- Przemyślę to. - Na jesień miała specjalne plany, ale o tym nie zamierzała mu jeszcze mówić. Zresztą tak naprawdę nie do końca była pewna, co wymyśli. Wiedziała jednak, że to będzie musiało być coś wyjątkowego, miała zamiar bardzo się postarać. Szczególnie, że sabat był w tym przypadku tą mniej znaczącą okazją, a jedynie dodatkiem do innego, dużo ważniejszego święta. Chciała, aby Ambroise zapamiętał te pierwsze spędzone z nią urodziny na długo, a właściwie to na zawsze.
Geraldine również nie widziała powodu, aby pojawiać się na wszystkich wydarzeniach organizowanych z okazji przemijającego Koła Roku. Niektóre z nich, o ile nie większość mogli opuścić i spędzić je w dużo mniejszym gronie, najlepiej we dwójkę. Nie była szczególnie wierząca, nie miała potrzeby do hucznego celebrowania wszystkich sabatów. Zresztą we dwójkę też mogli odpowiednio obchodzić te święta.
- To już cios poniżej pasa. - Skrzywiła nawet się nieco, bo słyszała opowieści o tej kobiecie i zdecydowanie wolałaby jej unikać. Z drugiej jednak strony miała pewne doświadczenie z obchodzeniem się z tym typem matek, może wcale nie byłoby tak najgorzej? Pewnie wytrzymałaby w jej towarzystwie z godzinę, czy dwie starając się nie odzywać, aby niepotrzebnie nie doprowadzać do zbyt gwałtownej wymiany zdań. Nie ma się co oszukiwać, Geraldine miała w sobie też nieco charakteru Jennifer, potrafiła być suką jak jej matka - uczyła się przecież od najlepszych.
Parsknęła nieco zbyt głośno, kiedy usłyszała komenatarz Ambroisa na temat Abbotówny. Spowodowało to, że kilka osób się za nimi obejrzało. Miała nadzieję, że nie słyszeli o czym tak zawięzcie dyskutowali.
- Większość z nich to wilkołacy, jak mam ich lubić, skoro zostałam wychowana w nienawiści do magicznych stworzeń? - No, może nienawiść to było dosyć duże słowo, ale no nie oszukujmy się, nie przepadała za nimi. Niby zdawała sobie sprawę, że to była klątwa, jednak uważała, że lepiej by było, aby nie przekazywali jej na kolejne pokolenia. Nie potrafiła zrozumieć po co właściwie się rozmnażają, skoro mogliby uchronić świat przed takimi wybrykami natury.
Westchnęła jedynie krótko, w sumie nigdy się nie przyglądała temu kto wraca z lasu. Zazwyczaj była zajęta w tych godzinach, jeśli już odwiedzała sabaty. Niekoniecznie spędzała ten czas na polanie, bo wolała unikać ciekawskich spojrzeń znajomych czarodziejów. Nie chciała, aby ktoś komentował jej jednorazowe wybory, które czasem mogły się wydawać nieco kontrowersyjne. Wolała ulatniać się stąd w odpowiednim momencie.
- Nie miałam okazji zobaczyć. - Rzuciła jeszcze do swojego towarzysza. W sumie to miało sens, kto wie, co właściwie działo się po tym jak wchodzili do lasu, nie powinno jej dziwić, że zdarzało się, iż wracali w różnych konfiguracjach, może też się sobą wymieniali w między czasie. Nie powinno jej to dziwić.
To było w sumie całkiem zabawne, że na co dzień byli tacy poukładani, a wystarczyło, że zaczynał się sabat i potrafili zmienić swoje zachowanie o sto osiemdziesiąt stopni. Ona przynajmniej nie była taką hipokrytką, czy to sabat, czy nie nie miała problemu z niezobowiązującym seksem, przynajmniej kiedyś.
Wpatrywała się w niego dłuższą chwilę, kiedy zaczął jej tłumaczyć o co właściwie chodziło z tą całą Rookwood. Nie mogła powstrzymać śmiechu. - Nie mów mi, że byłeś tym typem, który wyrywał panny na to, że należy do drużyny. - Bawiło ją to niesamowicie, bo jej koledzy robili to samo. Jasne, warto korzystać z profitów, jakie niosło ze sobą bycie częścią drużyny qudditcha, ale uznawała to trochę za desperację. Miała świadomość, że hormony nastolatków bardzo mocno buzowały na tamtym etapie, ale nigdy by się sama nie zniżyła do takiego postępowania. - Mnie byś na to nie wyrwał. - Dodała całkiem zadowolona. - Pamiętam, że oceniałyśmy z Thunder te wszystkie laski, które latały za naszymi chłopakami. - Yaxley była w końcu ścigającą, nie miała pojęcia co dziewczyny widziały w tych spoconych do tego często nie do końca ogarniętych typach. Ona traktowała ich raczej jak braci. Zresztą sama w Hogwarcie nigdy nie zainteresowała się nikim w ten sposób. Jej romanse zdarzały się głównie podczas wakacji, kiedy wyruszała z ojcem na łowy, tam poznawała mężczyzn, którzy byli ją w stanie choć trochę zainteresować swoją osobą. Do tego nie musiała później się nimi przejmować, to był całkiem niezły układ.
- Dobrze, że zadbałeś o to, żeby się koło ciebie nie kręciła. - Nie obchodziło ją szczególnie jaki sposób wybrał. To były stare dzieje. Aktualnie nie dawał jej powodu, aby martwiła się o jego kolejne podboje.
- Ostatni raz włożyłam na siebie białą sukienkę. - Była to obietnica, kolejna. Nie zamierzała więcej wysłuchiwać komentarzy na temat tego, jak to się dobrze nie prowadzała. - Chociaż, jeśli chcesz od teraz mogę stosować się do ogólnieprzyjętych zasad, żeby faktycznie to nie był tylko kolor, a coś więcej. - Nie była pewna, czy w ogóle jest w stanie stosować się do tych śmiesznych norm i konwenansów, ale miała ochotę nieco powodzić go za nos.
- Od kiedy pamiętam są ze sobą i do siebie wracają, widać dzisiaj mają ten lepszy dzień. - Najwyraźniej nie tylko ona to zauważyła. Czasem zastanawiała się, jaki jest w tym sens, ale skoro im dobrze było w tym to raczej nie powinno jej to interesować. Nie znała ich na tyle, aby zwracać im uwagę, że to co robią wygląda trochę jak bagno z którego nie mogą się wydostać.
- Nie tylko Lovegoodówny, faceci od nich też są pierdolnięci. - Nie, żeby zamierzała mu teraz opowiadać o pewnym poecie, przed którym musiała się chować po krzakach na Beltane trzy lata temu, to było naprawdę żenujące doświadczenie.
- Czyli mamy odhaczone jeden z najważniejszych punktów sabatu, co roku ktoś ląduje w ognisku. - Chętnie by to zobaczyła, szczególnie, że Pettigrew kiedyś ją zirytował, więc nawet by się uśmiechnęła, kiedy zobaczyłaby go płonącego.
- Mam nadzieję, że większość z nich się sama wyeliminuje. - W sumie to było całkiem prawdopodobne patrząc na to, jak postanowili się sparować. - Aczkolwiek wydaje mi się, że i bez tego mamy największe szanse na zdobycie tego magicznego kwiatka. - Bardzo źle by o nich świadczyła przegrana, patrząc na ich nieudolnych przeciwników.