21.10.2022, 19:45 ✶
- Byłabym wtedy bardzo zajęta pomaganiem w kuchni. Skrzat byłby chory – oświadczyła Brenna bez mrugnięcia okiem. Czy faktycznie tak by postąpiła? Kto wie. Nie kłamała często, a przynajmniej Erik nie miał wielu okazji przyłapać jej na kłamstwie, ale nie oznaczało to, że zawsze mówiła tylko prawdę i całą prawdę…
Chociaż i tak lepiej, niż gdyby chodziło o wujka Freda. On w końcu ani trochę nie był spokojny.
- Jestem pewna, że Nora będzie kreatywna, przynajmniej jeśli chodzi o desery. Będę musiała rano częściej biegać.
W końcu skoro knajpa będzie na Pokątnej, trafienie do niej będzie znacznie łatwiejsze niż odwiedzanie Figg w dotychczasowym miejscu pracy. Brenna westchnęła do wszystkich wyobrażonych pierniczków, pączków z budyniem i torcików czekoladowych, które stanęły jej przed oczyma. Czule obiecała im, że już wkrótce się spotkają i odepchnęła od siebie tę wizję.
- To plan piętnastoletni. Za piętnaście lat możesz zmienić zdanie – powiedziała, zsuwając się z blatu. W końcu Erik był jeszcze młody. Najpierw stanowisko Szefa Brygady, a potem można myśleć o walce o stołek Ministra Magii…
Czy naprawdę myślała o czymś takim? Prawdopodobnie nie. Prawdopodobnie… Bo kto wie, może tylko udawała dobrą dziewczynkę, a skrycie planowała przejęcie władzy nad Anglią i utarcie nosa niejakiemu Tomowi Riddle’owi, który pewnie właśnie planował to samo? No cóż, Erik mógł pocieszać się tym, że jego siostra, podobnie zresztą, jak on, była wiecznie czymś zajęta, więc tak czy inaczej przynajmniej na razie nie miała mocy przerobowych na kampanie polityczne.
- Widzę, że już wszystko zaplanowałeś. Doradztwo w zakresie szukania pracy też? – spytała, uśmiechając się do niego, a potem zabrała za oczyszczanie patelni z mydlin, by wrzucić ją na suszarkę. Zamarła na moment, kiedy wspomniał o tym kompasie moralnym, jakbym głęboko rozważała jego stwierdzenie. Potem jednak pokręciła głową, tak energicznie, aż ciemne włosy zatańczyły w powietrzu.
- Nie, nie, nie. Myślę, że ja po prostu ciągle muszę być w ruchu, inaczej prawa świata zostaną zachwiane i dojdzie do wielkiego wybuchu. Ewentualnie… to wina naszych rodziców. Tak, ich możemy winić.
Brenna chyba nie była aż tak dobra jak Erik. Przynajmniej tak uważała. Najchętniej wprawdzie adoptowałaby wszystkie psidwaki ze schroniska (może to była kariera na emeryturę?) i lubiła małe dzieci, ale prawdopodobnie kompas moralny pozwalałby jej żyć, nawet gdyby sama nie organizowała wielkich akcji. Wychodziło to jednak jakoś tak… odruchowo. Siłą rozpędu. Może przez zapatrzenie na innych członków rodziny.
Pomyślała, że chyba jest jednak konformistką.
- No nic, plany poczynione, pora wracać do naszych raportów, bo same się nie ogarną…
Chociaż i tak lepiej, niż gdyby chodziło o wujka Freda. On w końcu ani trochę nie był spokojny.
- Jestem pewna, że Nora będzie kreatywna, przynajmniej jeśli chodzi o desery. Będę musiała rano częściej biegać.
W końcu skoro knajpa będzie na Pokątnej, trafienie do niej będzie znacznie łatwiejsze niż odwiedzanie Figg w dotychczasowym miejscu pracy. Brenna westchnęła do wszystkich wyobrażonych pierniczków, pączków z budyniem i torcików czekoladowych, które stanęły jej przed oczyma. Czule obiecała im, że już wkrótce się spotkają i odepchnęła od siebie tę wizję.
- To plan piętnastoletni. Za piętnaście lat możesz zmienić zdanie – powiedziała, zsuwając się z blatu. W końcu Erik był jeszcze młody. Najpierw stanowisko Szefa Brygady, a potem można myśleć o walce o stołek Ministra Magii…
Czy naprawdę myślała o czymś takim? Prawdopodobnie nie. Prawdopodobnie… Bo kto wie, może tylko udawała dobrą dziewczynkę, a skrycie planowała przejęcie władzy nad Anglią i utarcie nosa niejakiemu Tomowi Riddle’owi, który pewnie właśnie planował to samo? No cóż, Erik mógł pocieszać się tym, że jego siostra, podobnie zresztą, jak on, była wiecznie czymś zajęta, więc tak czy inaczej przynajmniej na razie nie miała mocy przerobowych na kampanie polityczne.
- Widzę, że już wszystko zaplanowałeś. Doradztwo w zakresie szukania pracy też? – spytała, uśmiechając się do niego, a potem zabrała za oczyszczanie patelni z mydlin, by wrzucić ją na suszarkę. Zamarła na moment, kiedy wspomniał o tym kompasie moralnym, jakbym głęboko rozważała jego stwierdzenie. Potem jednak pokręciła głową, tak energicznie, aż ciemne włosy zatańczyły w powietrzu.
- Nie, nie, nie. Myślę, że ja po prostu ciągle muszę być w ruchu, inaczej prawa świata zostaną zachwiane i dojdzie do wielkiego wybuchu. Ewentualnie… to wina naszych rodziców. Tak, ich możemy winić.
Brenna chyba nie była aż tak dobra jak Erik. Przynajmniej tak uważała. Najchętniej wprawdzie adoptowałaby wszystkie psidwaki ze schroniska (może to była kariera na emeryturę?) i lubiła małe dzieci, ale prawdopodobnie kompas moralny pozwalałby jej żyć, nawet gdyby sama nie organizowała wielkich akcji. Wychodziło to jednak jakoś tak… odruchowo. Siłą rozpędu. Może przez zapatrzenie na innych członków rodziny.
Pomyślała, że chyba jest jednak konformistką.
- No nic, plany poczynione, pora wracać do naszych raportów, bo same się nie ogarną…
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.