Bycie łagodnym nie oznaczało z definicji bycie mazgajem bez ikry. Wręcz przeciwnie, zmuszało do wykrzesania z siebie dodatkowych pokładów silnej woli. Maddox w jej uporczywym układaniu rzeczywistości w pozytywnych wibracjach widział sporo determinacji, takiej do której sam, w wielu sytuacjach, nie był zdolny. Nie stać go było na takie rozdrabnianie się, inaczej musiałby zacząć kwestionować samego siebie na zbyt wielu płaszczyznach. Jeśli uderzał to po to by uszkodzić, jeśli walczył to po to by wygrać. Dlatego obcowanie z postawą Faye było, jeśli nie zawsze się z nią zgadzał, było do pewnego stopnia budujące. Czasami jednak, ta jej rozległy idealizm dla wszystkich i wszystkiego dookoła potrafił być tak żenująco infantylny, że aż chciałby jej uświadomić (i to najbardziej dosadnie jak tylko mógł), że ten świat jest przegniły z każdej możliwej strony. Żeby w końcu uświadomiła sobie, że tylko wewnątrz małych, komunalnych społeczności ma rację bytu coś takiego jak empatia, miłosierdzie, czy altruizm. A potem uświadamiał sobie, że gdyby na świecie było więcej takich lykanów jak ona, a mniej takich jak on, czy jego ojciec, może żaden przeklęty nie musiałby żyć jak zaszczute zwierze.
Przymknął oczy, kiedy poczuł jak przyłożyła dłoń do jego policzka. Wbił nerwowo twarde paznokcie w materiał poszarpanego swetra, bo zbyt bardzo odwykł od ciepłego dotyku. Przynajmniej łatwiej było mu przełknąć gorycz tego, że pozwolił się jej odciągnąć od swojego pierwotnego zamiaru. Nie przepadał za zmienianiem własnych decyzji pod wpływem cudzej ingerencji. Gdyby chodziło tylko o sam fakt mordowania tych gości, nie miał sobie nic do zarzucenia. Tłumaczył sobie, że to ojciec chciał ich śmierci, on był tylko narzędziem, poza tym tak było prościej. Prosty przekaz dla pozostałych, gdyby komuś znowu przychodził do głowy pomysł, że może sobie tak łatwo pogrywać z Fenrisem.
Ale zmienił decyzję, bo ona tak chciała. Zrobił to dla niej, bo jakoś podskórnie wierzył, że była dla niego lepszym kompasem moralnym, niż Maddox mógł być dla samego siebie. - Zawsze mi wszystko psujesz perliczko... - rzucił kręcąc przy tym głową, niby rozczarowany. Jednak uśmiechnął się zaczepnie, bo gdzieś tam w głębi poczuł coś w rodzaju oczyszczenia. Zapewne jeszcze pożałuje tej decyzji w którym momencie, ale teraz miał wrażenie jakby doznał rozgrzeszenia, za grzechy których z jednej strony nie uznawał, a z drugiej ciążyły mu w jakimś stopniu. - Nooo, leć. - syknął w końcu, popędzając Fajkę.
Odczekał krótki moment, aż akcja nabierze tempa. Obserwował w ukryciu co zapijaczone mordy zrobią i czy w ogóle łykną ten jakże sprytnie przygotowany blef. Aż trudno uwierzyć, że tak łatwo wkręcić facecikom rolę rycerza, nawet jeśli z mordy przypominali najszczerszą recydywę. Kiedy zobaczył jak zaczęli się zbierać wokół Traversówny, jak zaczęli jej nadskakiwać z każdej strony, zaśmiał się bezdźwięcznie pod nosem. W końcu kilku odważnych ruszyło we wskazanym przez panienkę w opałach kierunku, więc Maddox wyszedł im naprzeciw, jednocześnie spinając się wewnątrz, by wydusić z siebie to co było w nim przeklęte.
wymuszona przemiana
Sukces!
Akcja nieudana