19.09.2024, 00:53 ✶
Z jednej strony chciałby, żeby to było takie proste. Z drugiej strony chciał również, żeby było inne, mniej prawdziwe. Wahał się między dwoma opcjami, bo żadna nie dawała mu tego czego potrzebował. Spokoju ducha.
Niezmienność pewnych rzeczy przypominała mu o tym, co było kiedyś. W tym także o straconych dobrych rzeczach. Tej tęsknocie i pewnym żalu, o którym powiedziała chwilę wcześniej a które to słowa pozostawił nieskomentowane. Odpowiedź byłaby skomplikowana. Nie zadowoliłaby żadnego z nich tak do końca. W jego oczach narobiłaby więcej szkody niż pożytku, bo on był boleśnie trzeźwy. Ale czy gdyby okazało się, że wszystko się zmieniło i nie mówili już tym samym językiem, to byłoby łatwiej? Nie. Tu tkwił problem, bo wtedy bolałoby to równie mocno, co niewypowiedziane słowa i powracające skrawki przeszłości. Tu chyba nie było dobrego wyjścia.
Stąd też należało, żeby zajął się sytuacją i znowu zniknął w swoim własnym świecie, który tak skrzętnie budował. Musiał upewnić się, co do przywrócenia Geraldine spokoju i mógł poczuć coś na kształt spełnienia. Tak mu się wydawało zanim nie zaczął wnikać w okoliczności, jakie wprawiły ją w stan upojenia alkoholowego.
- Czarna może być kawa - czuł potrzebę, żeby to powiedzieć. - Wybacz dosadność, Rina, nawet te twoje kawowe popłuczyny nie są czarne. Co dopiero twoja przyszłość. Natomiast jedno wyjaśnia drugie. Nie znając definicji czerni, trudno odróżnić od niej średnio ciemny brąz - skwitował.
Ktoś mógłby powiedzieć, że Greengrass serwował poetyckie porównania jak muffinki do wspomnianej kawy. W rzeczywistości pijał zabójczo mocną kawę i wcale nie wykraczał poza to, co już kiedyś mówił. Nie odkrywał czegoś nowego. Raczej solidnie trzymał się przyjętej opinii. Może nie był aurowidzem, ale twierdził, że od niektórych ludzi bije coś na kształt kolorowej aury. Na myśl o takich osobach można było bez problemu wybrać dla nich wspólny kolor.
Kiedy patrzył na większość łowców i poszukiwaczy przygód, wyobrażał sobie ciemny, niemal czarny brąz z personalnymi domieszkami innych kolorów. Śmierć podążała za tymi ludźmi. Krok w krok, ale głównie przez to, że oni ją zadawali. Sami też ryzykowali życiem, ale w jego oczach chodziło głównie o zadawanie śmierci. Stąd twierdził, że większość ludzi podających się za prawdziwych aurowidzów robiła niewłaściwe, pochopne interpretacje.
Pewnie wypowiedziałby się bardziej rozlegle na ten temat, gdyby nie zmieszanie, w jakie wprawiła go Geraldine. Jeśli wcześniej zbiła go z tropu, teraz wywołała jeszcze większą konsternację. Na dłuższą chwilę nie zapanował nad zdziwionym, zmieszanym wyrazem twarzy. Oczywiście, zaraz się zreflektował, ale nie wątpił, że raczej widziała jego zakłopotanie.
- Brata bliźniaka? - Spytał ostrożnie, gotów na to, że mogła zareagować w bardzo różny sposób.
Nie wiedział czego ma się spodziewać, ale równie dobrze mógł popłynąć z prądem, skoro okazał zdezorientowanie. Był również w stanie przyjąć ewentualną irytację, bo po raz pierwszy słyszał, żeby miała brata bliźniaka. Zdarzało mu się leczyć członków jej rodziny na długo przed tym jak zaczęli nawiązywać jakiekolwiek relacje. Nigdy wcześniej nie słyszał o kimś takim. Od niej zresztą również a przynajmniej sobie tego nie przypominał. Znali się od wielu stron. Mało kto tak dokładnie znał większość cech Greengrassa oraz znaczną część informacji o nim. Niemalże wszystko. Swego czasu dosyć mocno się przed nią odsłonił, co później doprowadziło do tego dziwnego dyskomfortu i poczucia wyrzutów sumienia, że wciąż miał poważne sekrety. Po mimo tego tym bardziej uważał, że znał o niej dużo głębsze informacje niż to o bracie bliźniaku, więc po prostu mu to nie grało.
- To metafora? - Skapitulował. Pewnie podniósłby obie ręce, gdyby nie trzymał jej dłoni, ale wolał dalej utrzymać dotyk. - Ten ktoś... ...to coś... ...jest ci na tyle bliskie... ...podobne?... ...jakbyście byli bliźniętami? Wiesz o tym coś więcej? Mam wrażenie, że nie dajesz mi całego obrazu albo to ja go nie rozumiem - nie oskarżał jej o zatajanie faktów.
Była roztrzęsiona i zagubiona. Na dodatek pijana. Wiedział to. Ba! Gdyby zapomniał, widział to za każdym razem, kiedy nawiązywali kontakt wzrokowy a on ściskał jej palce. Starał się. Wbrew sobie i temu, że zazwyczaj nie był mistrzem powolnej dyskrecji. Chciał wszystkiego tu i teraz. Szybko i mocno. Nie ma, że nie ma. W tym wypadku próbował postępować inaczej.
- Wiem, że to nie najlepsze. Grunt wali ci się pod nogami. Kurewsko zły moment, ale - nie, sam się zastopował. Oczekiwanie informacji od pijanej kobiety nie było zbyt światłe. - Nieistotne. Pierdolę trzy po trzy - wzruszył ramionami.
To było łatwiejsze niż przyznanie, że nie łapał połowy z tego, co mu mówiła. Nie potrafił postawić się na jej miejscu, więc wszelkie metafory niemal do niego nie docierały. Czuł, że staje się skołowany a to nigdy nie poprawiało mu humoru. Nie cierpiał być bezradny. Szczególnie wobec ludzi, wobec których nie powinien. Nie chciał odczuwać powolnej irytacji a tak się działo. Nie wobec Geraldine a wobec okoliczności. Ewidentnie nie nadążał za jej tempem życia. Czuł, że nic nie wie. Coś się działo. Było mocno nie tak a on to ominął. Nie zdawał sobie sprawy na własne życzenie a teraz czuł się jak ktoś, kogo nagle wypchnięto w środek wydarzeń. Sam sobie kazał brać w nich udział, ale tego już nie zauważył.
- Masz dwóch braci - podsumował bardziej sobie niż jej.
Ten grunt był w miarę pewny. Dalej robiło się grząsko.
- Który może nie być twoim bratem? - Uważał, że to pytanie musiało paść.
Nieważne jak dosadnie, ale potrzebował czuć, że nadąża. Miał wrażenie, że zaczął gubić się jak na mrocznych i podejrzanych ścieżkach podziemnego świata. To bardzo, ale to bardzo mu się nie podobało. Tym bardziej w oprawie tych słów o zapomnieniu. Nie dało się tak łatwo zapomnieć. Nawet Obliviate bywało zawodne. Nie zawsze wychodziło idealnie. Czasami pozostawiało odczuwalne dziury. Żadne eliksiry także nie działały na najsilniejszą wolę wspomnień, które z czasem nawracały. Bywały siły, których nie dało się tak łatwo odtrącić i zamazać. Coś wiedział na ten temat.
- Geraldine Yaxley, prawisz dyrdymały - skwitował bez zawahania - albo pierdolisz głupoty. Jak wolisz. Uwierz mi, że dokonanie tego nie jest tak kurewsko proste jak ktokolwiek... ...no... ...też pierdoli - zasób słownictwa znacznie mu się ograniczył, gdy pomyślał o tym, co mówiła.
Nie. Zapomnienie nie było tak łatwe. Niepamięć nie była pogrzebowym całunem, pod którym dało się ukryć niewygodne, czasem krzywdzące, zazwyczaj piekące, niekiedy słodko-kwaśne wspomnienia.
- Ja zawsze mam rację - zapewnił, choć tym razem nie był tak święcie, bezczelnie o tym przekonany.
Zazwyczaj bycie bubkiem (czego oczywiście nie zauważał) przychodziło mu z większą naturalnością. Bez zastanowienia. Nie miewał zbyt wielu zastrzeżeń co do swojej nieomylności. Był w stanie upierać się przy najgłupszych twierdzeniach, bo były jego. Te same w cudzych ustach mogłyby zabrzmieć jak egoistyczna pomyłka, ale nie w jego własnych. Obiektywizm wssałby z mlekiem matki, gdyby nie karmiła go mamka. Tymczasem dostał bezbłędność opinii a w rzeczywistości bardzo rozdmuchane pokłady wiary w siebie, które mogłyby też zasilić jego widmowego bliźniaka, gdyby takiego miał. Ale nie. Taki dostał się Geraldine?
- A czemu miałbym nie? - Odbił pytanie, próbując wyślizgnąć się jak wąż.
Jasne. Mógłby zacząć tłumaczyć swój tok rozumowania. Jego logika bywała pokrętna, ale miała swoje mocne strony. Prócz tego już dawno temu zorientował się, że Geraldine była tak pijana, że pewnie mógłby ją zagadać. Powiedziałby kilka przesadnie złożonych zdań i uznałby temat za niebyły, bo tak naprawdę nie umiał pocieszać ludzi. Nawet tych bliskich, do których się zaliczała, choć ich dawne relacje zdążyły pokryć pajęczyny i kurz. Nie czuł się mocny w pokrzepiających słowach. Nie chciał powiedzieć nic, co potem zaogniłoby sytuację.
- Zapomnij o byciu pokonaną - stwierdził może trochę za twardo, więc spróbował rozluźnić wcześniejszą wypowiedź. - Będziesz rodzynką - wzruszył ramionami zamiast dodawać, że on nie miał na to wpływu. - Kto wie, może z biegiem czasu przekonasz się do tych wymyślnych kolorowych cieni do powiek. Zaczniesz gustować z brązach i fioletach, bo będzie ci brakowało siniaków z młodzieńczych wypraw. Domalujesz to na powiekach. Będziesz rodzynką. Szczególnie tam. To nieuniknione.
Miała być damską wersją rodzynka a więc rodzynką. Tak po prostu. Tak było. Tak miało być, bo taka była kolej rzeczy. Życie do późnych lat miało swoje plusy i minusy a także takie drobne neutralności. Ponieważ nie uważał, że to było coś złego. Ot normalna kolej rzeczy w przypadku każdego, kto dożywał sędziwego wieku, w którym wyobrażał sobie, że kiedyś będzie Geraldine.
Jasne. To była piękna wizja, o której teraz mówił. Głównie po to, żeby odwrócić jej uwagę od przedwczesnego umierania i skupić ją wokół śmierci z późnej starości. Wiedział, że nie dało się całkiem odsunąć tematu, więc zmieniał zakres, w którym teoretyzowali. Na ten moment to działało. Nawet jeśli tylko przez chwilę. Gdzieś tam z tyłu głowy obawiał się, że nie była na tyle pijana (lub wręcz przeciwnie: była nazbyt pijana i mogła zacząć być pamiętliwa), żeby w którymś momencie wytoczyć przeciwko niemu działa.
Ponieważ, choć widział ją jako zadziorną starszą panią trzymającą w szachu wszystkich członków rodziny to nie mógł nie pamiętać powracającego motywu przewodniego w wielu kłótniach w przeszłości. Stylu życia, który Geraldine wybrała. Atakowania trudnych do pokonania potworów. Adrenaliny i prędkości, z jaką wyprawiała się na kolejne ryzykowne polowania. Podejścia, które pakowało ją w objęcia śmierci. Był zły o świadome skakanie magicznym stworzeniom do gardła. Próbując dotrzeć się z nią, nie potrafił zrozumieć tej jednej ambicji. A może lepiej: nie chciał zrozumieć. Ani nie chciał martwić się czy któregoś razu po raz ostatni nie zobaczy jej z rozszarpaną klatką piersiową. Niemalże martwej. Potem pochowanej, rozsypanej lub cokolwiek, czego pragnęła jako pogrzebu.
Ewidentnie właśnie dowiadywał się czegoś nowego odnośnie życzeń Geraldine, jednakowoż nie chciał być w sytuacji, w której by je spełnił. Mógłby zagaić, czemu ocean a nie głusza. To pasowałoby do pogrzebnego klimatu rozmowy, ale nie chciał posunąć się nazbyt daleko.
- Co powiesz na to, Rodzynko, żebyśmy poszli do domu? Powolutku, pocichutku? - Spytał konspiracyjnie, jakby oferował tajny plan i porozumiewawczo ścisnął jej dłoń.
W rękawie miał jeszcze propozycję kupna alkoholu po drodze, z której by jakoś wybrnął pomiędzy jednym a drugim sklepem po drodze. Natomiast zostawiał to na ostateczne zagranie.
Niezmienność pewnych rzeczy przypominała mu o tym, co było kiedyś. W tym także o straconych dobrych rzeczach. Tej tęsknocie i pewnym żalu, o którym powiedziała chwilę wcześniej a które to słowa pozostawił nieskomentowane. Odpowiedź byłaby skomplikowana. Nie zadowoliłaby żadnego z nich tak do końca. W jego oczach narobiłaby więcej szkody niż pożytku, bo on był boleśnie trzeźwy. Ale czy gdyby okazało się, że wszystko się zmieniło i nie mówili już tym samym językiem, to byłoby łatwiej? Nie. Tu tkwił problem, bo wtedy bolałoby to równie mocno, co niewypowiedziane słowa i powracające skrawki przeszłości. Tu chyba nie było dobrego wyjścia.
Stąd też należało, żeby zajął się sytuacją i znowu zniknął w swoim własnym świecie, który tak skrzętnie budował. Musiał upewnić się, co do przywrócenia Geraldine spokoju i mógł poczuć coś na kształt spełnienia. Tak mu się wydawało zanim nie zaczął wnikać w okoliczności, jakie wprawiły ją w stan upojenia alkoholowego.
- Czarna może być kawa - czuł potrzebę, żeby to powiedzieć. - Wybacz dosadność, Rina, nawet te twoje kawowe popłuczyny nie są czarne. Co dopiero twoja przyszłość. Natomiast jedno wyjaśnia drugie. Nie znając definicji czerni, trudno odróżnić od niej średnio ciemny brąz - skwitował.
Ktoś mógłby powiedzieć, że Greengrass serwował poetyckie porównania jak muffinki do wspomnianej kawy. W rzeczywistości pijał zabójczo mocną kawę i wcale nie wykraczał poza to, co już kiedyś mówił. Nie odkrywał czegoś nowego. Raczej solidnie trzymał się przyjętej opinii. Może nie był aurowidzem, ale twierdził, że od niektórych ludzi bije coś na kształt kolorowej aury. Na myśl o takich osobach można było bez problemu wybrać dla nich wspólny kolor.
Kiedy patrzył na większość łowców i poszukiwaczy przygód, wyobrażał sobie ciemny, niemal czarny brąz z personalnymi domieszkami innych kolorów. Śmierć podążała za tymi ludźmi. Krok w krok, ale głównie przez to, że oni ją zadawali. Sami też ryzykowali życiem, ale w jego oczach chodziło głównie o zadawanie śmierci. Stąd twierdził, że większość ludzi podających się za prawdziwych aurowidzów robiła niewłaściwe, pochopne interpretacje.
Pewnie wypowiedziałby się bardziej rozlegle na ten temat, gdyby nie zmieszanie, w jakie wprawiła go Geraldine. Jeśli wcześniej zbiła go z tropu, teraz wywołała jeszcze większą konsternację. Na dłuższą chwilę nie zapanował nad zdziwionym, zmieszanym wyrazem twarzy. Oczywiście, zaraz się zreflektował, ale nie wątpił, że raczej widziała jego zakłopotanie.
- Brata bliźniaka? - Spytał ostrożnie, gotów na to, że mogła zareagować w bardzo różny sposób.
Nie wiedział czego ma się spodziewać, ale równie dobrze mógł popłynąć z prądem, skoro okazał zdezorientowanie. Był również w stanie przyjąć ewentualną irytację, bo po raz pierwszy słyszał, żeby miała brata bliźniaka. Zdarzało mu się leczyć członków jej rodziny na długo przed tym jak zaczęli nawiązywać jakiekolwiek relacje. Nigdy wcześniej nie słyszał o kimś takim. Od niej zresztą również a przynajmniej sobie tego nie przypominał. Znali się od wielu stron. Mało kto tak dokładnie znał większość cech Greengrassa oraz znaczną część informacji o nim. Niemalże wszystko. Swego czasu dosyć mocno się przed nią odsłonił, co później doprowadziło do tego dziwnego dyskomfortu i poczucia wyrzutów sumienia, że wciąż miał poważne sekrety. Po mimo tego tym bardziej uważał, że znał o niej dużo głębsze informacje niż to o bracie bliźniaku, więc po prostu mu to nie grało.
- To metafora? - Skapitulował. Pewnie podniósłby obie ręce, gdyby nie trzymał jej dłoni, ale wolał dalej utrzymać dotyk. - Ten ktoś... ...to coś... ...jest ci na tyle bliskie... ...podobne?... ...jakbyście byli bliźniętami? Wiesz o tym coś więcej? Mam wrażenie, że nie dajesz mi całego obrazu albo to ja go nie rozumiem - nie oskarżał jej o zatajanie faktów.
Była roztrzęsiona i zagubiona. Na dodatek pijana. Wiedział to. Ba! Gdyby zapomniał, widział to za każdym razem, kiedy nawiązywali kontakt wzrokowy a on ściskał jej palce. Starał się. Wbrew sobie i temu, że zazwyczaj nie był mistrzem powolnej dyskrecji. Chciał wszystkiego tu i teraz. Szybko i mocno. Nie ma, że nie ma. W tym wypadku próbował postępować inaczej.
- Wiem, że to nie najlepsze. Grunt wali ci się pod nogami. Kurewsko zły moment, ale - nie, sam się zastopował. Oczekiwanie informacji od pijanej kobiety nie było zbyt światłe. - Nieistotne. Pierdolę trzy po trzy - wzruszył ramionami.
To było łatwiejsze niż przyznanie, że nie łapał połowy z tego, co mu mówiła. Nie potrafił postawić się na jej miejscu, więc wszelkie metafory niemal do niego nie docierały. Czuł, że staje się skołowany a to nigdy nie poprawiało mu humoru. Nie cierpiał być bezradny. Szczególnie wobec ludzi, wobec których nie powinien. Nie chciał odczuwać powolnej irytacji a tak się działo. Nie wobec Geraldine a wobec okoliczności. Ewidentnie nie nadążał za jej tempem życia. Czuł, że nic nie wie. Coś się działo. Było mocno nie tak a on to ominął. Nie zdawał sobie sprawy na własne życzenie a teraz czuł się jak ktoś, kogo nagle wypchnięto w środek wydarzeń. Sam sobie kazał brać w nich udział, ale tego już nie zauważył.
- Masz dwóch braci - podsumował bardziej sobie niż jej.
Ten grunt był w miarę pewny. Dalej robiło się grząsko.
- Który może nie być twoim bratem? - Uważał, że to pytanie musiało paść.
Nieważne jak dosadnie, ale potrzebował czuć, że nadąża. Miał wrażenie, że zaczął gubić się jak na mrocznych i podejrzanych ścieżkach podziemnego świata. To bardzo, ale to bardzo mu się nie podobało. Tym bardziej w oprawie tych słów o zapomnieniu. Nie dało się tak łatwo zapomnieć. Nawet Obliviate bywało zawodne. Nie zawsze wychodziło idealnie. Czasami pozostawiało odczuwalne dziury. Żadne eliksiry także nie działały na najsilniejszą wolę wspomnień, które z czasem nawracały. Bywały siły, których nie dało się tak łatwo odtrącić i zamazać. Coś wiedział na ten temat.
- Geraldine Yaxley, prawisz dyrdymały - skwitował bez zawahania - albo pierdolisz głupoty. Jak wolisz. Uwierz mi, że dokonanie tego nie jest tak kurewsko proste jak ktokolwiek... ...no... ...też pierdoli - zasób słownictwa znacznie mu się ograniczył, gdy pomyślał o tym, co mówiła.
Nie. Zapomnienie nie było tak łatwe. Niepamięć nie była pogrzebowym całunem, pod którym dało się ukryć niewygodne, czasem krzywdzące, zazwyczaj piekące, niekiedy słodko-kwaśne wspomnienia.
- Ja zawsze mam rację - zapewnił, choć tym razem nie był tak święcie, bezczelnie o tym przekonany.
Zazwyczaj bycie bubkiem (czego oczywiście nie zauważał) przychodziło mu z większą naturalnością. Bez zastanowienia. Nie miewał zbyt wielu zastrzeżeń co do swojej nieomylności. Był w stanie upierać się przy najgłupszych twierdzeniach, bo były jego. Te same w cudzych ustach mogłyby zabrzmieć jak egoistyczna pomyłka, ale nie w jego własnych. Obiektywizm wssałby z mlekiem matki, gdyby nie karmiła go mamka. Tymczasem dostał bezbłędność opinii a w rzeczywistości bardzo rozdmuchane pokłady wiary w siebie, które mogłyby też zasilić jego widmowego bliźniaka, gdyby takiego miał. Ale nie. Taki dostał się Geraldine?
- A czemu miałbym nie? - Odbił pytanie, próbując wyślizgnąć się jak wąż.
Jasne. Mógłby zacząć tłumaczyć swój tok rozumowania. Jego logika bywała pokrętna, ale miała swoje mocne strony. Prócz tego już dawno temu zorientował się, że Geraldine była tak pijana, że pewnie mógłby ją zagadać. Powiedziałby kilka przesadnie złożonych zdań i uznałby temat za niebyły, bo tak naprawdę nie umiał pocieszać ludzi. Nawet tych bliskich, do których się zaliczała, choć ich dawne relacje zdążyły pokryć pajęczyny i kurz. Nie czuł się mocny w pokrzepiających słowach. Nie chciał powiedzieć nic, co potem zaogniłoby sytuację.
- Zapomnij o byciu pokonaną - stwierdził może trochę za twardo, więc spróbował rozluźnić wcześniejszą wypowiedź. - Będziesz rodzynką - wzruszył ramionami zamiast dodawać, że on nie miał na to wpływu. - Kto wie, może z biegiem czasu przekonasz się do tych wymyślnych kolorowych cieni do powiek. Zaczniesz gustować z brązach i fioletach, bo będzie ci brakowało siniaków z młodzieńczych wypraw. Domalujesz to na powiekach. Będziesz rodzynką. Szczególnie tam. To nieuniknione.
Miała być damską wersją rodzynka a więc rodzynką. Tak po prostu. Tak było. Tak miało być, bo taka była kolej rzeczy. Życie do późnych lat miało swoje plusy i minusy a także takie drobne neutralności. Ponieważ nie uważał, że to było coś złego. Ot normalna kolej rzeczy w przypadku każdego, kto dożywał sędziwego wieku, w którym wyobrażał sobie, że kiedyś będzie Geraldine.
Jasne. To była piękna wizja, o której teraz mówił. Głównie po to, żeby odwrócić jej uwagę od przedwczesnego umierania i skupić ją wokół śmierci z późnej starości. Wiedział, że nie dało się całkiem odsunąć tematu, więc zmieniał zakres, w którym teoretyzowali. Na ten moment to działało. Nawet jeśli tylko przez chwilę. Gdzieś tam z tyłu głowy obawiał się, że nie była na tyle pijana (lub wręcz przeciwnie: była nazbyt pijana i mogła zacząć być pamiętliwa), żeby w którymś momencie wytoczyć przeciwko niemu działa.
Ponieważ, choć widział ją jako zadziorną starszą panią trzymającą w szachu wszystkich członków rodziny to nie mógł nie pamiętać powracającego motywu przewodniego w wielu kłótniach w przeszłości. Stylu życia, który Geraldine wybrała. Atakowania trudnych do pokonania potworów. Adrenaliny i prędkości, z jaką wyprawiała się na kolejne ryzykowne polowania. Podejścia, które pakowało ją w objęcia śmierci. Był zły o świadome skakanie magicznym stworzeniom do gardła. Próbując dotrzeć się z nią, nie potrafił zrozumieć tej jednej ambicji. A może lepiej: nie chciał zrozumieć. Ani nie chciał martwić się czy któregoś razu po raz ostatni nie zobaczy jej z rozszarpaną klatką piersiową. Niemalże martwej. Potem pochowanej, rozsypanej lub cokolwiek, czego pragnęła jako pogrzebu.
Ewidentnie właśnie dowiadywał się czegoś nowego odnośnie życzeń Geraldine, jednakowoż nie chciał być w sytuacji, w której by je spełnił. Mógłby zagaić, czemu ocean a nie głusza. To pasowałoby do pogrzebnego klimatu rozmowy, ale nie chciał posunąć się nazbyt daleko.
- Co powiesz na to, Rodzynko, żebyśmy poszli do domu? Powolutku, pocichutku? - Spytał konspiracyjnie, jakby oferował tajny plan i porozumiewawczo ścisnął jej dłoń.
W rękawie miał jeszcze propozycję kupna alkoholu po drodze, z której by jakoś wybrnął pomiędzy jednym a drugim sklepem po drodze. Natomiast zostawiał to na ostateczne zagranie.