26.09.2024, 18:00 ✶
– Nazaretańczyk – poprawił odruchowo, bo zwykł nie poprawiać tylko swoich przełożonych. A potem utonął we własnych myślach, nawet plama na szmacie okrywającej meble nie wytrąciła go z nich.
Był bogatym, ekscentrycznym hobbystą. Lubił tę maskę tak bardzo, że niemal wrosła mu w twarz. Skrzydło dla gości było sceną, a on jej aktorem, ta skóra opadała nań w sposób naturalny. Papierowy cesarz - niegroźny, pozbawiony ambicji innej niż zaserwowanie dobrego wina, zabawny dla rozmówcy. Idealny do przemycenia myśli, która później wzrastała w domowym zaciszu jego gości. Skuteczne narzędzie. Czy miałby inne nastawienie do nierozpoznanego wciąż Baldwina gdyby rozmawiali ze sobą pierwszy raz w teatrze, po tym jak Malfoy być może zachwycił go słowem, a nie obrazem. Być może w innych okolicznościach Shafiq rozpoznałby go od razu, być może mógłby wskazać nawet któryś z jego monologów, który przypadł mu kiedyś do gustu. Być może los tej relacji wyglądałby zupełnie inaczej, gdyby poznali się w innych warunkach. Na innej scenie.
Ponieważ pogarda obecnie wyrażana w ukryciu była obopólna, głównie przez wzgląd na zajmowanie się sztuką, której gospodarz rzeczywiście nie mógł smakować, więc z oczywistych względów nie zamierzał się w nią zagłębiać, woląc to co można poczuć, usłyszeć, przeczytać. Teraz jednak słodki uśmiech blondynka, jego ujmująca pewność siebie i całkiem - to musiał przyznać - przyjemny dla ucha głos obudziły w nim rozbawienie. Zupełnie jakby oczekiwał od trefnisia kolejnego żartu, aż zabrakło tronu za jego plecami, zabrakło przedniego wina. Dostał paletę, którą normalnie by zignorował, machnął na nią ręką i skoro tylko rozpoznał wszystkie kolory, które mógł widzieć, zaakceptowałby polegając na smaku rzemieślnika.
Ale nie.
Podobało mu się, że widzi każdy z kolorów. Spodobała mu się nieoczekiwana myśl, że zmusiłby swoich gości do widzenia świata jego oczami.
– Ten niebieski mógłby być bardziej wysycony. I chciałbym... Chciałbym też szary. Chciałbym plamę kermesowego różu o tu, a obok szarość, która ma się znaleźć w palecie, skoro Westa ma być wypalonym ogniskiem w swej istocie – czy nie była to słodka metafora? W końcu nie miał rodziny, nie miał żony, nie miał dzieci. Westa nie miała kim się opiekować w tym domu, bo nie mógł cieszyć oczu jej płomieniem. Całe odświeżanie skrzydła gościnnego stało się o wiele bardziej intrygującym zajęciem. – I ta zieleń jest zbyt żółta dla mnie. Te dwa kolory tu, są identyczne. Zastanawiam się też nad mapą nieba w łaźni. Czy lepiej otworzyć sufit aby oddawał pogodę i nieboskłon zewnętrza? – dopytywał nie szczędząc mimice życzliwości, a głosowi słodyczy i oczywiście całej tony upierdliwości osoby, która nie mogła się po prostu zgodzić i rozstać w zgodzie każdy do swoich zajęć.
Był bogatym, ekscentrycznym hobbystą. Lubił tę maskę tak bardzo, że niemal wrosła mu w twarz. Skrzydło dla gości było sceną, a on jej aktorem, ta skóra opadała nań w sposób naturalny. Papierowy cesarz - niegroźny, pozbawiony ambicji innej niż zaserwowanie dobrego wina, zabawny dla rozmówcy. Idealny do przemycenia myśli, która później wzrastała w domowym zaciszu jego gości. Skuteczne narzędzie. Czy miałby inne nastawienie do nierozpoznanego wciąż Baldwina gdyby rozmawiali ze sobą pierwszy raz w teatrze, po tym jak Malfoy być może zachwycił go słowem, a nie obrazem. Być może w innych okolicznościach Shafiq rozpoznałby go od razu, być może mógłby wskazać nawet któryś z jego monologów, który przypadł mu kiedyś do gustu. Być może los tej relacji wyglądałby zupełnie inaczej, gdyby poznali się w innych warunkach. Na innej scenie.
Ponieważ pogarda obecnie wyrażana w ukryciu była obopólna, głównie przez wzgląd na zajmowanie się sztuką, której gospodarz rzeczywiście nie mógł smakować, więc z oczywistych względów nie zamierzał się w nią zagłębiać, woląc to co można poczuć, usłyszeć, przeczytać. Teraz jednak słodki uśmiech blondynka, jego ujmująca pewność siebie i całkiem - to musiał przyznać - przyjemny dla ucha głos obudziły w nim rozbawienie. Zupełnie jakby oczekiwał od trefnisia kolejnego żartu, aż zabrakło tronu za jego plecami, zabrakło przedniego wina. Dostał paletę, którą normalnie by zignorował, machnął na nią ręką i skoro tylko rozpoznał wszystkie kolory, które mógł widzieć, zaakceptowałby polegając na smaku rzemieślnika.
Ale nie.
Podobało mu się, że widzi każdy z kolorów. Spodobała mu się nieoczekiwana myśl, że zmusiłby swoich gości do widzenia świata jego oczami.
– Ten niebieski mógłby być bardziej wysycony. I chciałbym... Chciałbym też szary. Chciałbym plamę kermesowego różu o tu, a obok szarość, która ma się znaleźć w palecie, skoro Westa ma być wypalonym ogniskiem w swej istocie – czy nie była to słodka metafora? W końcu nie miał rodziny, nie miał żony, nie miał dzieci. Westa nie miała kim się opiekować w tym domu, bo nie mógł cieszyć oczu jej płomieniem. Całe odświeżanie skrzydła gościnnego stało się o wiele bardziej intrygującym zajęciem. – I ta zieleń jest zbyt żółta dla mnie. Te dwa kolory tu, są identyczne. Zastanawiam się też nad mapą nieba w łaźni. Czy lepiej otworzyć sufit aby oddawał pogodę i nieboskłon zewnętrza? – dopytywał nie szczędząc mimice życzliwości, a głosowi słodyczy i oczywiście całej tony upierdliwości osoby, która nie mogła się po prostu zgodzić i rozstać w zgodzie każdy do swoich zajęć.