15.09.2024, 18:46 ✶
Billy Owens przed przemianą był notowany co najwyżej za drobną kradzież, a przynajmniej tyle udało się Brennie sprawdzić na szybko, gdy po przedstawieniu rysopisu okazało się, że i owszem, jest on w Ministerstwie kojarzony i możliwy do zidentyfikowania. Nie wiedziała, czy miał szczęście, czy może dopiero pragnienie krwi pchnęły go na tę gorszą ścieżkę. Miała jednak wrażenie, że tym razem trafili na kogoś mało inteligentnego, skoro groził ludziom i nie zmienił miejsca zamieszkania po tym, jak omal nie zabił dwóch osób. Być może liczył, że tego nie zgłoszą – może uważał, że w ciemnościach za mało zobaczyli, by go opisać.
Nie każdy przestępca był geniuszem zbrodni. Właściwie większość nimi nie była.
I każdy Brygadzista i auror mógł tylko za to dziękować, bo naprawdę mieli dość problemów z panoszącymi się wokół śmierciożercami.
– A ja jego mogę? – rzuciła jeszcze krótko, zanim odbiła na bok, ruszając w alejkę wiodącą na lewo. Rozglądała się wokół, przypatrując nie tylko nielicznym mugolom, którzy jeszcze nie opuścili park, mimo zbliżającego się zmierzchu i paskudnej pogody, ale też szukając miejsc, w których ktoś mógłby zaczaić się na przypadkowego przechodnia. I w którym mogłaby przemienić się tak, by nikt przypadkiem tego nie dostrzegł – nie liczyła tak naprawdę, że po prostu przypadkiem zobaczą Owensa, nawet jeżeli wiedzieli, że prawdopodobnie poszedł do parku. Może faktycznie dlatego, że biegał w nim jako człowiek i robił to dalej, a może (co jej zdaniem bardziej było prawdopodobne) szukał okazji do ugryzienia jakiegoś mugola po tym, jak w magicznym Londynie został przyłapany i powstrzymany. Mugole byli łatwiejszym celem. I jeśli takiego nie zabije, to policja pewnie mu nie uwierzy.
Szła dość szybko, czasem z aurorem mogli dostrzec się z daleka między alejkami, czasem nie.
Przystanęła, przypatrując z namysłem najpierw jakiemuś chłopakowi, który biegł alejką (blondyn, nie ten, odnotowała z rozczarowaniem), a potem rozrośniętym krzewom w pobliżu, jakieś kilka metrów od bram Zoo, o tej porze zamkniętych. Nie było tu niemal ludzi – krople deszczu uderzyły o ziemię, gdzieś w oddali zabrzmiało, pogoda skutecznie zniechęcała do spacerów, a samo Zoo było nieczynne już od godziny czy dwóch.
A jednak, los uśmiechnął się do Atreusa, bo dojrzał tyczkowatego chłopaka. Z daleka dostrzegł nawet skórzaną bransoletkę na jego dłoni. Nie miał parasola, za to na głowę miał naciągnięty kaptur, ale tym, co zwracało uwagę przede wszystkim, była aura, rozdrgana, świadcząca o gwałtownych emocjach – mieszały się w niej strach, podniecenie, może trochę złości. Czerń i szarość mieszały się w niej z czerwienią.
Szedł wzdłuż muru – ku jakiejś mugolce, która przystanęła, wyciągając z torby parasolkę. Tylko ją widać było w pobliżu.
Rzucanie teraz zaklęć byłoby dość ryzykowne. Atreus w końcu nie miał stu procent pewności, że to jest ten człowiek czy raczej wampir… no i mimo późnej pory oraz zaczynającej się burzy, wciąż mogli pojawić się w pobliżu jacyś mugole.
Nie każdy przestępca był geniuszem zbrodni. Właściwie większość nimi nie była.
I każdy Brygadzista i auror mógł tylko za to dziękować, bo naprawdę mieli dość problemów z panoszącymi się wokół śmierciożercami.
– A ja jego mogę? – rzuciła jeszcze krótko, zanim odbiła na bok, ruszając w alejkę wiodącą na lewo. Rozglądała się wokół, przypatrując nie tylko nielicznym mugolom, którzy jeszcze nie opuścili park, mimo zbliżającego się zmierzchu i paskudnej pogody, ale też szukając miejsc, w których ktoś mógłby zaczaić się na przypadkowego przechodnia. I w którym mogłaby przemienić się tak, by nikt przypadkiem tego nie dostrzegł – nie liczyła tak naprawdę, że po prostu przypadkiem zobaczą Owensa, nawet jeżeli wiedzieli, że prawdopodobnie poszedł do parku. Może faktycznie dlatego, że biegał w nim jako człowiek i robił to dalej, a może (co jej zdaniem bardziej było prawdopodobne) szukał okazji do ugryzienia jakiegoś mugola po tym, jak w magicznym Londynie został przyłapany i powstrzymany. Mugole byli łatwiejszym celem. I jeśli takiego nie zabije, to policja pewnie mu nie uwierzy.
Szła dość szybko, czasem z aurorem mogli dostrzec się z daleka między alejkami, czasem nie.
Przystanęła, przypatrując z namysłem najpierw jakiemuś chłopakowi, który biegł alejką (blondyn, nie ten, odnotowała z rozczarowaniem), a potem rozrośniętym krzewom w pobliżu, jakieś kilka metrów od bram Zoo, o tej porze zamkniętych. Nie było tu niemal ludzi – krople deszczu uderzyły o ziemię, gdzieś w oddali zabrzmiało, pogoda skutecznie zniechęcała do spacerów, a samo Zoo było nieczynne już od godziny czy dwóch.
A jednak, los uśmiechnął się do Atreusa, bo dojrzał tyczkowatego chłopaka. Z daleka dostrzegł nawet skórzaną bransoletkę na jego dłoni. Nie miał parasola, za to na głowę miał naciągnięty kaptur, ale tym, co zwracało uwagę przede wszystkim, była aura, rozdrgana, świadcząca o gwałtownych emocjach – mieszały się w niej strach, podniecenie, może trochę złości. Czerń i szarość mieszały się w niej z czerwienią.
Szedł wzdłuż muru – ku jakiejś mugolce, która przystanęła, wyciągając z torby parasolkę. Tylko ją widać było w pobliżu.
Rzucanie teraz zaklęć byłoby dość ryzykowne. Atreus w końcu nie miał stu procent pewności, że to jest ten człowiek czy raczej wampir… no i mimo późnej pory oraz zaczynającej się burzy, wciąż mogli pojawić się w pobliżu jacyś mugole.
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.