Sauriel Roodkoód bawił Morpheusa, uznał w trzeciej osobie, sam do siebie wieszcz, zmęczony spotykaniem czasu o nieodpowiedniej porze. Nie zauważył, że był środek nocy, w Little Hangleton zawsze było jakoś tak szaro i buro. Rookwood wydawał mu się tak bardzo nieszczery w swojej pozie. Pozer. Brakowało mu to tylko skórzanej kurtki nabijanej ćwiekami, która pachniała przywilejem. Brzydki język i poza buntownika, jak pacynka, którą przystrojono w kryształki zbuntowanego chłopca, ale głowa nadal ruszała się pod dyktando rodziny, pieniądze na buntownicze hobby płynęły z rodzinnej skrytki. Aż go dziwiło, że Lestrange zaakceptowali takiego kandadyta dla swojej córki. Schwocony koń z rodowodem.
Być młodym i myśleć, że ma się jakiekolwiek znaczenie, jak przyjemnie było żyć w takich czasach, gdy obyczaj się rozluźniał. Nie przypominał sobie, żeby był z Rookwoodem na ty, ale mógł uznawać, że to jest takie oburzające, że aż rozkoszne. Zawerdykował, że pewnie Victoria zdecydowała się na ładną buzię i wielkość przyrodzenia, bo znał ją od dziecka, jeszcze jak na chleb mówiła pep i należała do kulturalnych kobiet. Spodziewał się, że przytemperuje jego charakterek, żeby nie przynosił jej wstydu. Wtedy, w toku swojego myślenia, zrozumiał, skąd takie zachowanie Sauriela. Też by się tak zachowywał, gdyby miał to trzydzieści lat i był impotentem. Współczuł mu jeszcze bardziej.
Morpheus ukrył dłonią wybuch śmiechu, widoczny i słyszalny jednak wyraźnie. Rozbawienie nie było skierowane ku muzycznie utalentowanemu młodzieńcowi, a w stronę Anthony'ego. Jednak, zamiast cokolwiek powiedzieć, jego oczy rozmyły się, a na ścianie zatańczyły ślicznego walca. Wyglądał jak marionetka, której ktoś zerwał sznurki. Zatrzymał się w połowie kroku, w połowie ruchu, zamrożony. Twarz opadła ze wszelkiej mimiki, pusty, szklany wraz twarzy.
Zdawało mu się, że melodia nadal grała, wdzięczne dźwięki kłaniały się skostniałej przestrzeni swoją nowatorską wersją, oddając hołd dawnemu mistrzowi i jednocześnie całkowicie ignorując zwyczaj. Gitara jest jak tkanka miłości spleciona z dźwięków i ciszy, gdzie każda struna to opowieść o tęsknocie i spełnieniu. Jej drganie, niczym szept wiatru, przenika duszę, oplatając serca niewidzialną nicią melodii. W jej korpusie kryją się niewyśpiewane wiersze, a każdy dotyk na gryfie budzi uśpione emocje, jakby uczucia były zapisane na skali, gotowe rozbrzmieć w chwili odkrycia. Gitara, choć materialna, jest echem nieskończoności, symbol kochania, które nie potrzebuje słów, by płonąć w ciszy.
Gitara (szczęście w miłości)
Gitara.
Jej melodyjne brzmienie potrafi wyrazić to, co trudno ubrać w słowa, stając się instrumentem wyznania uczuć. W romantycznych chwilach, gdy struny wibrują pod palcami grającego, a melodie wypełniają przestrzeń, gitara staje się nie tylko narzędziem, ale i mostem łączącym serca zakochanych. Wiele piosenek miłosnych, stworzonych z jej pomocą, na zawsze wpisuje się w pamięć, tworząc niezatarte wspomnienia, które towarzyszą nam przez całe życie. W ten sposób gitara staje się nie tylko instrumentem, ale również symbolem głębokiej miłości i intymności.
Miał ochotę parsknąć, ta wróżba była tak okropnie dosłowna, mało subtelna, losie, losie, tak często był przewrotny i pełen metafor, a czasami O Wenus, która władasz pasją i rozdajesz miłość, najurodziwsza Wenus, która wiedziesz wszelkie tęsknoty mężczyzn i kobiet i poruszasz ludzkie trzewia. O, Pani, ukoronowana wieńcem miłości, zabiegam o Twą moc, aby dręczyć ludzi, których pragnę i sprawić by padli mi do stóp.
— Najjaśniejsza pani Wenus, która spoczywasz w męstwie i potędze miłości, która dręczysz ludzkie ciało od środka. — Dokończył nieświadomie na głos, nadal nieco nieobecny, zapominając o kulminacyjnym fragmencie, bo to nie jemu miłość miała być posłuszna. Ostre spojrzenie przestało takie być, zresztą cały on zdawał się być tu i tam, gdzieś indziej, nawet materialnie. Sprawiał niemal wrażenie półprzejrzystego na brzegach. Mrugnął i to zniknęło, a jego głos, wcześniej głuchy, jakby pełen echa wyjętego z Limbo, wrócił do normy, przyjemnego barytonu, nieco wyższego, niż głos, jaki można mu było przypisać, leżący w komfortowej średniej, ni to niski, ni to wysoki. — W twojej przyszłości widzę pieśń miłości, szarpaną strunami twego instrumentu, panie Rookwood. Szczęśliwej miłości. — I uśmiechnął się od niego, szczerze, tak prosto i promiennie, wyobrażając sobie, jak ślicznie będą razem z Victorią wyglądać na ślubnym kobiercu. Może wreszcie dziewczyna rzuci pracę aurora i skupi się na swoim ziołolecznictwie... Zresztą, to brzmiało jak idealny plan.
Piękna, młoda, zdolna na wielu płaszczyznach, przemieniona w wampira, wieczna strażniczka sekretów rodziny Lestrange. Przecież Sauriel nie będzie wymieniał żony co dwadzieścia lat, strasznie byłoby to uciążliwe, a jeśli miłość rzeczywiście wisiała w powietrzu, niemal pewne było to, że uczyni ją jedną z istot nocy, by obdarować ją mrokiem. On by tak zrobił, aby zachować życie ukochanej osoby, nawet w tak groteskowej formie. Przebłysk żalu zalśnił w nim. Cóż, on nie miał takiej osoby. Może przemieniłby Antoniusza, ale on wolał łuskowate stworzenia, a nie lodowatych krwiopijców.