Siedząc na średnio wygodnej leżance Calas zaczynał wątpić na co idą jego podatki. Jak to jest możliwe, że z takiego multum ubranych w fartuchy ludzi, żadne nie mogło trafić do jego pokoju. Przecież nawet nie mieściło się to z czystego prawdopodobieństwa, ktoś tu musiał prędzej czy później trafić nawet z przypadku. Niestety najwyraźniej w tym pozornym chaosie musiał być jakiś porządek. Jakaś niewidzialna siła, która odpychała lekarzy od nowych petentów. Przecież, przedstawił swoje potrzeby jeszcze manekinowi przed wejściem. To przecież powinno ułatwić pracę, a nie odstraszyć uzdrowicieli od pacjentów, co najwyraźniej miało miejsce. Po chwili nakręcania się doszedł do wniosku, że nigdzie to nie prowadzi, więc oparł się o ścianę przy, której stała kozetka. Następnie wrócił do studiowania drzwi.
Obserwacja klamki w końcu przyniosła oczekiwane efekty. Obróciła się i przez próg przeszedł blond uzdrowiciel. Flitwick przez chwilę pozostał bez ruchu obserwując uważnie wchodzącego mężczyznę. Był stosunkowo wysoki, przyzwoicie zbudowany i, o ile było dane mu to ocenić, na brak kobiecego zainteresowania nie powinien narzekać. Przyszedł tu jednak mu pomóc, a nie wyglądać więc Cal z niecierpliwością oczekiwał rozwoju wypadków.
- Dzień dobry. - Odpowiedział lekko skłaniając głową. - Zgadza się. - następnie potwierdził swoją tożsamość. Dostrzegł cień rozbawienia na twarzy mężczyzny, który taktownie równie szybko zniknął co się pojawił. Cóż, nie mógł go za to winić. Przypadek był dosyć kuriozalny i gdyby nie dotyczył jego samego, również byłby rozbawiony.
Następnym krokiem doktora Greengrassa było zasypanie kowala lawiną pytań o okoliczności jego nietypowej przypadłości.
- Cóż… - zaczął dosyć niepewnie, zastanawiając się czy wszystkie informacje uzdrowiciel zapamięta, czy raczej zacznie coś pisać. - Problem jest raczej widoczny. To kaktus. - Odpowiedział powoli z lekkim uśmiechem na pierwsze pytanie, budując w ten sposób czas na zebranie myśli. - Pojawił się dzisiaj rano, po myciu włosów. - Urwał jednak zdając sobie sprawę, że początek historii jest w innym punkcie wydarzeń. Przecież wszystko się zaczęło od nieszczęsnego deszczu sadzy, a nie potrzeby eksperymentów kosmetycznych.
- Może zacznę od początku. Parę dni temu czyściłem komin i pobrudziłem włosy sadzą. Piec jest magiczny więc zwyczajne środki czystości nie pomagały. Spotkałem jakiegoś handlarza, który mi sprzedał nowy szampon no i cyk! Dzisiaj rano wyrosła mi na głowie taka sympatyczna roślinka. Chociaż, jak tak patrzę to rosnąć nie przestała. - Wzruszył na koniec ramionami. Prawdę mówiąc roślinka na pewno była mniejsza jak wychodził z mieszkania. Jak tak przedstawił, tą historię, to zorientował się, że równie dobrze mógł zgłosić się tutaj z pierwszym problemem. Ten jednak był raczej delikatnie uciążliwy, a nie przeszkadzał w życiu. Przecież szczypta sadzy na biurku nikogo nie zabiła, a taki komiczny kaktus mógł co gorsza przegonić klientów.
- Co próbowałem zrobić? - Powtórzył odruchowo pytanie, po czym podrapał się po brodzie, kiedy przeszukiwał pamięć. - Zwykłe zaklęcia rozpraszające. Nie pomogło. - Jednak popchnęło go to do pomysłu. - Myśli pan, że magiczny sztylet mógłby zadziałać? - Zapytał z błyskiem w oczach. Nawet nie musiałby to być jakiś artystyczny rarytas. Kawałek dobrej stali, kilka run rozpraszających. W jego głowie rozpoczęła się nieco wariacka gonitwa myśli i szkicowanie projektu narzędzia. Zagadką było czy odcinanie bulwy byłoby bolesne. - Nawet dałoby się zrobić. - Mruknął na koniec, już bardziej do siebie niż do medyka.