28.09.2024, 19:22 ✶
bo Cię tak z j e b y w a ł e m
Czyj to był do licha pomysł? Jakiż to promień natchnienia wykrzywionego tęsknotą i pragnieniem popchnął go do tego prymitywnego instrumentu i równie prymitywnego nauczyciela, tego sobie Anthony w obecnej chwili nie potrafił wytłumaczyć.
– Ach tak, tak... Tak będzie – odparł z oczami utkwionymi w dokumentach, bo to było przecież ważne. Nie był pewien czego bardziej się wstydził - tego, że Morpheus nakrył go na graniu na gitarze, czy faktu, że w sumie nie chciał wchodzić w słowne utarczki z Saurielem, głównie przez wzgląd na Victorię. Niezwykle szanował jej zdanie, cenił umysł, a zdawało mu się podczas rozmów z nią, że wampir jest bliższy jej sercu, niż chciałaby to przyznać. Musiało więc być coś, co ją ku niemu ciągnęło i - tego Anthony był pewien - nie był to wulagarny język i obcesowe pozerstwo.
Cóż więc to było?
Anthony poruszył się niespokojnie na krześle, wspominając swoją relację, której w ostatnim czasie najbliżej było, aby określić ją mianem związku. Wspominając wiszącą klątwę, pragnienie pomocy i wsparcia, którego druga strona wcale nie chciała przyjąć. Wspominając strach przed śmiercią i zarażeniem, przekuwany w słodką ekscytację przyspieszonego oddechu ofiary, walącego przyszpilonego serca, zaufania, którego nie ofiarowywało się tylko osobie, ale też potworowi, którego skrywała w sobie.
Metaliczny posmak krwi z przegryzionego policzka, piekąca naruszona śluzówka, to wszystko otrzeźwiło go z tej niedługiej mentalnej wycieczki, pozostawiając go w przygnębieniu. To była mrzonka, smutne marzenie wyczytane spomiędzy kart średniowiecznych romansów o tym, jaką muzyka miała moc, jak pieśnią można było skruszyć skamieniałe serce.
– Dziękuję Ci, Saurielu. Będę... będę ćwiczył zgodnie z Twoimi wytycznymi. Wybacz, że Cię nie odprowadzę... – Rozłożył ręce w bezradnym geście nad przyniesioną dokumentacją. – Proszę ucałuj ode mnie Victorię. Mam nadzieję, że następnym razem spotkamy się we troje. – Tak na prawdę nie chciał iść, aby w ruchu nie zdradzić swojego rozchwiania. Niepotrzebnie pozostawał we Francji tak długo. Niepotrzebnie siedział pod lipą i rozdrapywał każde wspomnienie wspólnie spędzonego tam czasu z miłością, która dawno przebrzmiała, pękła niczym napięta zbytnio struna. I jeszcze wieszczenie Morpheusa. Jemu z pewnością nigdy nie dałby takich słów. Jego szczęście przeminęło, zapewne bezpowrotnie. Westchnął ciężko, pocieszając się w duchu, że może to zabrzmieć jako niechęć do biurokracji, i powrócił do wertowania papierzysk.