16.10.2024, 23:23 ✶
Wszystko wydawało się jak najbardziej prawdziwe i chyba w tym tkwił cały problem - ciężko było oszukać zmysły i dopatrzyć się wszelkich nieprawidłowości. Leżące na Nicholasie ubranie było obce, a przynajmniej nie było tym samym, które miał na sobie jeszcze w Mauzoleum pod szatami śmierciożercy. Smutne pasy sugerowały więzienny uniform, który przysługiwał każdemu więźniowi.
- Ile? Ile... hm... - męski głos chyba odrobinę posmutniał, kiedy nie uzyskał spodziewanej odpowiedzi. - Tyle ile ja, a może trochę krócej? Nie pamiętam nawet sam od kiedy tutaj jestem, a co dopiero inni... Ej... ej... jak ci właściwie na imię, co? Może gdybyś mi przypomniał to sam bym sobie... przypomniał? - zapytał gorączkowo, z jakąś taką dziwną nadzieją w głosie. Jakby chociaż najmniejsza z utraconych informacji miała nieco rozjaśnić mu dzień i pozwolić uczepić się czegoś pośród tej szarej rzeczywistości wzniesionej z kamienia.
Rabastan był niewinny i nie powinien tutaj leżeć, a przeświadczenie Rodolphusa co do tego kto był temu wszystkiemu winien, zdawało się umacniać z każdą kolejną chwilą. Kolejne ciała wydawały się dziwnie obojętne, posiadające twarze wyciągnięte prosto ze snu - z kategorii tych które podczas śnienia wydawały się jak najbardziej znajome, ale na jawie i po przemyśleniu wizji nie dało się w pełni określić, do kogo powinny należeć. Dopiero po dłuższej chwili jedna z nich wybiła się z reszty, niczym kamień milowy określająca kolejny punkt podróży, kiedy oczy Lestrange'a natrafiły na wzniesione ku górze oczy swojej matki. Przekrwione i puste, na tak samo nieruchawej twarzy którą powoli obsiadały muchy. Leżała pod jakimś zwalistym ciałem, z ręką wyciągniętą w stronę syna.
Dłoń sięgnęła w poszukiwaniu różdżki i znalazła ją bez większego problemu. A kopiec znajdował się bliżej i bliżej. Z tej odległości Rodolphus mógł zauważyć, ze zamiast budować się z kolejnych ciał, albo stanowić jakiś naturalny nasyp, bielił się w oddali, ale jeszcze nie był na tyle blisko by stwierdzić co dokładnie składało się na jego strukturę. Co jednak do niego doszło, to to że na jego szczycie znajdowały się dwie sylwetki.
- Ile? Ile... hm... - męski głos chyba odrobinę posmutniał, kiedy nie uzyskał spodziewanej odpowiedzi. - Tyle ile ja, a może trochę krócej? Nie pamiętam nawet sam od kiedy tutaj jestem, a co dopiero inni... Ej... ej... jak ci właściwie na imię, co? Może gdybyś mi przypomniał to sam bym sobie... przypomniał? - zapytał gorączkowo, z jakąś taką dziwną nadzieją w głosie. Jakby chociaż najmniejsza z utraconych informacji miała nieco rozjaśnić mu dzień i pozwolić uczepić się czegoś pośród tej szarej rzeczywistości wzniesionej z kamienia.
Rabastan był niewinny i nie powinien tutaj leżeć, a przeświadczenie Rodolphusa co do tego kto był temu wszystkiemu winien, zdawało się umacniać z każdą kolejną chwilą. Kolejne ciała wydawały się dziwnie obojętne, posiadające twarze wyciągnięte prosto ze snu - z kategorii tych które podczas śnienia wydawały się jak najbardziej znajome, ale na jawie i po przemyśleniu wizji nie dało się w pełni określić, do kogo powinny należeć. Dopiero po dłuższej chwili jedna z nich wybiła się z reszty, niczym kamień milowy określająca kolejny punkt podróży, kiedy oczy Lestrange'a natrafiły na wzniesione ku górze oczy swojej matki. Przekrwione i puste, na tak samo nieruchawej twarzy którą powoli obsiadały muchy. Leżała pod jakimś zwalistym ciałem, z ręką wyciągniętą w stronę syna.
Dłoń sięgnęła w poszukiwaniu różdżki i znalazła ją bez większego problemu. A kopiec znajdował się bliżej i bliżej. Z tej odległości Rodolphus mógł zauważyć, ze zamiast budować się z kolejnych ciał, albo stanowić jakiś naturalny nasyp, bielił się w oddali, ale jeszcze nie był na tyle blisko by stwierdzić co dokładnie składało się na jego strukturę. Co jednak do niego doszło, to to że na jego szczycie znajdowały się dwie sylwetki.