Moment wyjścia z wody był zaledwie momentem pośrednim do tego, by do niej powrócić. Przejściowym. Kilka pytań, rozejrzenie się po okolicy, by upewnić się, że nie chcesz się po niej rozglądać, upewnienie, że Perseusowi "nic nie jest", wielkimi słowy mówiąc. On go ugryzł. Fakt, rzecz, która się wydarzyła, nie da się temu zaprzeczyć, a mimo to do jego głowy jakoś nie do końca docierało. Mogło nie docierać.
Mogło, ponieważ ten akt pośredni wypełznięcia na brzeg miał swój akt końcowy w powrocie do jeziora. W popłynięciu do Cirila, żeby go znaleźć i zaciągnąć do szpitala, a potem żeby znaleźć pod tą wodą Astarotha i sprawdzić, czy wszystko z nim w porządku i czy się wyniósł z podziemnego królestwa. Nie wyniósł. Nie mógł się nadal teleportować, nie chciał - nie wiedział, gdzie trwała prawidłowa odpowiedź na to pytanie, ale zostawianie go samego nie było wcale odpowiednie. Albo może było łatwiejsze niż spoglądanie na śmierć, którą Windermere wpisało się w historię czarodziei.
Mogło, ponieważ myśli były kruche, a umysł niekiedy kiepsko znosił rzeczywistość. Umykanie w przestrzeń boczną było rozwiązaniem koła ratunkowego - nie myślisz i nie analizujesz tego, co może cię zniszczyć, więc odkładasz to na bok. Brak myślenia niekiedy nie zabijał, a czasem wręcz ratował pojedyncze jednostki. Dla niego to był ratunek. Dziś, tu, teraz - ratunek, do którego chętnie przylegał, bo takie było jego prawo - przecież nikt z nich tu nie był ideałem, który tylko mądrością wykrojoną z boskich prawideł rzeczywistości żył.
Niewiele było więc różnicy między tym Laurentem, który wyszedł z wody po tragicznych wydarzeniach, jakie miały tu miejsce i tym, który właśnie wracał do wody w tym momencie - jeszcze nim zajdzie słońce, żeby upewnić się, że Astaroth będzie miał siłę wrócić do domu. Poza nim wszyscy byli w dobrach rękach - wśród osób, które mogły im pomóc w każdym momencie. Ale wampir nie. Ten wampir tam utknął i wpadł w jakiś marazm. W dziwaczne zawieszenie, jakby odłączył się od rzeczywistości. Więc niewiele było różnicy - był tak samo mokry, tylko teraz bardziej spokojny. Lepszym słowem było "zblazowany". Zmęczenie mocniej poznaczyło ich obu - jego jak i Perseusa - żłobiąc się cieniami pod oczami, pudrując policzki bardziej szarymi kolorami. Blondyn poprawiał swoje mokre włosy w odruchu niż rzeczywistej potrzebie - przecież jego fryzura dawno została zrujnowana, a wystarczy wrócić do wody, żeby wszystko zostało zepsute podwójnie skutecznie. Odruchy ponoć zabijały - ten (na całe szczęście) był jedynie pustym ruchem ręki, gdy Laurent wychwycił spojrzenie Perseusa. Druga ręka podtrzymywała białą skórę na ramionach - równie morką, co on sam.
- Dobrze, dziękuję, że pytasz... - Równie odruchowa odpowiedź, co poprawianie włosów. Zamiast jednak wejść do wody - skierował swoje kroki ku Perseusowi. - To nie ja zostałem ugryziony przez napastliwą fokę. - Czy to jeszcze nie był czas na takie żarty? Nie wiedział, brakowało mu wyczucia chwili, ale uśmiechnął się smętnie, próbując podkreślić, że to miał być... malutki żarcik z jednego z tych FAKTÓW, o których myśleć nie chciał. Żart pozwalał łatwiej przekazywać i odbierać rzeczywistość, w której żyjemy. - Co tu jeszcze robisz, Perseuszu? Nie powinieneś wracać do domu? - Wyciągnął różdżkę, żeby przeciągnąć nią w powietrzu i osuszyć się - bo z tego zimna aż drżał. Temperatura pod wodą była znacznie przyjemniejsza.