14.09.2024, 10:47 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 14.09.2024, 10:48 przez Charlotte Kelly.)
Charlotte mogła domyśleć się, co sądził o niej Lestrange. Prawdopodobnie dokładnie to samo, co wszyscy jego krewni i większość przedstawicieli rodów czystej krwi.
I absolutnie jej to nie obchodziło.
Uśmiechnięta, złotowłosa Charlotte w jasnych sukienkach, która mogła chwytać płomienie w dłonie, miała w sobie w istocie dość lodu, aby zatopić Titanica. A lód był zimny, twardy i mógł zadawać rany. Nie przejmowała się cudzym zdaniem, bo inni ludzie rzadko ją obchodzili. Nie była zainteresowana ich opinią ani tym, że nigdy nie pojmą, dlaczego poślubiła Neda Kelly’ego – a zrobiła to trochę po to, by wyrwać się spod kurateli matki, a trochę dlatego, że Ned był wszystkim tym, czym ona nie była.
Był dobrym człowiekiem.
Ona nie. Była samolubna, a zarazem pewna siebie tak bardzo, że mogła iść u boku młodego Lestrange’a ani jednej myśli nie poświęcając temu, że ten miał o niej zapewne złe zdanie. Bo czemu miałoby to ją obchodzić? Ona na jego temat nie miała zdania żadnego, bo jeszcze nie zdecydowała, czy był wart choćby tego, by dostrzec jego istnienie – na razie był po prostu dzieciakiem w wieku jej własnych dzieci, który pojawił się w Departamencie stosunkowo niedawno. Imponujące, dostać się tak szybko do Departamentu Tajemnic, ale nie wystarczyło Charlotte, która uważała, że większość ludzi nie była warta jej uwagi.
– Gdyby okazał więcej samodyscypliny, na pewno by się mu to nie przydarzyło. Poza tym powinien być przygotowany na taką ewentualność. Karygodna nieodpowiedzialność z jego strony – uparła się, wydymając przy tym usta, a w jej głosie pobrzmiała odrobina zniecierpliwienia. Zaraz jednak przywołała na twarz wyraz zmartwienia. – Oczywiście, tak naprawdę bardzo się o niego martwię, to do niego niepodobne, nie pojawiać się na ważnym spotkaniu – powiedziała, i brzmiała w tym tak szczero, że można by pomyśleć, że te słowa sprzed kilkudziesięciu sekund zaledwie nigdy nie padły. Gdy zwróciła spojrzenie na Rodolphusa zdawała się naprawdę zatroskana. – A poza tym wyniki badań są bardzo istotne dla Komnaty Mózgu i Komnaty Śmierci, wiem, jak bardzo szef waszej Komnaty liczył, że posuną badania na temat niektórych schorzeń mózgu o całe miesiące. To byłoby bardzo niefortunne, gdyby wszystko przepadło. Moglibyśmy zrobić dzięki nim tyle dobrego… – powiedziała, zanim obróciła się ku wejściu do wnętrza kamienicy. Jakby Charlotte kiedykolwiek chciała coś robić w imię czynienia dobra. Akurat! – To jego oficjalny adres i tu zawsze odbierał korespondencję. Ale jest Niewymownym, Rodolphusie, z piętnastoletnim stażem, w dodatku. Byłabym zdumiona, gdyby nie miał jeszcze jednego mieszkania, o którego istnieniu nie wie jego szef, matka, kochanka i najlepszy przyjaciel od kieliszka – stwierdziła już bardziej rzeczowym tonem, ruszając do przejścia, a potem, w akompaniamencie stukotu niewysokich obcasów złocistych pantofelków zaczęła wspinać się po schodach.
I absolutnie jej to nie obchodziło.
Uśmiechnięta, złotowłosa Charlotte w jasnych sukienkach, która mogła chwytać płomienie w dłonie, miała w sobie w istocie dość lodu, aby zatopić Titanica. A lód był zimny, twardy i mógł zadawać rany. Nie przejmowała się cudzym zdaniem, bo inni ludzie rzadko ją obchodzili. Nie była zainteresowana ich opinią ani tym, że nigdy nie pojmą, dlaczego poślubiła Neda Kelly’ego – a zrobiła to trochę po to, by wyrwać się spod kurateli matki, a trochę dlatego, że Ned był wszystkim tym, czym ona nie była.
Był dobrym człowiekiem.
Ona nie. Była samolubna, a zarazem pewna siebie tak bardzo, że mogła iść u boku młodego Lestrange’a ani jednej myśli nie poświęcając temu, że ten miał o niej zapewne złe zdanie. Bo czemu miałoby to ją obchodzić? Ona na jego temat nie miała zdania żadnego, bo jeszcze nie zdecydowała, czy był wart choćby tego, by dostrzec jego istnienie – na razie był po prostu dzieciakiem w wieku jej własnych dzieci, który pojawił się w Departamencie stosunkowo niedawno. Imponujące, dostać się tak szybko do Departamentu Tajemnic, ale nie wystarczyło Charlotte, która uważała, że większość ludzi nie była warta jej uwagi.
– Gdyby okazał więcej samodyscypliny, na pewno by się mu to nie przydarzyło. Poza tym powinien być przygotowany na taką ewentualność. Karygodna nieodpowiedzialność z jego strony – uparła się, wydymając przy tym usta, a w jej głosie pobrzmiała odrobina zniecierpliwienia. Zaraz jednak przywołała na twarz wyraz zmartwienia. – Oczywiście, tak naprawdę bardzo się o niego martwię, to do niego niepodobne, nie pojawiać się na ważnym spotkaniu – powiedziała, i brzmiała w tym tak szczero, że można by pomyśleć, że te słowa sprzed kilkudziesięciu sekund zaledwie nigdy nie padły. Gdy zwróciła spojrzenie na Rodolphusa zdawała się naprawdę zatroskana. – A poza tym wyniki badań są bardzo istotne dla Komnaty Mózgu i Komnaty Śmierci, wiem, jak bardzo szef waszej Komnaty liczył, że posuną badania na temat niektórych schorzeń mózgu o całe miesiące. To byłoby bardzo niefortunne, gdyby wszystko przepadło. Moglibyśmy zrobić dzięki nim tyle dobrego… – powiedziała, zanim obróciła się ku wejściu do wnętrza kamienicy. Jakby Charlotte kiedykolwiek chciała coś robić w imię czynienia dobra. Akurat! – To jego oficjalny adres i tu zawsze odbierał korespondencję. Ale jest Niewymownym, Rodolphusie, z piętnastoletnim stażem, w dodatku. Byłabym zdumiona, gdyby nie miał jeszcze jednego mieszkania, o którego istnieniu nie wie jego szef, matka, kochanka i najlepszy przyjaciel od kieliszka – stwierdziła już bardziej rzeczowym tonem, ruszając do przejścia, a potem, w akompaniamencie stukotu niewysokich obcasów złocistych pantofelków zaczęła wspinać się po schodach.