- Nie zawsze, wcale nie zawsze. - Tylko czasami i to kiedy chciała go trochę zirytować, wiele razy robiła to specjalnie, bo tak uroczo wyglądał gdy się złościł. Stop. Nie powinna myśleć, że jest uroczy, nigdy, przecież to już było za nimi, chociaż może nie do końca, może nie aż tak jak się jej wydawało. Była pijana, tak, to na pewno wina alkoholu, wtedy wszyscy wydawali się być dużo bardziej atrakcyjni.
Zauważył jej zmianę związaną z podejściem do przewidywania przyszłości. Cóż, była bardzo wyraźna. Wiele razy powtarzała, że to tylko i wyłącznie farmazony, które nie mają żadnego sensu. Yaxleyówna skupiała się na tym, co działo się tu i teraz, na czynach, zazwyczaj mówiła, że ma swój los we własnych rękach, że tylko ona jest odpowiedzialna za to, co się wydarzy. Mogło się wydawać więc to dość niepokojące, przynajmniej dla tych, którzy znali jej dotychczasowe podejście. Nigdy nie brała na poważnie sugerowanych wydarzeń, nigdy się tym nie przejmowała, coś się jednak zmieniło. Ona tak łatwo nie zmieniała podejścia, warto więc było się zastanowić nad tym, co takiego mogło się stać, że patrzyła na to inaczej.
Cóż, spotkała się już z różnymi reakcjami. Niektórzy kojarzyli jej brata bliźniaka, inni jak jej ojciec twierdzili, że nigdy go nie miała. Ambroise najwyraźniej należał do tej drugiej grupy. Oby nie sugerował jej szaleństwa, tylko nie on. Odetchnęła ciężko, bo wiedziała, że czeka ją spora przeprawa. Nie najlepiej wychodziło jej ubieranie myśli w słowa, wypity alkohol jeszcze bardziej to utrudniał, chociaż dzięki niemu w ogóle zdecydowała się mu o tym wszystkim opowiedzieć. Gdyby nie to, pewnie nie podzieliłaby się z mężczyzną tymi opowieściami. Jutro na pewno będzie żałowała, że to zrobiła, ale to był problem Geraldine z przyszłości, nie tej teraz.
- Ja też nie wiem co się dzieje. - Nie miała pojęcia, o co chodziło w tej sprawie. Dlaczego niektórzy kojarzyli jej bliźniaka, inni nie, dlaczego potrafiła znaleźć odpowiedzi. Sprawa była dosyć świeża, ostatnio zauważyła, że coś jest nie tak i okropnie irytowało ją, że nie mogła jej rozwiązać.
- i nie przejmuj się, przecież to tylko ja, nie wyjdziesz na ignoranta. - Siedział tu przecież, drążył temat, próbował pociągnąć ją za język, żeby sprawdzić, co się dzieje. Nie był ignorantem, nie tym razem.
Byli siebie warci. Ger jak i on miała tendencje do nieodpowiedniego wybierania słów, argumentów. Potrafiła zrazić do siebie wszystkich, szczególnie tych, na których jej najbardziej zależało przez to nieumiejętne pokazywanie uczuć. Pewnie byłoby im prościej, gdyby chociaż jedno z nich potrafiło nazywać rzeczy po imieniu, ale nikt nie mówił, że będzie prosto, prawda?
- Z tego co rozumiem, należysz do tej grupy osób, która nie słyszała o Thoranie? - Wywnioskowała to z jego zachowania, ton jej głosu sugerował, jakby nie było w tym wcale nic dziwnego. Najwyraźniej nie był pierwszy, już spotkała się z podobnymi reakcjami. To nie było nic nowego. - Nie jesteś jedyny, Roise, i to jest właśnie w tym najdziwniejsze, niektórzy go kojarzą, a inni nie. - Mówiła powoli, starała się, aby zrozumiał jak najwięcej z tego, co mówiła, chociaż zaczęła pewnie od nieodpowiedniej strony. Zbyt dużo tego było, nie do końca wiedziała, w jaki sposób mu wszystko wyjaśnić, żeby nabrało to sensu, ale chciała, aby to zrozumiał.
- Thoran ostatnio zachowywał się dziwnie, trochę go ponosiło, oddalił się od całej rodziny, tylko dla mnie był miły, bo byłam jego ukochaną siostrzyczką, mówił, że jestem dla niego najważniejsza. - Nie brzmiało to szczególnie dobrze, zważając na to, że właśnie kwestionowali jego istnienie. - Ale nie mogę mu ufać, jestem tego pewna, nie po tym, co ostatnio się wydarzyło. - Przypomniała sobie zdjęcia z wycieczki do Egiptu, które znajdowały się w ich rodzinnym domu. Nie było na nich Thorana, był tylko Astaroth, wykręcał się, że podczas tej podróży z Longbottomami zachorował, tyle, że ona nie potrafiła sobie tego przypomnieć, na pewno by pamiętała o takiej sytuacji.
- On wie, że zaczęłam wątpić, wie, że zauważyłam, że coś się nie zgadza. - Póki co jednak nie wiedziała dokładnie co. To, co się ostatnio działo w jej życiu świadczyło o tym, że był jakiś problem, że mógł nie być tym za kogo się podawał. Z początku nie chciała w to wierzyć, im bardziej jednak interesowała się sprawą, tym była pewniejsza, że to nie jest prawdziwe, coś było nie tak.
- Thoran jest prawdziwy, widziałam się z nim ostatnio kilka razy, nie sama, Astaroth też go widział, ale oni się nie lubią, bardzo. Był o mnie strasznie zazdrosny, mam wrażenie, że teraz nie podoba mu się to, że mieszkamy razem. Mam tylko wrażenie, że to nie jest mój prawdziwy brat, że jakoś nas omamił, przynajmniej niektórych. - Bardzo chciała zrozumieć na jakiej zasadzie to działało, ale nie spotkała się jeszcze z tak silną magią. Kto bowiem mógł mieszać w głowach, aż tylu osób? Miała nadzieję, że Greengrass nie wyśmieje jej przez tę teorię, był pierwszą osobą z którą się nią dzieliła.
Miała świadomość, że Ambroise widywał ją w różnych stanach. Tych lepszych i tych gorszych, nigdy jednak nie traktował jej jak wariatki, teraz trochę tak brzmiała. Przerażało jej to, że mówiła akurat mu o tym wszystkim, nie powinien tego wiedzieć, nie powinien się przejmować jej stanem. Odszedł od niej, nie chciał mieć z nią nic wspólnego, to nie mógł być jego problem. Nigdy nie zrozumiała dlaczego wtedy zostawił jej list i zniknął. Zaakceptowała ten wybór, chociaz nie potrafiła się z nim pogodzić. Wydawało jej się, że zmierzali w dobrym kierunku, najwyraźniej jednak to nie było to, czego chciał. Najwyraźniej nie była dla niego wystarczająca, musiała się z tym pogodzić, chociaż nie było to takie proste. Nie znosiła odnosić porażek, myślała, że wreszcie znalazła kogoś, do kogo będzie mogła wracać, kto będzie na nią czekał, on chyba jednak pragnął czegoś innego. Nie mogła mieć mu tego za złe, zdawała sobie sprawę, że jest trudna w obyciu, trochę jak dzikie zwierzę, którego nie dało się oswoić.
- Poprosiłam Caina, aby go zahipnotyzował, zrobił to, tyle, że nic nie poszło po naszej myśli. Dostał jakiegoś dziwnego ataku, stracił przytomność, Thoran siedział obok jakby nigdy nic, nie działała na niego hipnoza. Cain gdy się wybudził był strasznie zdenerwowany, powiedział, że to nie jest już mój brat, że ma czarną aurę i że powinnam go zabić. - Odetchnęła ciężko, cała ta rozmowa zmierzała właśnie do tego, że miała zniszczyć swojego brata. Miała nadzieję, że nic nie pomieszała, ale nadal nie do końca umiała się skupić.
- To nie jest takie pewne, Roise, naprawdę, wiesz, że nie mam w zwyczaju panikować, kurwa, nigdy. - Próbowała mu udowodnić, że tym razem faktycznie jest źle. Nieco uniosła swój głos, jakby to miało pomóc jej do niego dotrzeć. Nie podobało jej się to, co mówił. Nie chciała, żeby się w to mieszał, nie chciała, żeby i on ryzykował. - Nie możesz, nie możesz tego zrobić, nie możesz się w to mieszać. Musisz mi to obiecać. - Najwyraźniej faktycznie się przestraszyła tego, że mógłby się w to zaangażować. Nie chciała, żeby stała mu się krzywda, z racji na to, co ich łączyło, co mogli razem mieć, nadal miała do niego sentyment, nie zniosłaby świadomości, że również przez nią coś mogło mu się stać. Nie słyszała u niego nigdy jeszcze takiej determinacji w głosie, co tylko jeszcze bardziej ją przerażało, bo brzmiał bardzo poważnie.
- W ogóle miałbyś mój portret? - Nie wiedzieć czemu, to wydało jej się być najciekawszą częścią tej wypowiedzi. Nie sądziła, że chciałby na nią patrzeć, kiedy już zniknie z tego świata. - Nigdy nie byłam specjalnie kreatywna. - Wzruszyła jedynie ramionami, może faktycznie powinna zacząć, jeśli tego od niej oczekiwał?
- i polowałabym na młodych chłopców, żeby sprowadzać ich na złą drogę, może faktycznie taka przyszłość nie jest najgorsza z możliwych. Rozważę zostanie rodzynką. - Gdy tak o tym mówił, to nie wydawało się być, aż takie straszne.
- Nie chodzi o upojenie, jestem słaba, nie powinnam być słaba. - Próbowała wyjaśnić, o co konkretnie jej chodzi. Ostatnio dźwigała na barkach naprawdę wiele, opiekowała się wszystkimi, tylko nie była w stanie zająć się samą sobą, to był ten moment, w którym pękła i wolałaby, aby nikt tego nie widział, na co zresztą i tak było już zbyt późno, bo Ambroise został świadkiem jej upadku.
- To zależy, muszę go pilnować, żeby nikogo nie skrzywdził, nie mogę pozwolić, żeby się w tym wszystkim zatracił. - Nadal nie wspomniała o konkretach, nadal nie podzieliła się najważniejszą informacją, może sądziła, że to oczywiste.
- On nie śpi wiesz, na pewno nas usłyszy, chociaż jest wieczór, wieczorami może wychodzić z domu. - Liczyła na to, że faktycznie brat postanowił akurat gdzieś wyjść, tak byłoby bezpieczniej. - Dobrze, możemy iść. - Zgodziła się, bo wiedziała, że nie jest z nią najlepiej i faktycznie bezpieczniej byłoby się znaleźć w domu.