03.10.2024, 00:50 ✶
- O'Dwyer - rzucił krótko i dosadnie - bujać to my a nie nas. Jeśli masz mi coś do powiedzenia to mów a nie insynuuj. Nie jesteśmy na wykładach. Nie mogę cię tu oblać - przyznał niechętnie, bo gdyby miał podobną możliwość to może zastanowiłby się nad nią.
Z drugiej strony istniało duże prawdopodobieństwo, że to Leo sam się obleje. Nie miał zbyt dużej gracji a przynajmniej nie względem obchodzenia się z eliksirami. Do tego trzeba było mieć inny talent niż niepokojąco kocie ruchy, o których Ambroise nie wiedział co ma myśleć. Ten młodzieniec był przedziwny.
Z jednej strony drażnił Greengrassa swoim dziwacznym zachowaniem, jednocześnie wzbudzał niepokój o system, który pozwalał obsadzać przyszłych pacjentów psychiatrycznych w roli stażystów i to na oddziale klątw. Roise nie musiał być jasnowidzem - może i widział przeszłość, ale przyszłość tego chłystka też była raczej bardzo jasna: białe ściany Lecznicy Dusz i czysta biel dopasowanego kaftaniku.
Z drugiej strony jak do tej pory nie stało się nic, co byłoby dla uzdrowiciela kompletnie absurdalne do tego stopnia, że popukałby się w głowę i stwierdził, że musi iść pilnie porozmawiać z Flo lub Basilem. Jasne. Wykluczając tę sprawę z eliksirem na porost włosów, która doprowadziła ich do dyskusji nad stanem składnika eliksirów. W gruncie rzeczy nieoczekiwane wsparcie mogło być nader przydatne, gdyby tylko umiało się zachować i ostrożnie obchodzić z buteleczkami. No i gdyby potrafiło mówić wprost a nie sugerować blondynowi niestworzone rzeczy. Zdecydowanie strategią O'Dwyera była impulsywność.
- Zimny osąd i analiza, Panie O'Dwyer - odpowiedział zgodnie z prawdą; przynajmniej odnośnie swojej gry w szachy czarodziejów, bo bywał również bardziej impulsywny i porywczy niż by sobie tego życzył, no, ale to nie były tematy Munga.
W Mungu uchodził za poważanego, odpowiedzialnego, profesjonalnego czarodzieja. Może nazbyt oficjalnego, czasami wręcz lodowatego, ale nie dało się mu wiele zarzucić poza pewną dawką sarkazmu i pogardy, jaką darzył stażystów, którzy mu podpadli. Mimo to większość z tych ludzi nadal go lubiła. Wbrew pozorom słyszał więcej przezwisk dla na przykład takiej Flo Bulstrode niż dla siebie. Choć kto tam wiedział, być może mówiono je za jego plecami. Czasami zastanawiał się, jakie ma ironiczne przydomki. Starał się być w porządku (wbrew straszeniu na pokaz, które zwykle lubił), więc raczej chyba nie jakieś fatalne.
- Natomiast nie pogardzę partią czy dwoma, jeśli jest Pan pewien, że chce mnie Pan uczyć swoich technik - zadrżał mu kącik ust, bo to było nawet równie śmieszne, co absurdalne.
Natomiast chyba by mu to nie zaszkodziło. Tak właściwie to nawet brzmiało podejrzanie dziwnie, zwłaszcza że zazwyczaj nie rozważał takich opcji i nie spoufalał się z kompletnymi dziwakami (a sam miał foliową czapkę, której nie dostrzegał). Może naprawdę zaczął robić się zmęczony, skoro przyjął ofertę w tej formie?
Poza tym chyba się przesłyszał, kiedy O'Dwyer zaczął przeglądać półki.
W kociej postaci tak. Brwi Greengrassa uniosły się bardzo wysoko a towarzyszyło im spojrzenie z powątpiewaniem. To nie był stażysta z jego oddziału i Ambroise nie orientował się w życiu Leonidasa (wystarczy, że jego własne zrobiło się skomplikowane), ale niecodziennie ktoś upierał się, że ma jakąś kocią formę.
Nawet w świecie czarodziejów a warto podkreślić, że w przypadku starszego uzdrowiciela mógł co nieco powiedzieć o zwierzętach domowych. Jego najlepszy kumpel i siostra Thomasa, którą zresztą Roise naturalnie traktował jak także swoją młodszą siostrzyczkę mieli dosłownego pierdolca na punkcie kotów. Specyfika Figgów i takie tam.
Jak dla Ambroisa to Leo wyglądał tak, jakby mógł co najwyżej dostać kociej mordy od zbytniego wtykania nosa tam, gdzie nie trzeba - w tym w eliksiry. Na jego nieszczęście, bo później musiał leczyć takich delikwentów u siebie na oddziale. Wolał temu zapobiec jeszcze na etapie, na którym to było możliwe. No, bardzo możliwe, bo Leonidas był nieprzewidywalny. Jak Flo z nim wytrzymuje?
- Tak. Mniej więcej tak - kiwnął głową, bo młodzieniec chyba zaczynał łapać.
Może znowu trochę zbyt ostro go ocenił? Rzeczywiście był trochę zmęczony pracą w składziku i tym wszystkim, co ostatnio się działo. Mimo to wolał działać zamiast siedzieć i roztrząsać rzeczy, na które nie miał zbyt wiele wpływu. Wręcz rzucił się w wir pracy, biorąc dodatkowe dyżury w Mungu i wypełniając nimi swoje dni.
- Liczy się wszystko, co jest po słowie eliksir i synonimach - stwierdził, na chwilę przysiadając na krześle i wpatrując się w to jak idzie O'Dwyerowi. - Wiesz czym są synonimy, prawda? - Wolał się co do tego upewnić, żeby stażysta nie poprzestawiał tylko eliksirowych eliksirów.
Z drugiej strony istniało duże prawdopodobieństwo, że to Leo sam się obleje. Nie miał zbyt dużej gracji a przynajmniej nie względem obchodzenia się z eliksirami. Do tego trzeba było mieć inny talent niż niepokojąco kocie ruchy, o których Ambroise nie wiedział co ma myśleć. Ten młodzieniec był przedziwny.
Z jednej strony drażnił Greengrassa swoim dziwacznym zachowaniem, jednocześnie wzbudzał niepokój o system, który pozwalał obsadzać przyszłych pacjentów psychiatrycznych w roli stażystów i to na oddziale klątw. Roise nie musiał być jasnowidzem - może i widział przeszłość, ale przyszłość tego chłystka też była raczej bardzo jasna: białe ściany Lecznicy Dusz i czysta biel dopasowanego kaftaniku.
Z drugiej strony jak do tej pory nie stało się nic, co byłoby dla uzdrowiciela kompletnie absurdalne do tego stopnia, że popukałby się w głowę i stwierdził, że musi iść pilnie porozmawiać z Flo lub Basilem. Jasne. Wykluczając tę sprawę z eliksirem na porost włosów, która doprowadziła ich do dyskusji nad stanem składnika eliksirów. W gruncie rzeczy nieoczekiwane wsparcie mogło być nader przydatne, gdyby tylko umiało się zachować i ostrożnie obchodzić z buteleczkami. No i gdyby potrafiło mówić wprost a nie sugerować blondynowi niestworzone rzeczy. Zdecydowanie strategią O'Dwyera była impulsywność.
- Zimny osąd i analiza, Panie O'Dwyer - odpowiedział zgodnie z prawdą; przynajmniej odnośnie swojej gry w szachy czarodziejów, bo bywał również bardziej impulsywny i porywczy niż by sobie tego życzył, no, ale to nie były tematy Munga.
W Mungu uchodził za poważanego, odpowiedzialnego, profesjonalnego czarodzieja. Może nazbyt oficjalnego, czasami wręcz lodowatego, ale nie dało się mu wiele zarzucić poza pewną dawką sarkazmu i pogardy, jaką darzył stażystów, którzy mu podpadli. Mimo to większość z tych ludzi nadal go lubiła. Wbrew pozorom słyszał więcej przezwisk dla na przykład takiej Flo Bulstrode niż dla siebie. Choć kto tam wiedział, być może mówiono je za jego plecami. Czasami zastanawiał się, jakie ma ironiczne przydomki. Starał się być w porządku (wbrew straszeniu na pokaz, które zwykle lubił), więc raczej chyba nie jakieś fatalne.
- Natomiast nie pogardzę partią czy dwoma, jeśli jest Pan pewien, że chce mnie Pan uczyć swoich technik - zadrżał mu kącik ust, bo to było nawet równie śmieszne, co absurdalne.
Natomiast chyba by mu to nie zaszkodziło. Tak właściwie to nawet brzmiało podejrzanie dziwnie, zwłaszcza że zazwyczaj nie rozważał takich opcji i nie spoufalał się z kompletnymi dziwakami (a sam miał foliową czapkę, której nie dostrzegał). Może naprawdę zaczął robić się zmęczony, skoro przyjął ofertę w tej formie?
Poza tym chyba się przesłyszał, kiedy O'Dwyer zaczął przeglądać półki.
W kociej postaci tak. Brwi Greengrassa uniosły się bardzo wysoko a towarzyszyło im spojrzenie z powątpiewaniem. To nie był stażysta z jego oddziału i Ambroise nie orientował się w życiu Leonidasa (wystarczy, że jego własne zrobiło się skomplikowane), ale niecodziennie ktoś upierał się, że ma jakąś kocią formę.
Nawet w świecie czarodziejów a warto podkreślić, że w przypadku starszego uzdrowiciela mógł co nieco powiedzieć o zwierzętach domowych. Jego najlepszy kumpel i siostra Thomasa, którą zresztą Roise naturalnie traktował jak także swoją młodszą siostrzyczkę mieli dosłownego pierdolca na punkcie kotów. Specyfika Figgów i takie tam.
Jak dla Ambroisa to Leo wyglądał tak, jakby mógł co najwyżej dostać kociej mordy od zbytniego wtykania nosa tam, gdzie nie trzeba - w tym w eliksiry. Na jego nieszczęście, bo później musiał leczyć takich delikwentów u siebie na oddziale. Wolał temu zapobiec jeszcze na etapie, na którym to było możliwe. No, bardzo możliwe, bo Leonidas był nieprzewidywalny. Jak Flo z nim wytrzymuje?
- Tak. Mniej więcej tak - kiwnął głową, bo młodzieniec chyba zaczynał łapać.
Może znowu trochę zbyt ostro go ocenił? Rzeczywiście był trochę zmęczony pracą w składziku i tym wszystkim, co ostatnio się działo. Mimo to wolał działać zamiast siedzieć i roztrząsać rzeczy, na które nie miał zbyt wiele wpływu. Wręcz rzucił się w wir pracy, biorąc dodatkowe dyżury w Mungu i wypełniając nimi swoje dni.
- Liczy się wszystko, co jest po słowie eliksir i synonimach - stwierdził, na chwilę przysiadając na krześle i wpatrując się w to jak idzie O'Dwyerowi. - Wiesz czym są synonimy, prawda? - Wolał się co do tego upewnić, żeby stażysta nie poprzestawiał tylko eliksirowych eliksirów.