16.10.2024, 18:14 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 16.10.2024, 18:15 przez Lorien Mulciber.)
Lourmarin było jednym z tych prowansalskich czarodziejskich miasteczek, gdzie poza widokami na Alpy Nadmorskie, ogrodami, fikuśnymi kawiarnio-księgarenkami i ukrytymi w zaułkach restauracjami… nie było nic ciekawego. Nie było nawet szóstej, gdy Lorien się przebudziła. Wyciągnęła dłoń spod cienkiej, satynowej pościeli, starając się złapać prześlizgujące się między palcami pierwsze promienie francuskiego słońca. Powietrze pachniało świeżą kawą i ciężkim, duszącym zapachem cygar. To było coś nowego.
Robert?
Podniosła się powoli na łokciach. Poranek pieścił chłodem jej ramiona. Wciąż – zapowiadał się piękny dzień. Przekręciła głowę, by uważniej przyjrzeć się śpiącemu mężowi. Nieczęsto budziła się z nim przy boku. Jeszcze rzadziej wstawała wcześniej. Nie przyglądała mu się za to praktycznie nigdy. Bo i po co? Nie poślubiła go dla urody.
Pan z Bożej łaski Mulciber.
Przechyliła głowę, a chęć przesunięcia opuszkami palców po jego policzku stłumiło nagłe uczucie. Żal. Niezrozumiałe uczucie niczym gula w gardle odebrał jej oddech na parę sekund. Jej pierś unosiła się i opadała, gdy ciałem wstrząsnął nagły spazm paniki. Zamrugała parokrotnie pod ciężarem emocji. A potem… wszystko zniknęło. Po bolesnym uścisku nie pozostało nawet wspomnienie. Cofnęła rękę, gdy łzy pociekły jej po policzkach w reakcji na uczucie, którego źródła nie potrafiła zrozumieć. Kobieta otarła je szybko wierzchem dłoni, po czym opuściła łóżko.
- Si può finire qui, ma tu davvero puoi, buttare via così un anno d'amore...- Nuciła pod nosem, nasuwając na ramiona niebieską narzutkę. Wyszła na balkon; wsparła się o kamienną balustradę wystawiając policzek do słońca. Czy była dumna ze swojej ucieczki? Nie. Ale nareszcie mogła go mieć tylko dla siebie. Z dala od wiszącego im nad głową szwagra i zgiełku Londynu. Na balkon wskoczył puchaty kot (skąd on się tu w ogóle wziął?)
- Lo so non servirà e tu mi lascerai, ma dimmi, tu lo sai che cosa perdiamo.- Przesunęła palcami po kocim karku, zupełnie jakby umysł wyparł jej ptasie instynkty. Podświadomie wiedziała, że nie musi się go obawiać. Nic jej tu nie groziło.
Kot przeciągnął się leniwie, prostując stare kości. Jak rasowa papuga zrobiła to samo. Wyciągnęła ręce do góry, pozwalając luźnym rękawom opaść i odsłonić wszystkie te drobne blizny po starych ranach i przypadkowych rozcięciach; odsłonić wyblakły tatuaż w kształcie korony na wewnętrznej stronie ramienia. Przeciągnęła się, rosnąc o tych kilka namometrów. I w dodatku zamruczała.
W tej błogiej sielance zapomniała już o istnieniu śpiącego męża, londyńskich problemów. Uniosła do ust filiżankę, smakując czarną kawę.
- Ricorderai… Ricorderai… - Powiodła spojrzeniem po dobrze sobie znanym (skąd?) krajobraz. Kamieniczki skąpane w kwiatach, wąskie uliczki małego miasteczka, wzgórza przynależące do okolicznych winnic. Lipa rosnąca nad brzegiem rzeki. Zamarła z dłońmi zaciśniętymi na filiżance.
Lipa?
- Dziwne. Od kiedy w Lourmarin kwitną lipy. W dodatku w sierpniu...- Mruknęła pod nosem, skupiając uwagę na dziwacznym drzewie. Nie pasowało tutaj. A im dłużej się w nie wpatrywała, tym mocniej biło jej serce - tym bardziej nierealne wszystko się zdawało. Rzeczywistość, która ją otaczała zdawała się nie sięgać dalej niż widok z balkonu. Jakby naraz znalazła się na planie kiepsko przygotowanej sztuki teatralnej i ktoś pomylił scenografię.
Ostry dźwięk, niczym brutalnie przesunięta po płycie igła gramofonu, powalił ją na kolana. Docisnęła dłonie do uszu, jakby miało jej to w czymkolwiek pomóc. Zagłuszyć wwiercający się w umysł pisk. Coś było nie tak.
Coś burzyło immersję.
Kot dotychczas przyglądający jej się z barierki, zeskoczył leniwie na posadzkę balkonu. Przyczepiona do obróżki przywieszka z wagą wydała ciche “dzyń dzyń”, gdy puchate stworzenie przysiadło przed nią.
A potem odezwało się znajomym, znudzonym głosem.
-Jesteś tu już od pewnego czasu. Lepiej się obudź, zanim zapomnisz jak się to robi.
Ptasie ślepia wpatrywały się w niego z tą samą dozą zainteresowania i ostrożności co zazwyczaj. Znała go. Przecież nie raz nie dwa miał okazję widzieć ją w tej formie - choć z reguły mógł się jej przyjrzeć w dość kontrolowanych warunkach. Gdy śniła swoje małe ptasie sny w przepastnej kieszeni szaty doktora Prewetta, jednym z niewielu miejsc, które uznawała za bezpieczne.
Jeden krok. Lekki przeskok z chuderlawej nóżki na drugą nóżkę. Kolejny.
Strząsnęła poranną wilgoć ze skrzydeł. Jeszcze jeden krok, nim wreszcie znalazła się na tyle blisko by móc wskoczyć na wyciągniętą w swoją stronę dłoń. Zadarła lekko łeb, wsłuchując się w słowa opowiastki. A może to było jednak tylko takie wrażenie? Granice między ptasią, a ludzką duszą zacierały się od lat. Szybko jednak straciła zainteresowanie samym Anthony'm. Zamiast tego wlepiła wzrok w pomnik między drzewami.
Czy tak jak śmieci płaciło się srebrnym obolem, tak meledictusy pobierały opłatę w postaci starych historii?
Pozwoliła mu podnieść się z ziemi jeśli miał taką ochotę. Może nawet z lekko oburzonym ni to trelem ni skrzekiem, jeśli nie zrobił tego odpowiednio delikatnie.
Robert?
Podniosła się powoli na łokciach. Poranek pieścił chłodem jej ramiona. Wciąż – zapowiadał się piękny dzień. Przekręciła głowę, by uważniej przyjrzeć się śpiącemu mężowi. Nieczęsto budziła się z nim przy boku. Jeszcze rzadziej wstawała wcześniej. Nie przyglądała mu się za to praktycznie nigdy. Bo i po co? Nie poślubiła go dla urody.
Pan z Bożej łaski Mulciber.
Przechyliła głowę, a chęć przesunięcia opuszkami palców po jego policzku stłumiło nagłe uczucie. Żal. Niezrozumiałe uczucie niczym gula w gardle odebrał jej oddech na parę sekund. Jej pierś unosiła się i opadała, gdy ciałem wstrząsnął nagły spazm paniki. Zamrugała parokrotnie pod ciężarem emocji. A potem… wszystko zniknęło. Po bolesnym uścisku nie pozostało nawet wspomnienie. Cofnęła rękę, gdy łzy pociekły jej po policzkach w reakcji na uczucie, którego źródła nie potrafiła zrozumieć. Kobieta otarła je szybko wierzchem dłoni, po czym opuściła łóżko.
- Si può finire qui, ma tu davvero puoi, buttare via così un anno d'amore...- Nuciła pod nosem, nasuwając na ramiona niebieską narzutkę. Wyszła na balkon; wsparła się o kamienną balustradę wystawiając policzek do słońca. Czy była dumna ze swojej ucieczki? Nie. Ale nareszcie mogła go mieć tylko dla siebie. Z dala od wiszącego im nad głową szwagra i zgiełku Londynu. Na balkon wskoczył puchaty kot (skąd on się tu w ogóle wziął?)
- Lo so non servirà e tu mi lascerai, ma dimmi, tu lo sai che cosa perdiamo.- Przesunęła palcami po kocim karku, zupełnie jakby umysł wyparł jej ptasie instynkty. Podświadomie wiedziała, że nie musi się go obawiać. Nic jej tu nie groziło.
Kot przeciągnął się leniwie, prostując stare kości. Jak rasowa papuga zrobiła to samo. Wyciągnęła ręce do góry, pozwalając luźnym rękawom opaść i odsłonić wszystkie te drobne blizny po starych ranach i przypadkowych rozcięciach; odsłonić wyblakły tatuaż w kształcie korony na wewnętrznej stronie ramienia. Przeciągnęła się, rosnąc o tych kilka namometrów. I w dodatku zamruczała.
W tej błogiej sielance zapomniała już o istnieniu śpiącego męża, londyńskich problemów. Uniosła do ust filiżankę, smakując czarną kawę.
- Ricorderai… Ricorderai… - Powiodła spojrzeniem po dobrze sobie znanym (skąd?) krajobraz. Kamieniczki skąpane w kwiatach, wąskie uliczki małego miasteczka, wzgórza przynależące do okolicznych winnic. Lipa rosnąca nad brzegiem rzeki. Zamarła z dłońmi zaciśniętymi na filiżance.
Lipa?
- Dziwne. Od kiedy w Lourmarin kwitną lipy. W dodatku w sierpniu...- Mruknęła pod nosem, skupiając uwagę na dziwacznym drzewie. Nie pasowało tutaj. A im dłużej się w nie wpatrywała, tym mocniej biło jej serce - tym bardziej nierealne wszystko się zdawało. Rzeczywistość, która ją otaczała zdawała się nie sięgać dalej niż widok z balkonu. Jakby naraz znalazła się na planie kiepsko przygotowanej sztuki teatralnej i ktoś pomylił scenografię.
Ostry dźwięk, niczym brutalnie przesunięta po płycie igła gramofonu, powalił ją na kolana. Docisnęła dłonie do uszu, jakby miało jej to w czymkolwiek pomóc. Zagłuszyć wwiercający się w umysł pisk. Coś było nie tak.
Coś burzyło immersję.
Kot dotychczas przyglądający jej się z barierki, zeskoczył leniwie na posadzkę balkonu. Przyczepiona do obróżki przywieszka z wagą wydała ciche “dzyń dzyń”, gdy puchate stworzenie przysiadło przed nią.
A potem odezwało się znajomym, znudzonym głosem.
-Jesteś tu już od pewnego czasu. Lepiej się obudź, zanim zapomnisz jak się to robi.
- * -
Ptasie ślepia wpatrywały się w niego z tą samą dozą zainteresowania i ostrożności co zazwyczaj. Znała go. Przecież nie raz nie dwa miał okazję widzieć ją w tej formie - choć z reguły mógł się jej przyjrzeć w dość kontrolowanych warunkach. Gdy śniła swoje małe ptasie sny w przepastnej kieszeni szaty doktora Prewetta, jednym z niewielu miejsc, które uznawała za bezpieczne.
Jeden krok. Lekki przeskok z chuderlawej nóżki na drugą nóżkę. Kolejny.
Strząsnęła poranną wilgoć ze skrzydeł. Jeszcze jeden krok, nim wreszcie znalazła się na tyle blisko by móc wskoczyć na wyciągniętą w swoją stronę dłoń. Zadarła lekko łeb, wsłuchując się w słowa opowiastki. A może to było jednak tylko takie wrażenie? Granice między ptasią, a ludzką duszą zacierały się od lat. Szybko jednak straciła zainteresowanie samym Anthony'm. Zamiast tego wlepiła wzrok w pomnik między drzewami.
Czy tak jak śmieci płaciło się srebrnym obolem, tak meledictusy pobierały opłatę w postaci starych historii?
Pozwoliła mu podnieść się z ziemi jeśli miał taką ochotę. Może nawet z lekko oburzonym ni to trelem ni skrzekiem, jeśli nie zrobił tego odpowiednio delikatnie.