07.10.2024, 10:25 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.10.2024, 11:10 przez Florence Bulstrode.)
Ekwipunek: lusterka dwukierunkowe (w tym to od Ger), torba medyka z wyposażeniem (nie wiem, czy jako medyk mogę mieć w niej poza bandażami i czymś do ich cięcia oraz oczyszczania ran te podstawowe eliksiry, jak tak, to chciałabym uwzględnić uzupełniający krew i wiggenowe), czarodziejska taśma, mikstura powodująca chaos w głowie, sakiewka z kasą, chusteczki i środek dezynfekujący, czekolada z miodowego królestwa, różdżka.
Ogólna atmosfera okolicy i pogody nijak nie poruszała Florence, która jak na jasnowidza przejawiała zadziwiająco niską skłonność do poszukiwania znaków w pogodzie, odczytywania przyszłości z układu chmur czy zwracania uwagi na to, co mogli myśleć sobie ludzie wokół. I po prawdzie, ponieważ wiadomości, które otrzymała od Geraldine, były lakoniczne, nie spodziewała się problemów w miasteczku – nieświadoma, jak poważna jest sytuacja, martwiła się raczej, że Yaxleyówna da się zabić w tej jaskini. Kpiła sobie zwykle z niebezpieczeństwa, a tym razem prosiła, by przekazać rodzicom, co mogło się z nią stać, i nie zaprotestowała na propozycję Florence: to najlepiej wskazywało na to, że było źle.
Uzdrowicielka szła w milczeniu. To nie były okoliczności, które wymagałyby od niej uprzejmości. Nie byli na przyjęciu, Erik nie był teraz jej pacjentem, a nie miała ochoty na rozmowę. Zastanawiała się wciąż, czy nie powinna zabrać któregoś z braci, ale Orion tego dnia był zajęty, a z kolei Atreus… obawiała się, że gdyby usłyszał o tej jaskini, chciałby koniecznie tam iść, choćby z prostej ciekawości. Starannie stawiała kroki, tak by jej buty nie zagłębiły się w błocie, by nie stanąć w jakiejś kałuży, nie miała bowiem najmniejszej ochoty ubrudzić się bardziej niż to konieczne.
Zmarszczyła lekko brwi, spoglądając na kapliczkę. Nie spodziewała się do końca, że to będzie czarodziejska wioska albo przynajmniej mająca dość czarodziejów, by coś takiego się pojawiło – z tych, które przetrwały, poza Hogsmeade, znała dotąd może jedną. A potem jej wzrok padł na symbol. Florence Bulstrode, mimo swego rodowodu, większość wiedzy wyniesionej z lekcji starożytnych run w szkole zdążyła zapomnieć, zajęta karierą uzdrowicielki. O wikingach zaś nie wiedziała niczego, nie rozpoznała więc nordyckiego symbolu. Zerknęła jedynie z pewnym zaintrygowaniem, na jego kształty i to czym go wykonano – chociaż nie, nie zakładała krwi, bo raz, nie znikł po deszczu, dwa… nie spodziewała się tutaj aż takich rzeczy. Czemu by miała, zwłaszcza, że ujadały psy, tu i ówdzie płonęły światła, wszystko więc chyba było w porządku? (Chyba: Flo bywała poza miastem za rzadko, aby w pełni rozumieć, na jakich zasadach funkcjonowały.)
Nie znając powiązań Thorana z runami i pieczęciami, na to, by zapukać do drzwi kapłana, też na razie nie wpadła.
– Możemy sprawdzić, czy zajazd jest otwarty albo siąść przy fontannie – odparła krótko. Oczywiście, po wytarciu, Florence nie siadłaby gdzieś, gdzie jest brudno i dlatego rozglądając się, sama skłaniała się ku pójściu do zajazdu: zerknęła w tamtą stronę, próbując ocenić, czy działał. Dłoń odruchowo wsunęła do kieszeni, gdzie pod ręką trzymała lusterko – ot by w razie czego usłyszeć, gdyby Geraldine wzywała do kontaktu.
percepcja III, jasnowidz, tak się rozglądam, czy coś mnie tknie
Rzut Z 1d100 - 47
Sukces!
Sukces!
Rzut Z 1d100 - 63
Sukces!
Sukces!