– Wtedy to nie będzie takie zabawne – bo Cathal musiałby się nieco bardziej gimnastykować we wszystkim, gdyby tak łaziła za nim. – Poza tym co jak chciałbyś jeszcze udusić Letę? Przecież się nie rozdwoję – brakowało jeszcze żeby się popukała po skroni w standardowym geście „główka pracuje”. – Byłoby – stwierdziła po prostu.
– Wiem. Ale jak będzie jakaś chwila, to o mnie pamiętaj – odchyliła głowę do tyłu, żeby spojrzeć na Cathala. – Lubię cmentarze – jakby tego jeszcze nie wiedział… Całe ich życie zawowode wkręciło się mniej czy bardziej na cmentarzach, nekropoliach, grobowcach. Wszędzie gdzieś pod stopami znajdowały się czyjeś kości albo prochy. Udawanie tutaj bogobojnych, pisk, że zakłóca się spokój zmarłym – to nie było w jej stylu zupełnie, te miejsca niosły w sobie mnóstwo opowieści i historii, którą łaknęła odkryć.
– Zawsze ładnie wyglądam, ale dla ciebie mogę się postarać bardziej – odgryzła się, ale grzecznie stanęła w miejscu, zamierając jak słup soli, z uwagą obserwując Cathala, który rzucił na siebie tarczę i niczym taran będący żółwiem, wszedł do środka. Stała tam i uśmiechała się leciutko, wyglądając jak ta wiotka mimoza, którą może połamać większy wiatr, nie przewidując tego, co za chwilę nastąpi. Może, gdyby faktycznie ćwiczyła ten dar, co do którego jej matka była pewna, że go odziedziczyła, to byłaby w stanie uchronić Cathala, lecz McGonagall była błogo nieświadoma tego, co się za chwilę stanie. Wieko uniósł ostrożnie, z ledwością, tyle widziała, a i tak… jakieś stare zaklęcie grzmotnęło nim, po czym sam wyleciał w bok, niemalże tak, jak wcześniej pająk zamieniony w kielich – i rąbnął o ścianę.
Nic więcej się nie stało. Żadnych wybuchów, żadnych dymów, żadnych śmierdzących oparów. Ginny przez sekundę zastanawiała się, czy ktoś z zewnątrz tego nie usłyszał, ale zaraz zerwała się z miejsca i chwilę później już klęczała przy Cathalu. Oglądała go uważnie z bliska, swoimi złotymi, kocimi oczyma, szeroko teraz otwartymi. Oddychała też płytko. Trzymała w dłoni różdżkę, mocno, aż jej palce pobielały, a po chwile spomiędzy włosów zaczęła jej wystawać para brązowych, kocich uszu, tylko trochę jaśniejszych od jej własnych włosów, które spływały jej prostą falą na ramiona i plecy. Ostrożnie wyciągnęła ręce do Cala, delikatnie łapiąc go za twarz, po czym jedną dłoń przeniosła mu na szyję – na kark, chcąc go delikatnie zachęcić, by odsunął głowę od ściany. Chciała zobaczyć, czy nie uderzył się tak mocno, że teraz cieknie mu krew.
– Spójrz na mnie. Otwórz oczy i spójrz na mnie – rzuciła po arabsku. Coś tam wcześniej powiedział, nie zrozumiała rzecz jasna co, ale mógł to być tak efekt szoku, jak i tego, że po prostu bełkotał. – Jak się nazywasz? – nadal trzymała dłoń na jego karku, a jej różdżka zapłonęła światełkiem, które przysunęła mu do twarzy. Chciała sprawdzić, czy nie miał światłowstrętu, czy nie dostał od tego uderzenia wstrząśnienia mózgu – od tego chciała zacząć. Rzecz jasna i resztę chciała obejrzeć. Czy nie siedział w jakiejś dziwacznej pozycji? Czy się ruszał? Czy czegoś sobie nie złamał? Ale najważniejsza była ta głowa.