05.10.2024, 23:36 ✶
Najpierw wymieniam spojrzenia z matulą, potem podsłuchuję trochę plotek, a potem zagaduję Fortinbrasa z czego się tak cieszy.
Zmroziło ją, kiedy ujrzała uśmiech na twarzy ojca. To nie tak, że sądziła, że Fortinbras nie był do szczęścia zdolny - owszem, był, niejednokrotnie była świadkiem, jak uśmiechał się nie tylko przy niej, ale też do niej. Znała jednak go lepiej niż ktokolwiek inny na tej sali, śmiała nawet rzec, że lepiej niż jego własna żona - w końcu to nie jej matka, a sama Eden była wykapanym obrazem własnego ojca, kimś, kto mógłby być jego wierną kopią, gdyby nie przekleństwo żeńskiej płci. Gdyby nie lata przykrych doświadczeń związanych z tą klątwą, które odcisnęły na niej nieodwracalne piętno.
Nauczona autopsją dorastania w otoczeniu tego człowieka wiedziała, że doznawał szczęścia tylko wtedy, kiedy coś szło po jego myśli. Jako iż jego plany zwykle bywały zimne i wyrachowane, wielokrotnie bywało tak, że cieszył się tylko on. Widziała nie raz, jak zdobywał radość cudzym kosztem, wyrywał ją z rąk swoich przeciwników, dążył do niej po trupach. Wiele lat myślała, że tak po prostu trzeba, jeśli chce się coś w tym życiu osiągnąć, więc kalkowała jego zachowanie.
Ostatnimi czasy Fortinbras się zmienił niestety; choć kiedyś też był okrutny i bezlitosny, nadal kierował się logiką, żelaznymi zasadami oraz dobrem rodziny. Jednak odkąd dowiedziała się, jak spędził Beltane, zrozumiała, że ta wersja ojca przepadła jak kamień w wodę i trzeba spodziewać się najgorszego.
Dlatego tak zmroził ją ten uśmiech; jego radość w obliczu takiej przemowy musiała oznaczać nieszczęście dla całej reszty.
Przechyliła się do tyłu, wychylając głowę kilka centymetrów za oparcie. Chciała złapać spojrzenie swojej matki, od której dzielił ją siedzący między nimi ojciec. Miała nadzieję zobaczyć jej reakcję, niemym ruchem ust zapytać, co się, u diabła, dzieje. Jeśli Eleonora nie była wtajemniczona w zamiary swojego męża, również powinna poczuć niepokój. O ile jej też peron ostatnio nie odjechał.
Wróciła do normalnej pozycji, udając, że przed chwilą jedynie rozprostowywała plecy. Rozejrzała się, nasłuchując głosów zewsząd, mimowolnie pozwalając uszom szukać sensacji. Z jednej strony chciała zatracić się w cudzej opinii, by zapomnieć to, co właśnie zobaczyła, ale z drugiej ten uśmiech nie dawał jej spokoju. Chciała drążyć dalej.
- Tato - odezwała się wreszcie, choć czuła się, jakby ten głos nie należał do niej. Prawdziwa Eden obecnie zachodziła w głowę, po co się w ogóle otworzyła usta. - Wyglądasz na zadowolonego. Spodobał ci się występ Lorraine? - Zagaiła niby niewinnie, niby przyjaźnie, trochę naiwnie. Ale nie wiedziała, jak inaczej ma wybadać grunt bez poruszania przemowy kobiety, którą Fortinbras ewidentnie uważał za nawiedzoną i bezbrzeżnie głupią. Odnosiła wrażenie, że gdyby zapytała go, czy cieszy się z peanów na cześć mugolaka, wyśmiałby ją i zbeształ za zadawanie infantylnych pytań. Chciała sobie oszczędzić wstydu, ale nie umiała milczeć, więc musiała zabawić się z ojcem w kotka i myszkę.
Rzut na reakcję matki i plotki:
Zmroziło ją, kiedy ujrzała uśmiech na twarzy ojca. To nie tak, że sądziła, że Fortinbras nie był do szczęścia zdolny - owszem, był, niejednokrotnie była świadkiem, jak uśmiechał się nie tylko przy niej, ale też do niej. Znała jednak go lepiej niż ktokolwiek inny na tej sali, śmiała nawet rzec, że lepiej niż jego własna żona - w końcu to nie jej matka, a sama Eden była wykapanym obrazem własnego ojca, kimś, kto mógłby być jego wierną kopią, gdyby nie przekleństwo żeńskiej płci. Gdyby nie lata przykrych doświadczeń związanych z tą klątwą, które odcisnęły na niej nieodwracalne piętno.
Nauczona autopsją dorastania w otoczeniu tego człowieka wiedziała, że doznawał szczęścia tylko wtedy, kiedy coś szło po jego myśli. Jako iż jego plany zwykle bywały zimne i wyrachowane, wielokrotnie bywało tak, że cieszył się tylko on. Widziała nie raz, jak zdobywał radość cudzym kosztem, wyrywał ją z rąk swoich przeciwników, dążył do niej po trupach. Wiele lat myślała, że tak po prostu trzeba, jeśli chce się coś w tym życiu osiągnąć, więc kalkowała jego zachowanie.
Ostatnimi czasy Fortinbras się zmienił niestety; choć kiedyś też był okrutny i bezlitosny, nadal kierował się logiką, żelaznymi zasadami oraz dobrem rodziny. Jednak odkąd dowiedziała się, jak spędził Beltane, zrozumiała, że ta wersja ojca przepadła jak kamień w wodę i trzeba spodziewać się najgorszego.
Dlatego tak zmroził ją ten uśmiech; jego radość w obliczu takiej przemowy musiała oznaczać nieszczęście dla całej reszty.
Przechyliła się do tyłu, wychylając głowę kilka centymetrów za oparcie. Chciała złapać spojrzenie swojej matki, od której dzielił ją siedzący między nimi ojciec. Miała nadzieję zobaczyć jej reakcję, niemym ruchem ust zapytać, co się, u diabła, dzieje. Jeśli Eleonora nie była wtajemniczona w zamiary swojego męża, również powinna poczuć niepokój. O ile jej też peron ostatnio nie odjechał.
Wróciła do normalnej pozycji, udając, że przed chwilą jedynie rozprostowywała plecy. Rozejrzała się, nasłuchując głosów zewsząd, mimowolnie pozwalając uszom szukać sensacji. Z jednej strony chciała zatracić się w cudzej opinii, by zapomnieć to, co właśnie zobaczyła, ale z drugiej ten uśmiech nie dawał jej spokoju. Chciała drążyć dalej.
- Tato - odezwała się wreszcie, choć czuła się, jakby ten głos nie należał do niej. Prawdziwa Eden obecnie zachodziła w głowę, po co się w ogóle otworzyła usta. - Wyglądasz na zadowolonego. Spodobał ci się występ Lorraine? - Zagaiła niby niewinnie, niby przyjaźnie, trochę naiwnie. Ale nie wiedziała, jak inaczej ma wybadać grunt bez poruszania przemowy kobiety, którą Fortinbras ewidentnie uważał za nawiedzoną i bezbrzeżnie głupią. Odnosiła wrażenie, że gdyby zapytała go, czy cieszy się z peanów na cześć mugolaka, wyśmiałby ją i zbeształ za zadawanie infantylnych pytań. Chciała sobie oszczędzić wstydu, ale nie umiała milczeć, więc musiała zabawić się z ojcem w kotka i myszkę.
Rzut na reakcję matki i plotki:
Rzut Z 1d100 - 37
Slaby sukces...
Slaby sukces...
I was never as good as I always thought I was
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~
— but I knew how to dress it up —
I was never satisfied, it never let me go
just dragged me by my hair and back on with the show
~♦~