03.10.2024, 08:41 ✶
Lestrange nie skomentował tego przytyku, wypowiedzianego w kierunku Nicholasa. Nie miał pojęcia w jaki sposób Louvain zwerbował tę kobietę, ale zaczynał mieć podejrzenia, że po prostu ją wyruchał i naobiecywał góry złota. Była w jego typie: wredna, pyskata i głupia. On takie lubił, były najlepszymi zabawkami do zabawy. On sam nie chciał od Fawley nic. Nie widział w niej sojusznika, nie widział w niej kogokolwiek, z kim chciałby na jakimkolwiek etapie współpracować. Głównie dlatego, że próbowała być cwana i chwytać się umów, które przecież nie zostały spisane i przypieczętowane. Mógł się jednak domyślać, że od teraz Cassandra nie będzie chętna do współpracy - jakby była chętna już wcześniej. Dla niego to nie stanowiło w zasadzie żadnej różnicy, bo nastawił się na problemy już na starcie.
Podał jej pochodnię bez słowa i tym razem on poszedł za Fawley, pozwalając Nicholasowi zamykać pochód. Nicholas wyciągnął do niej dłoń, która została metaforycznie odtrącona, za to on sam wciąż trzymał w dłoni różdżkę. Uważał, że szczypta groźby i strachu nigdy nikomu nie zaszkodziła, a świadomość że ma za sobą śmierciożercę z wycelowaną w swoje plecy różdżką być może sprawi, że Cassandra zacznie myśleć. I naprawdę w to wierzył, gdy schodzili w dół krętymi schodami i przechodzili korytarzem. Może był naiwny, ale wierzył że Fawley miała trochę oleju w głowie. Lecz to wszystko runęło, gdy stanęli przed kamieniem, na którym stały dwa naczynia. Przewodnicząca Spectrum obróciła się w ich stronę a on mógłby się założyć, że była teraz z siebie cholernie dumna. Miał ochotę westchnąć, długo, ciężko i głośno. Ta misja to będzie wrzód na dupie. Rodolphus podszedł do kobiety powoli, opuszczając różdżkę odrobinę. Górował nad nią, ale to nie było trudne, górował nad większością ludzi.
- Madame Fawley - zaczął cicho, pozornie bezbarwnym tonem. - Być może tego pani nie wie, lecz w naszej organizacji nie brakuje gentelmenów. A kodeks nakazuje, by to płeć piękna czyniła honory.
Gówno prawda. Po pierwsze: Śmierciożercy i gentelmeni mieli ze sobą tyle wspólnego, co nic. Ostatnio jak słyszał, że są gentelmenami, to zamordowali z zimną krwią dwie osoby na oczach ich dziecka, wcześniej je torturując. Po drugie: nie istniał absolutnie żaden kodeks, który nakazywałby przepuszczanie kobiet w takiej sytuacji. Ale tak szczerze to miał to w dupie. Wiedział już, że Fawley nie należy ufać: upewnił się, gdy zobaczył te cholerne szklanki. Zapewne w którejś była trucizna, gdyby nie zlazła na dół z nimi, to któryś z nich byłby już martwy. Kobiety - same z nimi problemy. Lestrange oparł ciężko dłoń na ramieniu Cassandry.
- A gospodyni, którą pani jest, powinna nam grzecznie wytłumaczyć, z czym mamy do czynienia - nie silił się na przyjacielski ton, za to odrobinę ścisnął jej ramię. Nie tak, by zabolało ale na tyle mocno, by wiedziała że to naprawdę nie są żarty a on zdecydowanie do cierpliwych nie należy. Po to ją tu zabrali, żeby szła na pierwszy ogień. Przecież nie będą ryzykować swoim życiem, prawda? Co innego ryzyko życiem osoby, na której im nie zależy.
Podał jej pochodnię bez słowa i tym razem on poszedł za Fawley, pozwalając Nicholasowi zamykać pochód. Nicholas wyciągnął do niej dłoń, która została metaforycznie odtrącona, za to on sam wciąż trzymał w dłoni różdżkę. Uważał, że szczypta groźby i strachu nigdy nikomu nie zaszkodziła, a świadomość że ma za sobą śmierciożercę z wycelowaną w swoje plecy różdżką być może sprawi, że Cassandra zacznie myśleć. I naprawdę w to wierzył, gdy schodzili w dół krętymi schodami i przechodzili korytarzem. Może był naiwny, ale wierzył że Fawley miała trochę oleju w głowie. Lecz to wszystko runęło, gdy stanęli przed kamieniem, na którym stały dwa naczynia. Przewodnicząca Spectrum obróciła się w ich stronę a on mógłby się założyć, że była teraz z siebie cholernie dumna. Miał ochotę westchnąć, długo, ciężko i głośno. Ta misja to będzie wrzód na dupie. Rodolphus podszedł do kobiety powoli, opuszczając różdżkę odrobinę. Górował nad nią, ale to nie było trudne, górował nad większością ludzi.
- Madame Fawley - zaczął cicho, pozornie bezbarwnym tonem. - Być może tego pani nie wie, lecz w naszej organizacji nie brakuje gentelmenów. A kodeks nakazuje, by to płeć piękna czyniła honory.
Gówno prawda. Po pierwsze: Śmierciożercy i gentelmeni mieli ze sobą tyle wspólnego, co nic. Ostatnio jak słyszał, że są gentelmenami, to zamordowali z zimną krwią dwie osoby na oczach ich dziecka, wcześniej je torturując. Po drugie: nie istniał absolutnie żaden kodeks, który nakazywałby przepuszczanie kobiet w takiej sytuacji. Ale tak szczerze to miał to w dupie. Wiedział już, że Fawley nie należy ufać: upewnił się, gdy zobaczył te cholerne szklanki. Zapewne w którejś była trucizna, gdyby nie zlazła na dół z nimi, to któryś z nich byłby już martwy. Kobiety - same z nimi problemy. Lestrange oparł ciężko dłoń na ramieniu Cassandry.
- A gospodyni, którą pani jest, powinna nam grzecznie wytłumaczyć, z czym mamy do czynienia - nie silił się na przyjacielski ton, za to odrobinę ścisnął jej ramię. Nie tak, by zabolało ale na tyle mocno, by wiedziała że to naprawdę nie są żarty a on zdecydowanie do cierpliwych nie należy. Po to ją tu zabrali, żeby szła na pierwszy ogień. Przecież nie będą ryzykować swoim życiem, prawda? Co innego ryzyko życiem osoby, na której im nie zależy.