16.10.2024, 00:40 ✶
Stoję razem z Lorraine gdzieś pomiędzy Fortinbrasem a ciotkami Parkinson. Gapię się to na Fortiego, to na matkę.
Eden uśmiechnęła się półgębkiem na słowa Lorraine. Była wciąż skupiona na szepczącym trio wiedźm za swoimi plecami, na które subtelnie zerkała, nie umiejąc powstrzymać pogardliwego spojrzenia. Czuła, że podskórnie szukała w ich słowach sensacji, czegokolwiek, co pozwoli się wtrącić i wprawić tę stężałą krew w ruch, ale musiała obejść się smakiem. Ich słowa, choć obraźliwe, nie niosły ze sobą żadnej wartości. Wymuszanie ich aprobaty byłoby daremne, bo w końcu kto by chciał od nich ten zdezelowany laur?
Zwróciła swoją uwagę z powrotem w kierunku kuzynki.
- Imprezy kostiumowe to jego nowe hobby - odparła z przekąsem, cicho, unosząc kieliszek do ust. Słowa miały w sobie delikatną nutę drwiny, ukrytą za elegancką fasadą salonowego tonu. Piła do Beltane oczywiście, do zamachu, w którym brał udział, gdzie przywdział pelerynę i maskę jak przerysowany złoczyńca z bajki. Nie sądziła, żeby Lorraine o tym wiedziała, a Eden nieśpieszno było wyjawiać, że jej ojciec jest, nomen omen, poszukiwanym przestępcą. Nawet jeśli miała kuzynkę za zaufaną osobę, im mniej osób wiedziało o upadku byłego Ministra z pozycji chwały, tym lepiej. Lorraine mogła liczyć na aprobatę Eden, mogła udawać lojalną aż do bólu, ale w gruncie rzeczy wszyscy w tej rodzinie nosili maski - nawet wobec siebie nawzajem. - Ot, kryzys wieku średniego - dodała, wzruszając ramionami. Nie, to było coś więcej. Coś zdecydowanie gorszego.
Jej wzrok przelotnie powędrował w kierunku ojca, który stał z dystynkcją, prowadząc rozmowę z młodym Burke. Fortinbras był mistrzem tej gry - zawsze pozostawał w półcieniu, jakby czekał na właściwy moment, by wyjść na scenę. Jego nagłe pojawienie się na przyjęciu było więcej niż tylko zaskoczeniem. Eden widziała w tym jakiś cel, którego jeszcze nie potrafiła do końca odczytać. Czuła, jak ciasny krąg gości zamyka się wokół nich, jak ciepłe, przyciemnione światło salonu topi się na jej skórze. Gra w pozory była tutaj wszystkim, ale Eden wiedziała, że za fasadą grzecznych rozmów kryje się coś znacznie bardziej skomplikowanego.
Jej spojrzenie przeszło na Eleonorę, stojącą z niezmiennie opanowanym wyrazem twarzy. Eden zawsze czuła dystans do matki, chłodną odległość, która dzieliła je nawet w chwilach, gdy siedziały tuż obok siebie. Widok rodziców razem na tej gali był czymś niezwykłym, jakby oboje odgrywali nową rolę, starając się przedefiniować swoje miejsce na scenie rodzinnych intryg. Co planowali? A raczej - co planował ojciec i czemu wciągnął w to matkę, niechybnie za włosy?
Odwróciła głowę błyskawicznie wręcz, słysząc pytanie Lorraine na temat wrażeń Fortinbrasa. Nie chciała jej mówić, że według niego wdała się w swojego ojca. Każdy, kto znał jego relację z Armandem wiedział, że to nie był komplement, to była potwarz. Jednocześnie chciała zwrócić uwagę kuzynki na czyhające w tej opinii niebezpieczeństwo.
- Pamiętasz końcówkę przemówienia Raphaeli? Tę ckliwą prośbę o aplauz dla mugolaka? - Zagaiła, uśmiechając się tak kwaśno, że aż zapiekły ją policzki. - Tata się wtedy uśmiechnął. Ciepło, przyjaźnie. Bez cienia drwiny. - Jej głos miał w sobie coś chłodnego, jak zimowy wiatr, który niesie zapowiedź nadchodzącej burzy. W normalnej rodzinie taki uśmiech byłby zwyczajną uprzejmością. W domu Malfoy był powiewającą wśród sztormu czerwoną flagą.
Spojrzała prosto w oczy Lorraine, nie kryjąc ani krzty sugestii. Coś było nie tak.
Eden uśmiechnęła się półgębkiem na słowa Lorraine. Była wciąż skupiona na szepczącym trio wiedźm za swoimi plecami, na które subtelnie zerkała, nie umiejąc powstrzymać pogardliwego spojrzenia. Czuła, że podskórnie szukała w ich słowach sensacji, czegokolwiek, co pozwoli się wtrącić i wprawić tę stężałą krew w ruch, ale musiała obejść się smakiem. Ich słowa, choć obraźliwe, nie niosły ze sobą żadnej wartości. Wymuszanie ich aprobaty byłoby daremne, bo w końcu kto by chciał od nich ten zdezelowany laur?
Zwróciła swoją uwagę z powrotem w kierunku kuzynki.
- Imprezy kostiumowe to jego nowe hobby - odparła z przekąsem, cicho, unosząc kieliszek do ust. Słowa miały w sobie delikatną nutę drwiny, ukrytą za elegancką fasadą salonowego tonu. Piła do Beltane oczywiście, do zamachu, w którym brał udział, gdzie przywdział pelerynę i maskę jak przerysowany złoczyńca z bajki. Nie sądziła, żeby Lorraine o tym wiedziała, a Eden nieśpieszno było wyjawiać, że jej ojciec jest, nomen omen, poszukiwanym przestępcą. Nawet jeśli miała kuzynkę za zaufaną osobę, im mniej osób wiedziało o upadku byłego Ministra z pozycji chwały, tym lepiej. Lorraine mogła liczyć na aprobatę Eden, mogła udawać lojalną aż do bólu, ale w gruncie rzeczy wszyscy w tej rodzinie nosili maski - nawet wobec siebie nawzajem. - Ot, kryzys wieku średniego - dodała, wzruszając ramionami. Nie, to było coś więcej. Coś zdecydowanie gorszego.
Jej wzrok przelotnie powędrował w kierunku ojca, który stał z dystynkcją, prowadząc rozmowę z młodym Burke. Fortinbras był mistrzem tej gry - zawsze pozostawał w półcieniu, jakby czekał na właściwy moment, by wyjść na scenę. Jego nagłe pojawienie się na przyjęciu było więcej niż tylko zaskoczeniem. Eden widziała w tym jakiś cel, którego jeszcze nie potrafiła do końca odczytać. Czuła, jak ciasny krąg gości zamyka się wokół nich, jak ciepłe, przyciemnione światło salonu topi się na jej skórze. Gra w pozory była tutaj wszystkim, ale Eden wiedziała, że za fasadą grzecznych rozmów kryje się coś znacznie bardziej skomplikowanego.
Jej spojrzenie przeszło na Eleonorę, stojącą z niezmiennie opanowanym wyrazem twarzy. Eden zawsze czuła dystans do matki, chłodną odległość, która dzieliła je nawet w chwilach, gdy siedziały tuż obok siebie. Widok rodziców razem na tej gali był czymś niezwykłym, jakby oboje odgrywali nową rolę, starając się przedefiniować swoje miejsce na scenie rodzinnych intryg. Co planowali? A raczej - co planował ojciec i czemu wciągnął w to matkę, niechybnie za włosy?
Odwróciła głowę błyskawicznie wręcz, słysząc pytanie Lorraine na temat wrażeń Fortinbrasa. Nie chciała jej mówić, że według niego wdała się w swojego ojca. Każdy, kto znał jego relację z Armandem wiedział, że to nie był komplement, to była potwarz. Jednocześnie chciała zwrócić uwagę kuzynki na czyhające w tej opinii niebezpieczeństwo.
- Pamiętasz końcówkę przemówienia Raphaeli? Tę ckliwą prośbę o aplauz dla mugolaka? - Zagaiła, uśmiechając się tak kwaśno, że aż zapiekły ją policzki. - Tata się wtedy uśmiechnął. Ciepło, przyjaźnie. Bez cienia drwiny. - Jej głos miał w sobie coś chłodnego, jak zimowy wiatr, który niesie zapowiedź nadchodzącej burzy. W normalnej rodzinie taki uśmiech byłby zwyczajną uprzejmością. W domu Malfoy był powiewającą wśród sztormu czerwoną flagą.
Spojrzała prosto w oczy Lorraine, nie kryjąc ani krzty sugestii. Coś było nie tak.
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~