Kobiecina zmarszczyła brwi na to co powiedziała Florence i zdołała pokiwać głową, niejako na potwierdzenie jej obaw, gdy przemówił Erik.
– Wiedziałam... – odezwał się równie zaskoczony co zachwycony głos z drugiego końca sali. – To Erik Longbottom! Głosowaliśmy na niego w plebiscycie! – rozpoznanie tożsamości rozeszło się ciepłym szeptem po zgromadzonych i zmiana nastawienia była momentalna do wyczucia. Szept zbyt szybko przeszedł do rozentuzjazmowanego gwaru i sporej ludzi osób, która zaczęła podchodzić do grupy, a właściwie do rosłego brygadzisty
– No tak no tak, to ten profil, jak mogłem nie poznać od razu! ... a widziałaś ten rapier, myślisz, że to jego rodowe ostrze?... Jest z Brygady, nie myślałem, że ktokolwiek z Londynu się tym zainteresuje! Longbottom nas uratuje! Zaprowadźmy ich do niej! Tak chodźmy! Oni będą wiedzieć co robić! – głosy mieszkańców zlewały się ze sobą.
Skołowani przyjezdni od wrogów publicznych numer jeden nieoczekiwanie stali się ekipą ratunkową, nie tyle co dla Geraldin i jej towarzyszy, co dla zebranych, w których iskra nadziei przemieniła się w prawdziwą, choć metaforyczną pożogę serc. Chwilę potem, wypchnięci przez napierający na nich tłumek byli na zewnątrz i pchani wrzącą podekscytowaniem falą szli do kaplicy. Obok Erika tłoczyły się miejscowe panny na wydaniu, ewidentnie fanki, które bardzo, ale to bardzo chciały dotknąć chociaż głowni jego broni. Na szczęście. Obok Florence z kolei nadganiała kroku starsza karczmarka, która łapiąc oddech tłumaczyła:
– Nie sądziliśmy... że ktokolwiek nam uwierzy, nasza kapłanka... ona... próbuje to rozwiązać, jak jej matka... bo kiedy umarł stary Matinus... jej dziadek w sensie... to wszyscy wiedzieliśmy... wszyscy wiedzieliśmy, że Thoran.... że on wróci.
Rzecz działa się szybko i oto wszyscy przeszli obok wrót kaplicy (które nosiły ten sam symbol co wszystkie inne drzwi) i przeszli dalej w głąb do domu kapłanki. Ten był mizernej wielkości, część ludzi zaczęła przepychać się między sobą o prawo do wejścia i wysłuchania tej rozmowy. Drzwi niemalże wyważono i parę bohaterów-mimo-woli wrzucono do prowizorycznego biura stojącego w głównej sieni. Za gigantycznym biurkiem zawalonym księgami, dziennikami, notatkami i obszerną mapą okolicy siedziała kobieta. Rudowłosa dziewczyna właściwie była zaskakująco młoda, może liczyła sobie już dwadzieścia pięć wiosen, może jeszcze nie. Nosiła na sobie szaty kapłanki konwenu i... co nie umknęło ich uwadze, jako jedyna nie miała na czole namalowanego symbolu (oczywiście poza nimi). Była jednak blada, miała podkrążone oczy, a jej młoda twarz wyraźnie ściągnięta była zmęczeniem i zmartwieniem, które spędzało jej sen z powiek. Z resztą... na stoliczku obok stołu piętrzyły się brudne po kawie kubki.
– Tak? Eyva Orlaith w czym mogę służyć? I ee... niech Matka wam błogosławi – podniosła się znad stołu, swoimi niebieskimi oczyma lustrując zbiorowisko, posyłając ku wszystkim prewencyjnie błogosławieństwo, ale skupiając się przede wszystkim na dwójce nieznajomych.
– To ludzie z Brygady Uderzeniowej! Przyjechali pomóc! – rzucił ktoś zza ich pleców, gdy starsza czarownica z zajazdu wyminęła wszystkich i zaczęła zbierać kubki, jakby była u siebie. Choć za drzwiami (które pozostały otwarte) zaczęło się ściemniać, w izbie panował zaduch unoszącego się jak dym ze świec oczekiwania.
– Wiedziałam... – odezwał się równie zaskoczony co zachwycony głos z drugiego końca sali. – To Erik Longbottom! Głosowaliśmy na niego w plebiscycie! – rozpoznanie tożsamości rozeszło się ciepłym szeptem po zgromadzonych i zmiana nastawienia była momentalna do wyczucia. Szept zbyt szybko przeszedł do rozentuzjazmowanego gwaru i sporej ludzi osób, która zaczęła podchodzić do grupy, a właściwie do rosłego brygadzisty
– No tak no tak, to ten profil, jak mogłem nie poznać od razu! ... a widziałaś ten rapier, myślisz, że to jego rodowe ostrze?... Jest z Brygady, nie myślałem, że ktokolwiek z Londynu się tym zainteresuje! Longbottom nas uratuje! Zaprowadźmy ich do niej! Tak chodźmy! Oni będą wiedzieć co robić! – głosy mieszkańców zlewały się ze sobą.
Skołowani przyjezdni od wrogów publicznych numer jeden nieoczekiwanie stali się ekipą ratunkową, nie tyle co dla Geraldin i jej towarzyszy, co dla zebranych, w których iskra nadziei przemieniła się w prawdziwą, choć metaforyczną pożogę serc. Chwilę potem, wypchnięci przez napierający na nich tłumek byli na zewnątrz i pchani wrzącą podekscytowaniem falą szli do kaplicy. Obok Erika tłoczyły się miejscowe panny na wydaniu, ewidentnie fanki, które bardzo, ale to bardzo chciały dotknąć chociaż głowni jego broni. Na szczęście. Obok Florence z kolei nadganiała kroku starsza karczmarka, która łapiąc oddech tłumaczyła:
– Nie sądziliśmy... że ktokolwiek nam uwierzy, nasza kapłanka... ona... próbuje to rozwiązać, jak jej matka... bo kiedy umarł stary Matinus... jej dziadek w sensie... to wszyscy wiedzieliśmy... wszyscy wiedzieliśmy, że Thoran.... że on wróci.
Rzecz działa się szybko i oto wszyscy przeszli obok wrót kaplicy (które nosiły ten sam symbol co wszystkie inne drzwi) i przeszli dalej w głąb do domu kapłanki. Ten był mizernej wielkości, część ludzi zaczęła przepychać się między sobą o prawo do wejścia i wysłuchania tej rozmowy. Drzwi niemalże wyważono i parę bohaterów-mimo-woli wrzucono do prowizorycznego biura stojącego w głównej sieni. Za gigantycznym biurkiem zawalonym księgami, dziennikami, notatkami i obszerną mapą okolicy siedziała kobieta. Rudowłosa dziewczyna właściwie była zaskakująco młoda, może liczyła sobie już dwadzieścia pięć wiosen, może jeszcze nie. Nosiła na sobie szaty kapłanki konwenu i... co nie umknęło ich uwadze, jako jedyna nie miała na czole namalowanego symbolu (oczywiście poza nimi). Była jednak blada, miała podkrążone oczy, a jej młoda twarz wyraźnie ściągnięta była zmęczeniem i zmartwieniem, które spędzało jej sen z powiek. Z resztą... na stoliczku obok stołu piętrzyły się brudne po kawie kubki.
– Tak? Eyva Orlaith w czym mogę służyć? I ee... niech Matka wam błogosławi – podniosła się znad stołu, swoimi niebieskimi oczyma lustrując zbiorowisko, posyłając ku wszystkim prewencyjnie błogosławieństwo, ale skupiając się przede wszystkim na dwójce nieznajomych.
– To ludzie z Brygady Uderzeniowej! Przyjechali pomóc! – rzucił ktoś zza ich pleców, gdy starsza czarownica z zajazdu wyminęła wszystkich i zaczęła zbierać kubki, jakby była u siebie. Choć za drzwiami (które pozostały otwarte) zaczęło się ściemniać, w izbie panował zaduch unoszącego się jak dym ze świec oczekiwania.
Tura do 14.10, godz. 23:59