03.10.2024, 02:34 ✶
Kobieta uniosła delikatnie brwi, słysząc dobitnie wypowiedziane słowa Rodolphusa. Przez moment mierzyła się z nim spojrzeniem, ale to wreszcie opadło na trzymaną przez niego różdżkę. Jej własne dłonie wciąż pozostały splecione, nawet jeśli palce zdawały się zacisnąć nieco mocniej, ale Fawley chyba zdawała sobie sprawę z tego że niewiele mogła zrobić wobec już wyciągniętej ku niej różdżce.
Drażniła ją wyraźnie ta sytuacja, bo mimo niepewności, która wkradła się do jej spojrzenia, pojawiło się tam także zniecierpliwienie.
- I mówi to człowiek, który kryje swoją twarz za maską - odparła chłodno, spoglądając na Nicholasa. Louvain miał przynajmniej tyle przyzwoitości, by stanąć przed nią twarzą w twarz, kiedy przedstawiał jej propozycję współpracy. Nie było tam wyciągniętych różdżek czy próby zastraszenia tylko obietnica zgłębiania tajemnic. Lestrange doskonale wiedział jak ją podejść, a rozmowa z Czarnym Panem tylko ugruntowała jej chęć współpracy. Ale oni? Tych dwoje tutaj, skrytych za maskami, jakby ich tożsamość była największym skarbem wobec tego, co skrywało się tam na dole?
Wyminęła ich bez słowa, bo przecież nie była wojowniczką, odbierając od Rodolphusa pochodnię i schodząc po kolejnych stopniach przejścia. Powietrze było tam wręcz nieprzyjemnie suche i drapało w gardło, a sama droga w dół zdawała się trochę ciągnąć. Kiedy też przeszli kawałek, mogli usłyszeć zgrzyt kamienia, kiedy rzeźba na nowo ukryła przejście, zamykając za nimi drogę powrotną.
Potem trafili do krótkiego korytarza, gdzie na bocznych ścianach znajdowały się kamienne płyty, a w błękitnym świetle pochodni błyskały wyryte na nich informacje tych, którzy to spoczęli. Wszystko oświetlały tutaj pojedyncze, mdłe światełka znajdujące się na ścianach, ale w rogach pomieszczenia można było dojrzeć wysokie paleniska, gotowe do rozpalenia gdyby komuś brakowało światła.
Cassandra przeszła obok nich niby to obojętnie, ale można było zauważyć w jej ruchach pewną nerwowość, która pokazywała się odkąd tylko weszła na schody. A potem doprowadziła śmierciożerców do rozwidlenia. Od tego miejsca wiodły cztery korytarze. Nawet jeśli nic nie zasłaniało wejścia do nich, mężczyźni mogli odnieść wrażenie, że kiedy na nie patrzą, wydają się nieskończone.
Przed nimi, na niewielkim podeście, stała karafka. Wypełniona była jakimś ciemnym, niemal czarnym płynem. Obok natomiast stała kryształowa szklaneczka, podobnie jak karafka zdobiona złotem i na obu naczyniach można było dostrzec wyrżnięte na nich runy. Kiedy Fawley podeszła do podniesienia, na kamieniu zalśnił od płomienia ten sam napis, który wcześniej znajdował się przy statule na wejściu.
Fawley stanęła, odwracając się do śmierciożerców, ale nie zrobiła nic, wyraźnie ku nim niechętna.
Drażniła ją wyraźnie ta sytuacja, bo mimo niepewności, która wkradła się do jej spojrzenia, pojawiło się tam także zniecierpliwienie.
- I mówi to człowiek, który kryje swoją twarz za maską - odparła chłodno, spoglądając na Nicholasa. Louvain miał przynajmniej tyle przyzwoitości, by stanąć przed nią twarzą w twarz, kiedy przedstawiał jej propozycję współpracy. Nie było tam wyciągniętych różdżek czy próby zastraszenia tylko obietnica zgłębiania tajemnic. Lestrange doskonale wiedział jak ją podejść, a rozmowa z Czarnym Panem tylko ugruntowała jej chęć współpracy. Ale oni? Tych dwoje tutaj, skrytych za maskami, jakby ich tożsamość była największym skarbem wobec tego, co skrywało się tam na dole?
Wyminęła ich bez słowa, bo przecież nie była wojowniczką, odbierając od Rodolphusa pochodnię i schodząc po kolejnych stopniach przejścia. Powietrze było tam wręcz nieprzyjemnie suche i drapało w gardło, a sama droga w dół zdawała się trochę ciągnąć. Kiedy też przeszli kawałek, mogli usłyszeć zgrzyt kamienia, kiedy rzeźba na nowo ukryła przejście, zamykając za nimi drogę powrotną.
Potem trafili do krótkiego korytarza, gdzie na bocznych ścianach znajdowały się kamienne płyty, a w błękitnym świetle pochodni błyskały wyryte na nich informacje tych, którzy to spoczęli. Wszystko oświetlały tutaj pojedyncze, mdłe światełka znajdujące się na ścianach, ale w rogach pomieszczenia można było dojrzeć wysokie paleniska, gotowe do rozpalenia gdyby komuś brakowało światła.
Cassandra przeszła obok nich niby to obojętnie, ale można było zauważyć w jej ruchach pewną nerwowość, która pokazywała się odkąd tylko weszła na schody. A potem doprowadziła śmierciożerców do rozwidlenia. Od tego miejsca wiodły cztery korytarze. Nawet jeśli nic nie zasłaniało wejścia do nich, mężczyźni mogli odnieść wrażenie, że kiedy na nie patrzą, wydają się nieskończone.
Przed nimi, na niewielkim podeście, stała karafka. Wypełniona była jakimś ciemnym, niemal czarnym płynem. Obok natomiast stała kryształowa szklaneczka, podobnie jak karafka zdobiona złotem i na obu naczyniach można było dostrzec wyrżnięte na nich runy. Kiedy Fawley podeszła do podniesienia, na kamieniu zalśnił od płomienia ten sam napis, który wcześniej znajdował się przy statule na wejściu.
Fawley stanęła, odwracając się do śmierciożerców, ale nie zrobiła nic, wyraźnie ku nim niechętna.