London bridge is falling down, falling down... Nieprzyjemny dreszcz przeszedł przez kręgosłup Morpheusa. Pukiel włosów, dość aby rzucić klątwę. Ledwie powstrzymał drgnięcie. Kiedy goście zaczęli wstawać, nachylił się do Jessie'go i szepnął, kładąc mu dłoń na ramieniu:
— Bądź ostrożny. Możesz używać mojego nazwiska. Znajdę was później. — Nagle zaczął obawiać się o bezpieczeństwo chrześniaków (nie swoich ale wystarczająco blisko, w końcu Morpheus, Jonathan i Antoniusz byli jak wróżki chrzestne dla Śpiącej Królewny wobec dzieci Charlotte), niekoniecznie teraz, ale w bliskiej przyszłości. W końcu skoro nad Doliną majaczył znak, skoro pożoga spadnie na Londyn wedle słów Florence, wszystko było możliwe.
Wstał ze swojego miejsca i wyszedł w stronę namiotu z wystawą. Przy okazji przyjął szampan. Picie w takiej sytuacji było nierozsądne, ale i tak umoczył usta w alkoholu, a jego oczy skandowały gości bankietu. Patrzył gdzie kto idzie, nasłuchiwał, patrzył jego płaszcz, oczami gospodarzy innego przyjęcia. Zacisnął dłoń na rąbku malowanego jedwabiu. Oby to nie była przepowiednia. Patrzył na dzieła, a później zobaczył, kto jest jego autorem. Jego usta wygięły się w uśmiechu. Wyciągnął dłoń w stronę płótna, ale go nie dotknął. W oczach błysnęła obsesja. Cofnął rękę, zadowolony z siebie. Przerażony myślami, które miał w głowie.
— Przepraszam — zagaił kogoś z obsługi. — W sprawie zakupu obrazów, to z panną Avery?
Po otrzymaniu pozytywnej odpowiedzi, wypatrzył młodziutką gospodynię, która stała z Ritą i... Chyba to był Isaac. Dobrze. Mógł wrócić do kontemplacji sztuki, podejdzie do nich chwilę później.
Labirynt Malfoya wywołał w nim dziwne wrażenie adekwatności, a ostre krawędzie zachęcały go, aby dotknąć i zburzyć ułudę marzenia, idylli, własną krwią. Przechodząc do mroku wziął głęboki oddech i wydychał go długo. Nie znał się na sztuce, nie interesowała go poza powierzchowną warstwą, a przelotny romans z Lorettą Lestrange nijak tego nie zmienił. Estetykę natomiast doceniał.
Muzyka była piękna, występy satysfakcjonujące, ale to obrazy wybudziły z letniego snu jego głód. Zaczął powoli kierować się w stronę gospodyni o uśmiechu podobnemu trelowi słowika i wiosennemu usposobieniu świeżych pąków na drzewach.
Sukces!