14.10.2024, 01:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.10.2024, 11:48 przez William Lestrange.)
Nie wiedział, dlaczego wysłał Alexandrowi list. Nie do końca rozumiał kim jest ten człowiek ani dlaczego akurat jego imię padło w liście od ojca; szkatułka, w której przechowywał korespondencję od rodziny, a którą zapełniała pomagająca im w domu gosposia, pękała w szwach. Ojciec wysłał tylko cztery listy, ale matka napisała ich chyba z dziesięć - okazało się, że nie wszystkie dotyczyły plotkarskiego artykułu, ale każdy jeden był nakreślony tym samym, chłodnym tonem. Nie miał innego powodu, aby interesować się z kim aktualnie prowadza się Eden, niż wiszący nad jego karkiem miecz Damoklesa rodowej powinności; Williamowi bliżej było w tym stwierdzeniu do Dionizjusza, zbyt dobrze rozumiał swe obowiązki, cóż mu po nazwisku i przywilejom, gdy jego własna wolność była zamykana w złotej klatce, spowijana całunem obowiązków, którym nie chciał się poświęcać.
Nie chcę cię ograniczać, powiedział jej w swoim londyńskim mieszkaniu, gdy wrócili z zimowego jarmarku. Opatrzył jej palec, gdy świąteczne fanty w postaci niewielkich piesków zaczęły wybuchać w dłoniach uczestników festynu, a rozjaśniające magiczny Londyn, rozpalone latarnie zdawały się nie ocieplać jedynie zimowego krajobrazu, ale również skostniałe ramy zaaranżowanego małżeństwa.
Jeszcze zanim zwieńczyli dokumenty w urzędzie podpisując na siebie wyrok niedopasowanego małżeństwa, chciał ją zapewnić, że nie jest osobą, z którą będzie dzielić bankiety, rodzinne herbatki oraz inne celebracje. Nie nadawał się do salonów, nie znosił wyniosłości śmietanki towarzyskiej i absolutnie nie rozumiał jak może przynosić im satysfakcje obracanie się w sztuczności uśmiechów i bezużyteczności powierzchownych rozmów. Dopóki, dopóty Eden bawiło takie podejście ich małżeństwo wydawało się przyjemną sielanką. Dopiero, gdy sama zaczęła być tym, co niegdyś wyśmiewała, William zaczął znikać w swoim gabinecie na dni, potem tygodnie. Ich kłótnie stawały się coraz intensywniejsze, a spotkania coraz krótsze.
W ostatnich tygodniach, pomiędzy brakiem snu z czwartku na poniedziałek i przez zbitą fiolkę z substancją, której wdychać się nie powinno, zdał sobie sprawę, że nie potrafił pomyśleć o Eden i oddać się przyjemności bezinteresownej dobroci, jaką zdarzało mu się odczuwać w jej kierunku jeszcze całkiem niedawno. Po majowym kataklizmie na Beltane ich małżeństwo zdawało się istnieć tylko i wyłącznie na papierze, tak jak miało być od samego początku, więc dlaczego czuł tyle goryczy? Dlaczego był tym tak zirytowany? Dlaczego brakowało mu bitych talerzy w jadalni, a jednocześnie oddałby wszystko, aby nigdy więcej nie słyszeć charakterystycznych pęknięć? Wydawało się, że cała porcelana jaka mogłaby być otrzymana w prezencie od gości weselnych, zarezerwowana na przelewanie małżeńskich uczuć, skończyła się wraz z ostatnią kroplą herbaty, która zabrudziła biały obrus.
Wymagania ojca i chłodne prośby matki nigdy nie były powodem, aby zmieniał swoje twarde postanowienia - nie mieszał się w salonowe gierki, plotkatskie zawieruchy, nawet jeżeli dotyczyły jego samego. Pozwalał im gasnąć, a dziennikarzom głodować do limitu wytrzymałości, aby przenieśli swoje sępie dzioby na czyjeś inne truchło.
Pozwoliłem czarze goryczy przechylić się i oblać mnie wszystkim tym, czego unikałem, pomyślał w rozbawieniu, gdy zagadnęła go obsługa lokalu, w którym umówił się z Mulciberem. O konfliktach tego mężczyzny z Louvainem słuchał jednym uchem, a drugim wypuszczał, gdy zostały poruszone przy rodzinnym stole - był zbyt pochłonięty pisaniem abstraktu do kolejnego artykułu naukowego, na serwetce z wyszytym złotą nicią herbem rodowym.
Spostrzegł Alexandra siedzącego pod markizą, acz nie ruszył jeszcze by dołączyć, wysłuchując powtarzającej jego instrukcje na temat parzenia herbaty Oolong, kobiety. Sprawdził czy na pewno zapisała sobie wszystko i przeprosił z charakterystycznym dla siebie zakłopotaniem, i zanim zdążyła cokolwiek dodać, pozostawił jej napiwek. Wiedział, że nie może polegać na uroku swoich wypowiedzi, ponieważ te żadnego nie posiadały - chyba, że akurat wykładał na sali pełnej podobnych sobie osób, zainteresowanych tym samym tematem. Wrócił wzrokiem do Mulcibera i otaksował go znad niewielkich, okrągłych okularów korekcyjnych. Oczywiście nie wywnioskował za wiele, bo nie znał się absolutnie na ludziach, dopóki nie otworzyli swoich ust lub nie leżeli martwi podczas sekcji.
Jeżeli ten człowiek faktycznie ma romans z Eden, to chyba jest mi go żal, pomyślał i zmarszczył brwi konsternując tym zapracowaną kelnerkę, której starał się wcześniej przekazać swoje zamówienie tak, aby nie być skazanym na picie przeparzonej herbaty. Nie znosił przeparzonej herbaty bardziej niż bycia w miejscach publicznych z całym tym hałasem i brzdękaniem wszechświata. Mąciło mu to w głowie, gubiło istotne myśli, a przecież mógłby teraz robić coś istotnego zamiast zajmować się tym, czy dyskutowaniem na temat jego zbyt skupionej na sobie żonie i wychodzących z tego romansów.
Nie wiedział skąd brały się w nim te pokłady jadu, ale bardzo chciał się ich pozbyć - nie wymyślił jeszcze jak to zrobić.
- Lepszym stwierdzeniem byłoby 'muszę porozmawiać' - odparł, gdy zdążył już usiąść, a znajdujący się na przeciwko niego mężczyzna, po paru minutach bardzo krępującej ciszy, zdecydował się odezwać do Lestrange'a pierwszy.
- Nie przywitałem się, zapatrzyłem się, strasznie mocne są te okulary, nie powinienem ich nosić poza labolatorium - to też mówiąc, ściągnął je z nosa i włożył do wnętrza marynarki narzuconej na koszulkę; jej kieszenie klekotały wesoło, gdy William się poruszał, informując, że ma w środku za dużo klamotów.
- Ale to nieistotne. Nieważne, nie po to tu jesteś, aby słuchać moich bredni - machnął dłonią, jakby od niechcenia, założył ręce na piersi i oparł się w plecionym krześle.
- Nie znam się na ludziach, ale wydajesz się, jak nazwać to uczucie? O, nie chcesz tu być, prawda? Ja też niezbyt, ale w listach nam nie wyszło dogadanie się. To nic personalnego, ty mnie mało obchodzisz, ja po prostu nie znoszę wychodzić. I normalnie pewnie byłoby mi na rękę, abyś chodził z moją żoną wszędzie tam, gdzie ja absolutnie nie chcę być, ale na litość Merlina, fotografów mogliście unikać chociaż. Black też powinien wiedzieć lepiej, aby nie wpuszczać dziennikarzy z takich gazet na swój ślub, ale znając Percy'ego mógł stwierdzić, że każdy rozgłos się przyda - zerkał to na Mulcibera, to na jego kawę, jakby chciał z niej wywróżyć, czy cokolwiek, co próbuje mówić składa się w sensową wypowiedź.
- Mówię jakbym się na tym wszystkim znał, ale nie mam pojęcia jak się organizuje takie imprezy - wzruszył ramionami i umilkł na chwilę, zapewne ku uciesze rozmówcy, bo kelnerka przyniosła czajniczek i klepsydrę do odmierzenia, kiedy powinno wyciągnąć się koszyczek z fusami, aby herbata nie była przeparzona.
Nie chcę cię ograniczać, powiedział jej w swoim londyńskim mieszkaniu, gdy wrócili z zimowego jarmarku. Opatrzył jej palec, gdy świąteczne fanty w postaci niewielkich piesków zaczęły wybuchać w dłoniach uczestników festynu, a rozjaśniające magiczny Londyn, rozpalone latarnie zdawały się nie ocieplać jedynie zimowego krajobrazu, ale również skostniałe ramy zaaranżowanego małżeństwa.
Jeszcze zanim zwieńczyli dokumenty w urzędzie podpisując na siebie wyrok niedopasowanego małżeństwa, chciał ją zapewnić, że nie jest osobą, z którą będzie dzielić bankiety, rodzinne herbatki oraz inne celebracje. Nie nadawał się do salonów, nie znosił wyniosłości śmietanki towarzyskiej i absolutnie nie rozumiał jak może przynosić im satysfakcje obracanie się w sztuczności uśmiechów i bezużyteczności powierzchownych rozmów. Dopóki, dopóty Eden bawiło takie podejście ich małżeństwo wydawało się przyjemną sielanką. Dopiero, gdy sama zaczęła być tym, co niegdyś wyśmiewała, William zaczął znikać w swoim gabinecie na dni, potem tygodnie. Ich kłótnie stawały się coraz intensywniejsze, a spotkania coraz krótsze.
W ostatnich tygodniach, pomiędzy brakiem snu z czwartku na poniedziałek i przez zbitą fiolkę z substancją, której wdychać się nie powinno, zdał sobie sprawę, że nie potrafił pomyśleć o Eden i oddać się przyjemności bezinteresownej dobroci, jaką zdarzało mu się odczuwać w jej kierunku jeszcze całkiem niedawno. Po majowym kataklizmie na Beltane ich małżeństwo zdawało się istnieć tylko i wyłącznie na papierze, tak jak miało być od samego początku, więc dlaczego czuł tyle goryczy? Dlaczego był tym tak zirytowany? Dlaczego brakowało mu bitych talerzy w jadalni, a jednocześnie oddałby wszystko, aby nigdy więcej nie słyszeć charakterystycznych pęknięć? Wydawało się, że cała porcelana jaka mogłaby być otrzymana w prezencie od gości weselnych, zarezerwowana na przelewanie małżeńskich uczuć, skończyła się wraz z ostatnią kroplą herbaty, która zabrudziła biały obrus.
Wymagania ojca i chłodne prośby matki nigdy nie były powodem, aby zmieniał swoje twarde postanowienia - nie mieszał się w salonowe gierki, plotkatskie zawieruchy, nawet jeżeli dotyczyły jego samego. Pozwalał im gasnąć, a dziennikarzom głodować do limitu wytrzymałości, aby przenieśli swoje sępie dzioby na czyjeś inne truchło.
Pozwoliłem czarze goryczy przechylić się i oblać mnie wszystkim tym, czego unikałem, pomyślał w rozbawieniu, gdy zagadnęła go obsługa lokalu, w którym umówił się z Mulciberem. O konfliktach tego mężczyzny z Louvainem słuchał jednym uchem, a drugim wypuszczał, gdy zostały poruszone przy rodzinnym stole - był zbyt pochłonięty pisaniem abstraktu do kolejnego artykułu naukowego, na serwetce z wyszytym złotą nicią herbem rodowym.
Spostrzegł Alexandra siedzącego pod markizą, acz nie ruszył jeszcze by dołączyć, wysłuchując powtarzającej jego instrukcje na temat parzenia herbaty Oolong, kobiety. Sprawdził czy na pewno zapisała sobie wszystko i przeprosił z charakterystycznym dla siebie zakłopotaniem, i zanim zdążyła cokolwiek dodać, pozostawił jej napiwek. Wiedział, że nie może polegać na uroku swoich wypowiedzi, ponieważ te żadnego nie posiadały - chyba, że akurat wykładał na sali pełnej podobnych sobie osób, zainteresowanych tym samym tematem. Wrócił wzrokiem do Mulcibera i otaksował go znad niewielkich, okrągłych okularów korekcyjnych. Oczywiście nie wywnioskował za wiele, bo nie znał się absolutnie na ludziach, dopóki nie otworzyli swoich ust lub nie leżeli martwi podczas sekcji.
Jeżeli ten człowiek faktycznie ma romans z Eden, to chyba jest mi go żal, pomyślał i zmarszczył brwi konsternując tym zapracowaną kelnerkę, której starał się wcześniej przekazać swoje zamówienie tak, aby nie być skazanym na picie przeparzonej herbaty. Nie znosił przeparzonej herbaty bardziej niż bycia w miejscach publicznych z całym tym hałasem i brzdękaniem wszechświata. Mąciło mu to w głowie, gubiło istotne myśli, a przecież mógłby teraz robić coś istotnego zamiast zajmować się tym, czy dyskutowaniem na temat jego zbyt skupionej na sobie żonie i wychodzących z tego romansów.
Nie wiedział skąd brały się w nim te pokłady jadu, ale bardzo chciał się ich pozbyć - nie wymyślił jeszcze jak to zrobić.
- Lepszym stwierdzeniem byłoby 'muszę porozmawiać' - odparł, gdy zdążył już usiąść, a znajdujący się na przeciwko niego mężczyzna, po paru minutach bardzo krępującej ciszy, zdecydował się odezwać do Lestrange'a pierwszy.
- Nie przywitałem się, zapatrzyłem się, strasznie mocne są te okulary, nie powinienem ich nosić poza labolatorium - to też mówiąc, ściągnął je z nosa i włożył do wnętrza marynarki narzuconej na koszulkę; jej kieszenie klekotały wesoło, gdy William się poruszał, informując, że ma w środku za dużo klamotów.
- Ale to nieistotne. Nieważne, nie po to tu jesteś, aby słuchać moich bredni - machnął dłonią, jakby od niechcenia, założył ręce na piersi i oparł się w plecionym krześle.
- Nie znam się na ludziach, ale wydajesz się, jak nazwać to uczucie? O, nie chcesz tu być, prawda? Ja też niezbyt, ale w listach nam nie wyszło dogadanie się. To nic personalnego, ty mnie mało obchodzisz, ja po prostu nie znoszę wychodzić. I normalnie pewnie byłoby mi na rękę, abyś chodził z moją żoną wszędzie tam, gdzie ja absolutnie nie chcę być, ale na litość Merlina, fotografów mogliście unikać chociaż. Black też powinien wiedzieć lepiej, aby nie wpuszczać dziennikarzy z takich gazet na swój ślub, ale znając Percy'ego mógł stwierdzić, że każdy rozgłos się przyda - zerkał to na Mulcibera, to na jego kawę, jakby chciał z niej wywróżyć, czy cokolwiek, co próbuje mówić składa się w sensową wypowiedź.
- Mówię jakbym się na tym wszystkim znał, ale nie mam pojęcia jak się organizuje takie imprezy - wzruszył ramionami i umilkł na chwilę, zapewne ku uciesze rozmówcy, bo kelnerka przyniosła czajniczek i klepsydrę do odmierzenia, kiedy powinno wyciągnąć się koszyczek z fusami, aby herbata nie była przeparzona.
Sometimes, I wonder if I should be medicated;
If I would feel better just lightly sedated
If I would feel better just lightly sedated