18.10.2024, 14:51 ✶
Czuła, że to się wydarzy. Rozmawiała o tym z Samuelem - o tym, że jest częścią Kniei, zarówno ona, jak i on. Że drzewa przestał szeptać, że Knieja zamknęła swoje serce przed nimi tak, jak Ministerstwo zamknęło las przed wszystkimi, którzy mogliby chcieć przekroczyć jego granicę. Od kilku dni była niespokojna, ale nie miała pojęcia, czy to był efekt jej kiepskich wyborów życiowych, czy może wina tego, że zostali brutalnie odcięci od swojego środowiska. Knieja była ich domem, ich ochroną, ich jestestwem. Uprzedzała Samuela, że dłużej tak nie wytrzyma - że musi coś zrobić. Nie... Nie musi. Muszą. Przecież gdy stali na wrzosowiskach, niedaleko Kniei Godryka, przysięgła mu, że rozwiążą to razem. Samuel był jej bratnią duszą, rozumiał ją nawet lepiej niż jej rodzony brat, z którym teraz stała ramię w ramię, przy wejściu do lasu.
Wezwała Samuela listownie. W jej wiadomości przebrzmiewała rozpacz - jako jej bratnia dusza wiedział, po prostu musiał wiedzieć, że jeżeli nie zjawi się natychmiast na wrzosowiskach, tam gdzie ostatnio się rozstali, Roselyn wejdzie do Kniei sama. Nie mogła dłużej ignorować wezwania swoich Przodków. Ponoć gdy Greengrassowie byli w niebezpieczeństwie, to Knieja ruszała na pomoc. Teraz miała wrażenie, że w końcu nadszedł czas, by to oni ruszyli jej na pomoc. Nie miała pojęcia, czy jej ojciec czuł to samo. Nie było go znowu w domu, ponownie gdzieś wyjechał. Może uciekał przed tym uczuciem, a może samotnie ruszył do Kniei, nie mówiąc nikomu? Przecież Thomas nigdy nie chciał narażać swoich dzieci na niebezpieczeństwo. Pan Greengrass miał jednak ogromnego pecha, płodząc tę dwójkę: bowiem Ambroise i Roselyn nie tylko przyciągali kłopoty jak magnes, ale również pchali się w nie nawet wtedy, gdy nie było takiej potrzeby.
- Tu jest bezpiecznie - odezwała się cicho, jakby bojąc się, że głośniejszy dźwięk przyciągnie upiory, przez które zamknięto wejście do lasu. Roselyn ściskała mocno dłoń Sama. Podobnie jak Roise miała podkrążone oczy oraz włosy w nieładzie, niedbale związane w niechlujny warkocz. Wyglądała tak, jakby dopiero co wstała z łóżka, w którym nie zmrużyła oka, a potem włożyła na siebie wczorajsze, wygodne ubranie, i wyszła z domu prosto na tę dziwną ścieżkę, wiedziona dziwnym przeczuciem. Nie pytała, czemu znajdował się tu także jej brat - skoro ona czuła woła, on również musiał je czuć.
Wezwała Samuela listownie. W jej wiadomości przebrzmiewała rozpacz - jako jej bratnia dusza wiedział, po prostu musiał wiedzieć, że jeżeli nie zjawi się natychmiast na wrzosowiskach, tam gdzie ostatnio się rozstali, Roselyn wejdzie do Kniei sama. Nie mogła dłużej ignorować wezwania swoich Przodków. Ponoć gdy Greengrassowie byli w niebezpieczeństwie, to Knieja ruszała na pomoc. Teraz miała wrażenie, że w końcu nadszedł czas, by to oni ruszyli jej na pomoc. Nie miała pojęcia, czy jej ojciec czuł to samo. Nie było go znowu w domu, ponownie gdzieś wyjechał. Może uciekał przed tym uczuciem, a może samotnie ruszył do Kniei, nie mówiąc nikomu? Przecież Thomas nigdy nie chciał narażać swoich dzieci na niebezpieczeństwo. Pan Greengrass miał jednak ogromnego pecha, płodząc tę dwójkę: bowiem Ambroise i Roselyn nie tylko przyciągali kłopoty jak magnes, ale również pchali się w nie nawet wtedy, gdy nie było takiej potrzeby.
- Tu jest bezpiecznie - odezwała się cicho, jakby bojąc się, że głośniejszy dźwięk przyciągnie upiory, przez które zamknięto wejście do lasu. Roselyn ściskała mocno dłoń Sama. Podobnie jak Roise miała podkrążone oczy oraz włosy w nieładzie, niedbale związane w niechlujny warkocz. Wyglądała tak, jakby dopiero co wstała z łóżka, w którym nie zmrużyła oka, a potem włożyła na siebie wczorajsze, wygodne ubranie, i wyszła z domu prosto na tę dziwną ścieżkę, wiedziona dziwnym przeczuciem. Nie pytała, czemu znajdował się tu także jej brat - skoro ona czuła woła, on również musiał je czuć.