18.09.2024, 23:40 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 18.09.2024, 23:42 przez Cathal Shafiq.)
Pies zawarczał, raczej nie warkotem zwiastującym rychłe ugryzienie, a sugerującym, że jest Bardzo Groźnym Zwierzakiem, Więc Proszę Się Nie Zbliżać, Bo Będę Się Bronił. Warkot wprawdzie umilkł, gdy nie nastąpiły żadne gwałtowne ruchy, ale wciąż zdawał się zachowywać ostrożność.
A chwilę później z krzaków faktycznie wyłonił się jego właściciel.
- Kavall, ty proklyataya tvar' – warknął, wypadając spomiędzy roślinności. Dostrzegł kątem oka dziewczynę, ale w pierwszej kolejności pochwycił za smycz zwierzaka i pociągnął, zmuszając, aby stanął przy jego nodze. Zwierzak uczynił to nawet chętnie, a potem… pies zaczął merdać ogonem, najwyraźniej uznając, że skoro pan już jest i go obroni, może zacząć być przyjacielski. Dopiero potem mężczyzna spojrzał na blondwłose widmo, stojące w ciemnościach lasu.
Mogła być jednym z wielu duchów Little Hangleton: ale Cathal Shafiq nie bał się duchów.
Spędził dostatecznie wiele czasu w Peru, Egipcie i przy irlandzkich kurhanach, i dostatecznie wielu ludzi w życiu stracił, aby zjawy nie wzbudzały w nim lęku, przynajmniej póki nie zaczynały bawić się umysłem. Nie bał się zresztą wielu rzeczy – jego strach miał szalone oczy Isabelli Gaunt, uśmiech ojczyma i głos Salazara Slytherina, ale nie obcych ludzi w lesie, nie wisielców dyndających na drzewach, nie jakiejś walki. Scarlett mogła być mugolką, a wtedy była zupełnie nieszkodliwa: mając dobre dwa metry i parę mordobić za sobą niezbyt się bał, że niewysoka panna dałaby sobie z nim radę. Mogła być czarodziejką, a wtedy… też chyba mało był przejęty taką możliwością.
– Jeśli są tak nieśmiali, że uciekają na mój widok, i tak nie warto z nimi gadać – stwierdził, dość obojętnie, a potem patrzył na nią przez chwilę: długi moment, nie robiąc żadnego gestu ku papierośnicy, nie odzywając się. Zawieszenie, wywołane chorobą, przeciążenie, gdy przez chwilę zamiast Scarlett Mulciber widział twarz Cassiopei, jej wielkie oczy, gdy słyszał wszystko, co plotła o duchach, i gdy myślał, że właściwie to chyba trzymał Jamila Anwara w zespole, bo on jak na wywoływacza był bardzo przyziemny.
Nie znał jej, był pewien, że nigdy się nie spotkali, ale i nic zaskakującego. Wyglądała na o wiele młodszą od niego.
– Mam własne – powiedział w końcu, wyciągając z kieszeni paczkę papierosów. – Jeśli ktoś się powiesił, to był to bez wątpienia jakiś idiota. Nasza czy mugol? – spytał krótko, niezbyt przejęty, że może przy niemagicznych tak gadać nie powinien: wszak żaden mugol nie zrozumiałby, o czym mówił – ot uznałaby go za wariata, a co go obchodziło, co sądzi o nim sąsiedztwo? Jego matka i tak doczekała się nienajlepszej sławy w okolicy przed laty. Nie żeby Cathal się dziwił.
A chwilę później z krzaków faktycznie wyłonił się jego właściciel.
- Kavall, ty proklyataya tvar' – warknął, wypadając spomiędzy roślinności. Dostrzegł kątem oka dziewczynę, ale w pierwszej kolejności pochwycił za smycz zwierzaka i pociągnął, zmuszając, aby stanął przy jego nodze. Zwierzak uczynił to nawet chętnie, a potem… pies zaczął merdać ogonem, najwyraźniej uznając, że skoro pan już jest i go obroni, może zacząć być przyjacielski. Dopiero potem mężczyzna spojrzał na blondwłose widmo, stojące w ciemnościach lasu.
Mogła być jednym z wielu duchów Little Hangleton: ale Cathal Shafiq nie bał się duchów.
Spędził dostatecznie wiele czasu w Peru, Egipcie i przy irlandzkich kurhanach, i dostatecznie wielu ludzi w życiu stracił, aby zjawy nie wzbudzały w nim lęku, przynajmniej póki nie zaczynały bawić się umysłem. Nie bał się zresztą wielu rzeczy – jego strach miał szalone oczy Isabelli Gaunt, uśmiech ojczyma i głos Salazara Slytherina, ale nie obcych ludzi w lesie, nie wisielców dyndających na drzewach, nie jakiejś walki. Scarlett mogła być mugolką, a wtedy była zupełnie nieszkodliwa: mając dobre dwa metry i parę mordobić za sobą niezbyt się bał, że niewysoka panna dałaby sobie z nim radę. Mogła być czarodziejką, a wtedy… też chyba mało był przejęty taką możliwością.
– Jeśli są tak nieśmiali, że uciekają na mój widok, i tak nie warto z nimi gadać – stwierdził, dość obojętnie, a potem patrzył na nią przez chwilę: długi moment, nie robiąc żadnego gestu ku papierośnicy, nie odzywając się. Zawieszenie, wywołane chorobą, przeciążenie, gdy przez chwilę zamiast Scarlett Mulciber widział twarz Cassiopei, jej wielkie oczy, gdy słyszał wszystko, co plotła o duchach, i gdy myślał, że właściwie to chyba trzymał Jamila Anwara w zespole, bo on jak na wywoływacza był bardzo przyziemny.
Nie znał jej, był pewien, że nigdy się nie spotkali, ale i nic zaskakującego. Wyglądała na o wiele młodszą od niego.
– Mam własne – powiedział w końcu, wyciągając z kieszeni paczkę papierosów. – Jeśli ktoś się powiesił, to był to bez wątpienia jakiś idiota. Nasza czy mugol? – spytał krótko, niezbyt przejęty, że może przy niemagicznych tak gadać nie powinien: wszak żaden mugol nie zrozumiałby, o czym mówił – ot uznałaby go za wariata, a co go obchodziło, co sądzi o nim sąsiedztwo? Jego matka i tak doczekała się nienajlepszej sławy w okolicy przed laty. Nie żeby Cathal się dziwił.