01.10.2024, 12:19 ✶
– Ty z pewnością – burknął znad papierów, ale zaraz potem rozłożył się wygodniej, kiedy Sauriel ich już opuścił. Przebywanie z nim w jednym pomieszczeniu, nawet taki o otwartej przestrzeni i niebie pełnym gwiazd było niepokojące w sposób, który mu nie odpowiadał. Był świadom, że mężczyzna był wampirem, w jego ruchach i reakcjach było coraz mniej człowieczeństwa. Z drugiej strony granica między człowiekiem a potworem bywała bardzo cienka i bez klątw, które czyniły z osoby maszynę do zabijania.
Był zmęczony, to był długi dzień, pełen bezowocnych w jego odczuciu treningów, lekcji, zwieńczony nieprzyjemną atmosferą i odkryciem przez jego najdroższego przyjaciela, czegoś co jednak chciał zachować dla siebie. Był przekonany, że kiedyś Longbottom wypali z tą gitarą, zapyta przy innych czy już nauczył się grać Paganiniego, albo nie daj bogowie jeszcze każe coś śpiewać. To było dziwne, nie raz nie dwa wygłupiali się w szkole, przekraczali własne obawy wstydu, zwłaszcza gdy dołączył do nich Selwyn ze swoim teatralnym rodowodem. Mieli to w żyłach, ale gitara... to był głupi pomysł, naiwny, marzycielski u swoich podstaw. Bo przecież tak działały sztuki, że gdy brakło słów, na pomoc ruszała muzyka, a jemu te dwa lata temu tak bardzo, bardzo zabrakło słów. Bo były potwory, których się obawiał, był też taki, którego ciężki, gardłowy pomruk śnił mu się od czasu do czasu, pozostawiając zawsze poranki zdewastowanymi dojmującym osamotnieniem.
Spochmurniał, z oczywistych względów nie chcąc się zwierzać z okrutnej tęsknoty toczącej rakiem jego serce. Zaraz jednak zdał sobie sprawę, że lepiej okryć ten stan zasłoną wymówek. A w sumie jedną nawet całkiem niezłą miał.
– Słabnę. Dziś miałem lekcje uroków i nie byłem w stanie podnieść swojej bariery. Mój wyjazd rozmemłał mnie, muszę zebrać się i wzmocnić. Zwłaszcza teraz – podniósł wzrok na Morpheusa i westchnął ciężko. – Może jednak nauczę Cię podstaw oklumencji w ramach własnych ćwiczeń szkoły rozproszeń? – zapytał znając odpowiedź. Bo kiedy on wznosił mury porządku i ascezy, najbliższy mu na ziemi człowiek ukrywał się pogrążony w chaosie czasu i pożądania. Zupełnie jakby byli połówkami tej samej monety.
Jakby byli anam cara, o którym czytał ostatnio.
Był zmęczony, to był długi dzień, pełen bezowocnych w jego odczuciu treningów, lekcji, zwieńczony nieprzyjemną atmosferą i odkryciem przez jego najdroższego przyjaciela, czegoś co jednak chciał zachować dla siebie. Był przekonany, że kiedyś Longbottom wypali z tą gitarą, zapyta przy innych czy już nauczył się grać Paganiniego, albo nie daj bogowie jeszcze każe coś śpiewać. To było dziwne, nie raz nie dwa wygłupiali się w szkole, przekraczali własne obawy wstydu, zwłaszcza gdy dołączył do nich Selwyn ze swoim teatralnym rodowodem. Mieli to w żyłach, ale gitara... to był głupi pomysł, naiwny, marzycielski u swoich podstaw. Bo przecież tak działały sztuki, że gdy brakło słów, na pomoc ruszała muzyka, a jemu te dwa lata temu tak bardzo, bardzo zabrakło słów. Bo były potwory, których się obawiał, był też taki, którego ciężki, gardłowy pomruk śnił mu się od czasu do czasu, pozostawiając zawsze poranki zdewastowanymi dojmującym osamotnieniem.
Spochmurniał, z oczywistych względów nie chcąc się zwierzać z okrutnej tęsknoty toczącej rakiem jego serce. Zaraz jednak zdał sobie sprawę, że lepiej okryć ten stan zasłoną wymówek. A w sumie jedną nawet całkiem niezłą miał.
– Słabnę. Dziś miałem lekcje uroków i nie byłem w stanie podnieść swojej bariery. Mój wyjazd rozmemłał mnie, muszę zebrać się i wzmocnić. Zwłaszcza teraz – podniósł wzrok na Morpheusa i westchnął ciężko. – Może jednak nauczę Cię podstaw oklumencji w ramach własnych ćwiczeń szkoły rozproszeń? – zapytał znając odpowiedź. Bo kiedy on wznosił mury porządku i ascezy, najbliższy mu na ziemi człowiek ukrywał się pogrążony w chaosie czasu i pożądania. Zupełnie jakby byli połówkami tej samej monety.
Jakby byli anam cara, o którym czytał ostatnio.
Koniec sesji