09.09.2024, 00:30 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 09.09.2024, 00:46 przez Faye Travers.)
Te wszystkie wyzwiska, którymi ją raczył, spływały po niej niczym woda po kaczych piórach. Burek, szczawik - mógłby wyzywać ją gorzej, a ona i tak siedziałaby obok, w krzakach, i patrzyła się po prostu na niego, oczekując w końcu jakiejkolwiek konkretnej odpowiedzi. Maddox miał tendencję do kłapania ozorem, gdy coś go interesowało na tyle, że uważał, że będzie w stanie zmienić świat. Miał zupełnie inne podejście do życia i zupełnie inny światopogląd: i to chyba była jedna z tych głównych rzeczy, przez które im nie wyszło. Byli od siebie zupełnie różni, chociaż Faye sama siebie nigdy nie nazwałaby łagodną. Była jednak w duszy dobrą osobą i wierzyła, że zawsze najpierw da się rozwiązać przy pomocy innej niż przemoc. Maddox z kolei był brutalny, ale w tym stopniu, który nie do końca jej się podobał. Widziała to nie tylko podczas pełni, lecz również podczas tych innych dni. Jednocześnie coś ją do niego ciągnęło i być może były to te problemy, które krzyczały, że można go naprawić, że to przecież nie jego wina i to jego stary tłucze mu do głowy te wszystkie kocopoły, które potem powtarzał przy każdej okazji.
Bo to nie było tak, że ona go nie słuchała: ona go po prostu nie rozumiała. Mógłby jej powtarzać swoje podejście milion razy, a ona i tak nie byłaby w stanie go zrozumieć. Była zakałą rodu Travers, chociaż nikt nigdy jej tego nie powiedział wprost. Tiara Przydziału to jednak wiedziała i być może to zapoczątkowała, umieszczając ją w Gryffindorze, nie Slytherinie. Była osobą, która złamała pewną tradycję już wcześniej, gdy gdy na jaw wyszło, że nie podziela w zasadzie żadnych dziwnych poglądów swojej rodziny. Dziwnych oczywiście dla niej. Najprościej byłoby wziąć pod lupę ją i Nicholasa. Ona była ogniem, on był lodem. Ona była wiecznie uśmiechnięta, on z kolei nie wiedział, co to uśmiech. Ona tańczyła w blasku zachodzącego słońca, wśród jesiennych liści, on z kolei zaszywał się w budynkach i studiował księgi. Ogień i lód - i Nicholasowi dużo bliżej było do całej ich rodziny, niż jej. Myślała nawet przez jakiś czas, że ktoś ją kiedyś podrzucił gdy była mała, bo tak do nich nie pasowała, lecz szybko okazało się, że po prostu jest felerna, bo inaczej nie ciążyłaby na niej klątwa i rodzinny dar. Wiedziała, co to toksyczna rodzina, lecz po prostu nigdy się tym nie przejmowała. Robiła swoje: po cichu. Wpuszczała ich gadanie jednym uchem, wypuszczała drugim. Z pozoru robiła, co chcieli, ale w praktyce i tak wychodziło na jej. A gdy już mogła, to po prostu opuściła rodzinny dom i zamieszkała gdzie indziej. Nie było tu żadnej dramaturgii czy płaczu, krzyków i przemocy. Ot, normalne wylecenie ptaka z gniazda.
- O? - dobrze, że powiedział coś konkretnego. Ale niedobrze, że mówił dalej. Eliksiry miłosne były potężne i silne, ona w ogóle uważała, że to gówno powinno być zakazane. Zmarszczyła więc nieco brwi, bo nie spodobało jej się to, że ktokolwiek może chcieć coś takiego robić nielegalnie. I zapewne rozprowadzać potem po zaniżonej cenie. Kto wie, co tam mogli dodać? Receptura jego ojca to jedno, ale przecież liczyły się w tym biznesie tez umiejętności. Bardzo łatwo było zjebać eliksir i ona doskonale o tym wiedziała, a ci tu byli najebani jak szpadle. Z drugiej jednak strony zaniepokoiło ją coś jeszcze. - Co to znaczy: skasować?
Zapytała cicho, wyciągając rękę. A niech straci, spróbowała go chwycić za nadgarstek, żeby tylko nagle nie wyskoczył zza tych krzaków i nie zaczął ciskać pijanymi po drzewach. Jednocześnie nie zrobiła tego w taki sposób, by Maddox mógł poczuć się w jakikolwiek sposób zagrożony. Mógł na spokojnie zabrać rękę, jeżeli nie życzył sobie dotyku.
- Może po prostu poczekaj, aż zasną i zabierz recepturę? A kociołek wysadź w powietrze, jak zbiorę jaja Popiełków - oczywiście, że MUSIAŁA zaproponować swoje bardziej pokojowe rozwiązanie. Nie byłaby sobą, gdyby tego nie zrobiła.
Bo to nie było tak, że ona go nie słuchała: ona go po prostu nie rozumiała. Mógłby jej powtarzać swoje podejście milion razy, a ona i tak nie byłaby w stanie go zrozumieć. Była zakałą rodu Travers, chociaż nikt nigdy jej tego nie powiedział wprost. Tiara Przydziału to jednak wiedziała i być może to zapoczątkowała, umieszczając ją w Gryffindorze, nie Slytherinie. Była osobą, która złamała pewną tradycję już wcześniej, gdy gdy na jaw wyszło, że nie podziela w zasadzie żadnych dziwnych poglądów swojej rodziny. Dziwnych oczywiście dla niej. Najprościej byłoby wziąć pod lupę ją i Nicholasa. Ona była ogniem, on był lodem. Ona była wiecznie uśmiechnięta, on z kolei nie wiedział, co to uśmiech. Ona tańczyła w blasku zachodzącego słońca, wśród jesiennych liści, on z kolei zaszywał się w budynkach i studiował księgi. Ogień i lód - i Nicholasowi dużo bliżej było do całej ich rodziny, niż jej. Myślała nawet przez jakiś czas, że ktoś ją kiedyś podrzucił gdy była mała, bo tak do nich nie pasowała, lecz szybko okazało się, że po prostu jest felerna, bo inaczej nie ciążyłaby na niej klątwa i rodzinny dar. Wiedziała, co to toksyczna rodzina, lecz po prostu nigdy się tym nie przejmowała. Robiła swoje: po cichu. Wpuszczała ich gadanie jednym uchem, wypuszczała drugim. Z pozoru robiła, co chcieli, ale w praktyce i tak wychodziło na jej. A gdy już mogła, to po prostu opuściła rodzinny dom i zamieszkała gdzie indziej. Nie było tu żadnej dramaturgii czy płaczu, krzyków i przemocy. Ot, normalne wylecenie ptaka z gniazda.
- O? - dobrze, że powiedział coś konkretnego. Ale niedobrze, że mówił dalej. Eliksiry miłosne były potężne i silne, ona w ogóle uważała, że to gówno powinno być zakazane. Zmarszczyła więc nieco brwi, bo nie spodobało jej się to, że ktokolwiek może chcieć coś takiego robić nielegalnie. I zapewne rozprowadzać potem po zaniżonej cenie. Kto wie, co tam mogli dodać? Receptura jego ojca to jedno, ale przecież liczyły się w tym biznesie tez umiejętności. Bardzo łatwo było zjebać eliksir i ona doskonale o tym wiedziała, a ci tu byli najebani jak szpadle. Z drugiej jednak strony zaniepokoiło ją coś jeszcze. - Co to znaczy: skasować?
Zapytała cicho, wyciągając rękę. A niech straci, spróbowała go chwycić za nadgarstek, żeby tylko nagle nie wyskoczył zza tych krzaków i nie zaczął ciskać pijanymi po drzewach. Jednocześnie nie zrobiła tego w taki sposób, by Maddox mógł poczuć się w jakikolwiek sposób zagrożony. Mógł na spokojnie zabrać rękę, jeżeli nie życzył sobie dotyku.
- Może po prostu poczekaj, aż zasną i zabierz recepturę? A kociołek wysadź w powietrze, jak zbiorę jaja Popiełków - oczywiście, że MUSIAŁA zaproponować swoje bardziej pokojowe rozwiązanie. Nie byłaby sobą, gdyby tego nie zrobiła.