale mu ufała. I chyba naprawdę powinna przemyśleć swoje wartości i postępowanie, bo spodziewała się, że usłyszy wycie i warkoty, a nie trzask rozwalanych namiotów, które złożono niechlujnie i naprędce tak, że pod wpływem wilkołaczej postaci łamały się jak zapałki. Drgnęła, wychwytując kątem oka ruch, by skrzywić się, gdy poczuła mocny uścisk łapy na swoim ramieniu.
- Nie gonisz ich? - zapytała zdziwiona, z początku nie rozumiejąc kompletnie, o co mu chodziło. No przecież mieli umowę, prawda? Ona udaje, że się go boi, a on straszy aspirujących alchemików, by wydrzeć im z gardeł recepturę swojego ojca. A jednak stał teraz przed nią, ściskając mocno za ramię, a drugą łapę wyciągał po... Po co? - Co jest?
Zmarszczyła brwi, widząc wyciągnięte łapsko. Chyba nie...?
- O nie, nie myśl o tym nawet - warknęła, zaciskając szczęki tak mocno, że chyba nawet zgrzytnęła zębami. Tak, tylko ona mogła się kłócić z kimś, kto był w wilkołaczej formie. Chociaż nie, to nie była nawet kłótnia. W jej ustach to brzmiało jak prośba - nawet nie ostrzeżenie, tylko prośba. Nie myśl o tym, nie zabieraj tego, po co przyszłam.