09.10.2024, 10:11 ✶
Gdyby Cathal usłyszał, że wygląda na aurora, pewnie obraziłaby się śmiertelnie. Obrażał się bardzo rzadko, ale istniały takie obelgi, których po prostu nie szło tolerować – a ta z pewnością była jedną z nich. Aurorzy wykonywali rozkazy, a Cathal nienawidził wykonywać rozkazów (i pewnego dnia miało go to doprowadzić do szaleństwa, bo już więcej niż raz kazał Slytherinowi we własnej głowie iść się pierdolić). Byli częścią aparatu biurokratycznego, a chociaż podróżując Shafiq widział na własne oczy, do czego doprowadza tegoż brak, wciąż biurokracji i Ministerstwa nie lubił. A aurorów to już darzył szczególną niechęcią, ponieważ sam bywał na bakier z prawem i przedstawiciele prawa powinni go za to ścigać. A jak byli tacy, którzy na takie rzeczy przymykali oka, to jego zdaniem jeszcze gorzej – nie wykonywali swojej roboty, on zaś nie miał szacunku do tych, co idą do zawodu, w którym nie umieją sobie poradzić. Nie wspominając o tym, że w tej pracy to były też patrole, obstawianie nudnych imprez i cała masa rzeczy, którymi nigdy nie mógłby się zainteresować.
Prędzej rzuciłby się z klifu niż poszedł do Departamentu Przestrzegania Prawa.
– Kopę w ziemi – odparł bezczelnie i nawet przecież zgodnie z prawdą, bo pracował na wykopaliskach. – W akompaniamencie cierpienia i rozpaczy – powtórzył, jakby z odrobiną kpiny. Cathal był po prostu za stary, aby takie słowa zrobiły na nim wrażenie. Dla niego zresztą ci, co faktycznie mieli z cierpieniem i rozpaczą często do czynienia, rzadko o tym rozprawiali, zwłaszcza z nowo poznanymi osobami. A że na co dzień pracował w wiosce, której wszyscy mieszkańcy zginęli tragicznie, zapewne w związku z nekromantycznym rytuałem, miał za sobą prace w masowych grobach w Peru... to do atmosfery takich miejsc też nawykł. – Jeśli lubisz mordercze miejsca, to faktycznie.
Poczuł się stary. Bardzo stary, mimo tego, że czarodzieje mieli w zwyczaju w dobrym stanie dożywać setki. I to pomimo tego, że przecież sam nie cierpiał nudy – że ponieważ nudziło go niemal wszystko poza historią i to tą wykopaliskową, spędził prawie całe życie w obcych krajach, i mógł zrozumieć to umiłowanie adrenaliny.
– Byłem. Drzewo domagało się, żebym je zabił – powiedział krótko, bo i nie było to nic, co musiałby kryć. Zbłądził tam jako gówniarz, nie znający jeszcze lasu. Zbłądził tam i drugi raz, jako dorosły mężczyzna, i to najlepiej dla niego wskazywało na dziwną magię Zagajnika, bo zwykle nie zdarzało się mu zmylić raz zapamiętanych ścieżek. – Jedyny, i nie jest do końca mój.
Przyprowadził go tu w końcu jego przyjaciel. Żywe wspomnienie dziewczyny o ciemnych oczach i miłym uśmiechu, która tak nie pasowała do świata Rookwooda, ale sprawiła, że i on się uśmiechnął. Wszystko, co po niej zostało w życiu Ulyssesa.
– Cavall.
Dobre imię dla psa historyka z Anglii: mały okruch starej legendy, wrośniętej na dobre w e ziemie.
– Dobrych łowców z sokołem i duchami, wywoływaczko – powiedział, mierząc ją jeszcze uważanym spojrzeniem, zanim pociągnął Cavalla za smycz i ruszył z powrotem ku ścieżce, zamierzając wrócić do domu. W odróżnieniu do niej, nie szukał duchów. Miał wrażenie, że i tak otacza go ich zbyt wiele – ze wszystkich stron.
Prędzej rzuciłby się z klifu niż poszedł do Departamentu Przestrzegania Prawa.
– Kopę w ziemi – odparł bezczelnie i nawet przecież zgodnie z prawdą, bo pracował na wykopaliskach. – W akompaniamencie cierpienia i rozpaczy – powtórzył, jakby z odrobiną kpiny. Cathal był po prostu za stary, aby takie słowa zrobiły na nim wrażenie. Dla niego zresztą ci, co faktycznie mieli z cierpieniem i rozpaczą często do czynienia, rzadko o tym rozprawiali, zwłaszcza z nowo poznanymi osobami. A że na co dzień pracował w wiosce, której wszyscy mieszkańcy zginęli tragicznie, zapewne w związku z nekromantycznym rytuałem, miał za sobą prace w masowych grobach w Peru... to do atmosfery takich miejsc też nawykł. – Jeśli lubisz mordercze miejsca, to faktycznie.
Poczuł się stary. Bardzo stary, mimo tego, że czarodzieje mieli w zwyczaju w dobrym stanie dożywać setki. I to pomimo tego, że przecież sam nie cierpiał nudy – że ponieważ nudziło go niemal wszystko poza historią i to tą wykopaliskową, spędził prawie całe życie w obcych krajach, i mógł zrozumieć to umiłowanie adrenaliny.
– Byłem. Drzewo domagało się, żebym je zabił – powiedział krótko, bo i nie było to nic, co musiałby kryć. Zbłądził tam jako gówniarz, nie znający jeszcze lasu. Zbłądził tam i drugi raz, jako dorosły mężczyzna, i to najlepiej dla niego wskazywało na dziwną magię Zagajnika, bo zwykle nie zdarzało się mu zmylić raz zapamiętanych ścieżek. – Jedyny, i nie jest do końca mój.
Przyprowadził go tu w końcu jego przyjaciel. Żywe wspomnienie dziewczyny o ciemnych oczach i miłym uśmiechu, która tak nie pasowała do świata Rookwooda, ale sprawiła, że i on się uśmiechnął. Wszystko, co po niej zostało w życiu Ulyssesa.
– Cavall.
Dobre imię dla psa historyka z Anglii: mały okruch starej legendy, wrośniętej na dobre w e ziemie.
– Dobrych łowców z sokołem i duchami, wywoływaczko – powiedział, mierząc ją jeszcze uważanym spojrzeniem, zanim pociągnął Cavalla za smycz i ruszył z powrotem ku ścieżce, zamierzając wrócić do domu. W odróżnieniu do niej, nie szukał duchów. Miał wrażenie, że i tak otacza go ich zbyt wiele – ze wszystkich stron.
Postać opuszcza sesję