01.10.2024, 14:48 ✶
To była któraś z rzędu godzina dyżuru, który robił niemal ciągiem z poprzednim. No cóż. Mung miał poważne braki kadrowe a przepisy BHP i takie tam banialuki nie były mocną stroną czarodziejów. Zdarzało mu się, że praktycznie trzy dni nie wychodził z pracy, kimając na leżance podczas spokojniejszych godzin. Niemal nie dało się po nim tego dostrzec.
Nawet w swoich paskudnych szatach typowych dla uzdrowicieli w Mungu starał się nosić z godnością. Miał starannie przycięty, podgolony zarost a gęste, długie za ramiona włosy (falowany obiekt zazdrości niektórych koleżanek z pracy) tego dnia związane były w praktyczną kitkę. Wchodząc do gabinetu, przywitał mężczyznę kiwnięciem głowy.
- Dzień dobry. Pan Ca... - ...ctus... -...las Flitwick, jak mniemam? - Zawahanie w jego głosie było praktycznie niewychwytywalne, tak samo zresztą jak bardzo nieznaczny, leciutki uśmieszek błąkający się na wargach Greengrassa, który zniknął całkiem w tym samym momencie co uniesienie przez niego wzroku znad karty pacjenta.
- Ambroise Greengrass, uzdrowiciel - przedstawił się, ale zgodnie z procedurami nie podał mu ręki.
Zamiast tego przekartkował papiery, pokiwał do siebie głową i znowu uniósł wzrok na pacjenta.
Ich magipielęgniarki były naprawdę niezastąpione. Zaledwie w przeciągu kilku chwil odnalazły właściwe papiery i zaczęły wypełniać najważniejsze dane w zgodzie z tym, co mogło być mu potrzebne. Dostał też średnio grubą teczkę, na której zawartości zdążył zawiesić oko w drodze przez korytarz. Tak właściwie nigdy nie mieli na tyle czasu, żeby móc przygotować się do interakcji z pacjentem i uwzględnić wszystko, co o nim uprzednio wiedzieli.
Tak właściwie to było tylko minimalnie możliwe w przypadku ustalonych wcześniej wizyt kontrolnych, a tak się składało, że uzdrowicielowi tym razem przypadły doraźne, nagłe przypadki wymagające szybkiej interwencji i odesłania pacjenta do domu. W miarę możliwości, oczywiście. Nie wywalali nikogo chorego na bruk, ale liczba łóżek była ograniczona, toteż musieli prowadzić bardzo wprawną selekcję i na bieżąco radzić sobie z resztą problemów.
Choć ustalony grafik wizyt miał swoje niezaprzeczalne zalety, Ambroise lubił tempo pracy własnie przy tym aktualnym przydziale. Nie pozwalało mu myśleć zbyt wiele o prywatnych problemach, których miał teraz jeszcze większą mnogość niż jeszcze kilka miesięcy temu. Jego życie znowu zaczęło przyspieszać i usiłować zjeżdżać z toru, na który starał się je z powrotem naprowadzać. Odnosił wrażenie, że idzie mu to żenująco pokracznie. Jak krew z nosa i to do tego Astarotha Yaxleya: ciemna i gęsta, kiedy rozkwasił mu go o podłogę ponad miesiąc temu.
No właśnie. To były już praktycznie dwa miesiące a on nadal nie otrzymał żadnej informacji odnośnie tego, co dalej z małym polowaniem na drugiego Yaxleya. Tym razem jednocześnie istniejącego i nie. Widmowy Thoran najpewniej w dalszym ciągu siał spustoszenie. Powinni załatwić go już miesiące temu, ale jeśli tak się stało (czego nie mógł być przecież pewny, pomimo niechętnych ustaleń dających mu angaż w samym środku wydarzeń) to nie został poinformowany. Wręcz miał wrażenie, że znowu bawią się z byłą w podchody, tylko tym razem bardziej wzgardliwe niż kiedykolwiek wcześniej.
Nic dziwnego, że rzucił się w wir pracy a magiczne nagłe przypadki były najlepszymi, na jakie mógł trafić. Codziennie wręcz nie mógł się od nich odpędzić. Był środek lata, przez co mieli pełne ręce roboty. Od przypadków przewidywalnych i powszechnych poprzez te trudne i skomplikowane, które wymagały naprawdę ciężkiej pracy po egzotyczne rośliny doniczkowe rosnące nie w doniczkach a na głowach.
To nie był taki pierwszy przypadek. Najpewniej nie miał być również ostatni. W pokoju socjalnym (a bardziej składziku na uzdrowicieli i miotły) stawiano zakłady odnośnie tego, jaki miał być następny kolor. Bardziej jasnozielony, oliwkowy, brązowawy? Miał mieć krótkie kolce czy długie? Była szansa, że zakwitnie? No cóż. To Ambroise był tym farciarzem, który miał się pierwszy przekonać, choć magipielęgniarka mruknęła do niego okiem, gdy mijał ją w drodze do gabinetu.
- A więc co tu mamy? - Spytał poza tym oczywistym, czyli rosnącą rośliną na czubku głowy Pana Flitwicka. - Jak się pan czuje? Jak dawno zauważył Pan, że coś jest nie tak? Czy wie Pan, co może być przyczyną Pańskiego stanu? Prócz tego, czy podejmował Pan jakiekolwiek środki własnoręcznego pozbycia się problemu? Mam na myśli zarówno manualne jak również eliksiry. Jeśli przychodzi Panu do głowy coś istotnego, to jest czas, żeby o tym poinformować - stwierdził gotowy wpierw zadawać pytania a potem działać dalej.
W pracy wyjątkowo nie był w gorącej wodzie kąpany, tylko wręcz przeciwnie. Oficjalny, profesjonalny, może trochę chłodny. Nosił się z wyższością typową dla magicznych elit. Już na pierwszy rzut oka dało się stwierdzić, że jest czystokrwistym czarodziejem, który dba o swój zawodowy wizerunek. Nazwisko również nie pozostawiało wątpliwości. Oczywiście. Bywał przyjacielski, jednak należał do tych bardziej zdystansowanych medyków.
Nawet w swoich paskudnych szatach typowych dla uzdrowicieli w Mungu starał się nosić z godnością. Miał starannie przycięty, podgolony zarost a gęste, długie za ramiona włosy (falowany obiekt zazdrości niektórych koleżanek z pracy) tego dnia związane były w praktyczną kitkę. Wchodząc do gabinetu, przywitał mężczyznę kiwnięciem głowy.
- Dzień dobry. Pan Ca... - ...ctus... -...las Flitwick, jak mniemam? - Zawahanie w jego głosie było praktycznie niewychwytywalne, tak samo zresztą jak bardzo nieznaczny, leciutki uśmieszek błąkający się na wargach Greengrassa, który zniknął całkiem w tym samym momencie co uniesienie przez niego wzroku znad karty pacjenta.
- Ambroise Greengrass, uzdrowiciel - przedstawił się, ale zgodnie z procedurami nie podał mu ręki.
Zamiast tego przekartkował papiery, pokiwał do siebie głową i znowu uniósł wzrok na pacjenta.
Ich magipielęgniarki były naprawdę niezastąpione. Zaledwie w przeciągu kilku chwil odnalazły właściwe papiery i zaczęły wypełniać najważniejsze dane w zgodzie z tym, co mogło być mu potrzebne. Dostał też średnio grubą teczkę, na której zawartości zdążył zawiesić oko w drodze przez korytarz. Tak właściwie nigdy nie mieli na tyle czasu, żeby móc przygotować się do interakcji z pacjentem i uwzględnić wszystko, co o nim uprzednio wiedzieli.
Tak właściwie to było tylko minimalnie możliwe w przypadku ustalonych wcześniej wizyt kontrolnych, a tak się składało, że uzdrowicielowi tym razem przypadły doraźne, nagłe przypadki wymagające szybkiej interwencji i odesłania pacjenta do domu. W miarę możliwości, oczywiście. Nie wywalali nikogo chorego na bruk, ale liczba łóżek była ograniczona, toteż musieli prowadzić bardzo wprawną selekcję i na bieżąco radzić sobie z resztą problemów.
Choć ustalony grafik wizyt miał swoje niezaprzeczalne zalety, Ambroise lubił tempo pracy własnie przy tym aktualnym przydziale. Nie pozwalało mu myśleć zbyt wiele o prywatnych problemach, których miał teraz jeszcze większą mnogość niż jeszcze kilka miesięcy temu. Jego życie znowu zaczęło przyspieszać i usiłować zjeżdżać z toru, na który starał się je z powrotem naprowadzać. Odnosił wrażenie, że idzie mu to żenująco pokracznie. Jak krew z nosa i to do tego Astarotha Yaxleya: ciemna i gęsta, kiedy rozkwasił mu go o podłogę ponad miesiąc temu.
No właśnie. To były już praktycznie dwa miesiące a on nadal nie otrzymał żadnej informacji odnośnie tego, co dalej z małym polowaniem na drugiego Yaxleya. Tym razem jednocześnie istniejącego i nie. Widmowy Thoran najpewniej w dalszym ciągu siał spustoszenie. Powinni załatwić go już miesiące temu, ale jeśli tak się stało (czego nie mógł być przecież pewny, pomimo niechętnych ustaleń dających mu angaż w samym środku wydarzeń) to nie został poinformowany. Wręcz miał wrażenie, że znowu bawią się z byłą w podchody, tylko tym razem bardziej wzgardliwe niż kiedykolwiek wcześniej.
Nic dziwnego, że rzucił się w wir pracy a magiczne nagłe przypadki były najlepszymi, na jakie mógł trafić. Codziennie wręcz nie mógł się od nich odpędzić. Był środek lata, przez co mieli pełne ręce roboty. Od przypadków przewidywalnych i powszechnych poprzez te trudne i skomplikowane, które wymagały naprawdę ciężkiej pracy po egzotyczne rośliny doniczkowe rosnące nie w doniczkach a na głowach.
To nie był taki pierwszy przypadek. Najpewniej nie miał być również ostatni. W pokoju socjalnym (a bardziej składziku na uzdrowicieli i miotły) stawiano zakłady odnośnie tego, jaki miał być następny kolor. Bardziej jasnozielony, oliwkowy, brązowawy? Miał mieć krótkie kolce czy długie? Była szansa, że zakwitnie? No cóż. To Ambroise był tym farciarzem, który miał się pierwszy przekonać, choć magipielęgniarka mruknęła do niego okiem, gdy mijał ją w drodze do gabinetu.
- A więc co tu mamy? - Spytał poza tym oczywistym, czyli rosnącą rośliną na czubku głowy Pana Flitwicka. - Jak się pan czuje? Jak dawno zauważył Pan, że coś jest nie tak? Czy wie Pan, co może być przyczyną Pańskiego stanu? Prócz tego, czy podejmował Pan jakiekolwiek środki własnoręcznego pozbycia się problemu? Mam na myśli zarówno manualne jak również eliksiry. Jeśli przychodzi Panu do głowy coś istotnego, to jest czas, żeby o tym poinformować - stwierdził gotowy wpierw zadawać pytania a potem działać dalej.
W pracy wyjątkowo nie był w gorącej wodzie kąpany, tylko wręcz przeciwnie. Oficjalny, profesjonalny, może trochę chłodny. Nosił się z wyższością typową dla magicznych elit. Już na pierwszy rzut oka dało się stwierdzić, że jest czystokrwistym czarodziejem, który dba o swój zawodowy wizerunek. Nazwisko również nie pozostawiało wątpliwości. Oczywiście. Bywał przyjacielski, jednak należał do tych bardziej zdystansowanych medyków.