16.09.2024, 21:15 ✶
Uśmiechnął się pod nosem, czując gorycz z tym związaną, ale nie mógł temu zaprzeczyć, że miała kompletną rację. Poznał te tony. Były różnorodne, bardzo skrajne, każdy wyjątkowy.
- Dlatego powiedziałem, że są wysokie a nie najwyższe, co nie? Do najwyższych brakuje ci, ilu... ...trzech butelek ognistej i ewidentnie mojego towarzystwa? - Zażartował bez polotu, o czym wiedział.
Nie liczył na docenienie tego żartu, ale skoro już przywoływali dawne dzieje to warto było zaznaczyć swój wkład w część największych katastrof towarzyskich i społecznych. Pewnie i tak mogłaby mu je wytknąć a tak po prostu to uprzedzał.
- Nie odmówię ci teatralności,ale skąd wiesz, że ostatni? - Powoli uniósł brew, opierając się na łokciach o stolik i wzruszając ramionami. - Nie masz tu ani mililitra alkoholu, żeby nim toaletować. Przykro mi, ale to chyba dobry omen - zasugerował dyskretnie, dając barmanowi znać wzrokiem, żeby chwilowo nie zbliżał się do niedalekiego baru.
To nie był dobry czas na dalsze picie, nawet jeśli Ambroise nie często odmawiał. Mimo to, wolał opijać sukcesy, nie porażki. No i coraz bardziej się martwił. To, co mówiła nie miało zbyt wiele sensu. Brzmiało jak coś, co mogła usłyszeć od byle oszustki z Nokturnu. Skąd zatem tak bardzo w to wierzyła?
- Rina, kto nakładał ci tych pierdół w głowę? - Spytał, ale nie czekał na odpowiedź.
Zamiast tego ostrożnie wyciągnął do niej rękę, gdyby chciała ją przyjąć. Tego nie wiedział. Zawsze była bardzo nieprzewidywalna. Między innymi to tak bardzo go do niej ciągnęło i również to było powodem ich zguby. Nie tylko, ale mocno się przyczyniło.
- Skoro to się nie zdarza, to się nie zdarza. A jeśli się już zdarzyło, to trudno mi uwierzyć, że zamierzasz oblewać własną śmierć a nie dopaść dupka - odrzekł niemalże tuż po swoich wcześniejszych słowach.
To mu mocno nie grało. Nie w kontekście tej kobiety. Nikt tak ochoczo nie walczył ze śmiercią. Tymczasem ta osoba przed nim wyglądała, jakby już się poddała i chciała się po prostu zapić. Śmiała się tak, jakby to było niemal pewne.
- Nie bawmy się w to, okay? - Pokręcił głową.
Przecież wiedziała, że gdyby miał ją zupełnie gdzieś to by się tu nie pojawił, tym bardziej by tu nie siedział i nie słuchał tego, co miała mu do powiedzenia. Kiedy to wszystko runęło bez powrotu, naprawdę usiłował przekazać jej tą jedną rzecz. Nie stracił do niej wszystkich uczuć. Troszczył się i miał się troszczyć. Zależało mu na niej. W dalszym ciągu, choć upłynęło wiele miesięcy. Po prostu nie umiał dłużej radzić sobie z całą resztą tego bagażu, więc zabrał swoje pakunki i wysiadł na pierwszej możliwej stacji. Tak właściwiej to chyba wyskoczył przez okno już po sygnale odjazdu.
Znalazł się na pustym peronie w szczerym polu i stamtąd manewrował dalej. W pełni świadomy, że mógł nie wysiadać, ale to prędzej czy później wykoleiłoby ten pociąg. W swoich oczach podjął decyzję.
Czy najlepszą możliwą? Prawdopodobnie nie. Mógł się łudzić, że gdyby nie wysiadł to zauważyłby zbliżającą się tragedię i zdążyłby pociągnąć hamulec awaryjny. Uratowałby pociąg, stałby się troskliwym bohaterem we własnym dramacie, który stałby się komedią romantyczną, której oboje pragnęli. Przyjął wersję bardziej czarną. Wykoleił pociąg, zabił wszystkich i zamienił dramat w tragedię. A kiedy to zrobił, magicznie cofnął się w czasie jak jasnowidz i nie dopuścił do tych zdarzeń. Najprościej jak umiał. To nie znaczyło, że nie poniósł kosztów. Jego dramat pozostał dramatem. Ani nie stał się romansem, ani horrorem. Był tak chujowy jak zwykle, z tymże, że bez kogoś, kto czynił go trochę lepszym i trochę gorszym zarazem.
Zrobił wszystko, żeby było jak najlepiej. Tymczasem najwyraźniej i bez niego widowiskowo się pierdoliło.
- Dlatego powiedziałem, że są wysokie a nie najwyższe, co nie? Do najwyższych brakuje ci, ilu... ...trzech butelek ognistej i ewidentnie mojego towarzystwa? - Zażartował bez polotu, o czym wiedział.
Nie liczył na docenienie tego żartu, ale skoro już przywoływali dawne dzieje to warto było zaznaczyć swój wkład w część największych katastrof towarzyskich i społecznych. Pewnie i tak mogłaby mu je wytknąć a tak po prostu to uprzedzał.
- Nie odmówię ci teatralności,ale skąd wiesz, że ostatni? - Powoli uniósł brew, opierając się na łokciach o stolik i wzruszając ramionami. - Nie masz tu ani mililitra alkoholu, żeby nim toaletować. Przykro mi, ale to chyba dobry omen - zasugerował dyskretnie, dając barmanowi znać wzrokiem, żeby chwilowo nie zbliżał się do niedalekiego baru.
To nie był dobry czas na dalsze picie, nawet jeśli Ambroise nie często odmawiał. Mimo to, wolał opijać sukcesy, nie porażki. No i coraz bardziej się martwił. To, co mówiła nie miało zbyt wiele sensu. Brzmiało jak coś, co mogła usłyszeć od byle oszustki z Nokturnu. Skąd zatem tak bardzo w to wierzyła?
- Rina, kto nakładał ci tych pierdół w głowę? - Spytał, ale nie czekał na odpowiedź.
Zamiast tego ostrożnie wyciągnął do niej rękę, gdyby chciała ją przyjąć. Tego nie wiedział. Zawsze była bardzo nieprzewidywalna. Między innymi to tak bardzo go do niej ciągnęło i również to było powodem ich zguby. Nie tylko, ale mocno się przyczyniło.
- Skoro to się nie zdarza, to się nie zdarza. A jeśli się już zdarzyło, to trudno mi uwierzyć, że zamierzasz oblewać własną śmierć a nie dopaść dupka - odrzekł niemalże tuż po swoich wcześniejszych słowach.
To mu mocno nie grało. Nie w kontekście tej kobiety. Nikt tak ochoczo nie walczył ze śmiercią. Tymczasem ta osoba przed nim wyglądała, jakby już się poddała i chciała się po prostu zapić. Śmiała się tak, jakby to było niemal pewne.
- Nie bawmy się w to, okay? - Pokręcił głową.
Przecież wiedziała, że gdyby miał ją zupełnie gdzieś to by się tu nie pojawił, tym bardziej by tu nie siedział i nie słuchał tego, co miała mu do powiedzenia. Kiedy to wszystko runęło bez powrotu, naprawdę usiłował przekazać jej tą jedną rzecz. Nie stracił do niej wszystkich uczuć. Troszczył się i miał się troszczyć. Zależało mu na niej. W dalszym ciągu, choć upłynęło wiele miesięcy. Po prostu nie umiał dłużej radzić sobie z całą resztą tego bagażu, więc zabrał swoje pakunki i wysiadł na pierwszej możliwej stacji. Tak właściwiej to chyba wyskoczył przez okno już po sygnale odjazdu.
Znalazł się na pustym peronie w szczerym polu i stamtąd manewrował dalej. W pełni świadomy, że mógł nie wysiadać, ale to prędzej czy później wykoleiłoby ten pociąg. W swoich oczach podjął decyzję.
Czy najlepszą możliwą? Prawdopodobnie nie. Mógł się łudzić, że gdyby nie wysiadł to zauważyłby zbliżającą się tragedię i zdążyłby pociągnąć hamulec awaryjny. Uratowałby pociąg, stałby się troskliwym bohaterem we własnym dramacie, który stałby się komedią romantyczną, której oboje pragnęli. Przyjął wersję bardziej czarną. Wykoleił pociąg, zabił wszystkich i zamienił dramat w tragedię. A kiedy to zrobił, magicznie cofnął się w czasie jak jasnowidz i nie dopuścił do tych zdarzeń. Najprościej jak umiał. To nie znaczyło, że nie poniósł kosztów. Jego dramat pozostał dramatem. Ani nie stał się romansem, ani horrorem. Był tak chujowy jak zwykle, z tymże, że bez kogoś, kto czynił go trochę lepszym i trochę gorszym zarazem.
Zrobił wszystko, żeby było jak najlepiej. Tymczasem najwyraźniej i bez niego widowiskowo się pierdoliło.