07.09.2024, 23:53 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 08.09.2024, 00:14 przez Brenna Longbottom.)
Gdyby Brenna miała tworzyć szkołę – oczywiście po tym, jak kompletnie by oszalała, i ktoś zagroziłby śmiercią jej i jej wszystkim bliskim, jeśli tego nie zrobi – prawdopodobnie szukałaby wsparcia u Morpheusa, Patricka, być może Victorii, ale absolutnie nie u takiego Stanleya Borgina. I tym bardziej lubiła wyobrażać sobie, że Założyciele faktycznie byli nie tylko jednostkami wybitnymi, ale także przyjaciółmi. A sądząc po minie, jaką zrobił Atreus, argument trafił na podatny grunt.
– Nie sądzę, żebym spodobała się komuś, kto konstruuje takie skomplikowane zagadki, za to na pewno doskonale dogadałaby się z moim wujkiem. Byłby zachwycony, gdyby mógł sobie to wszystko obejrzeć. Chociaż nigdy mu o tym nie opowiem, jeszcze zacząłby urządzać takie rzeczy w Warowni…
Kamienne palce zacisnęły się na jej własnych palcach ledwo Bulstrode sięgnął po rękę drugiej nimfy. Brenna się tego spodziewała, a i tak przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz i odruchowo spróbowała uwolnić dłoń. Cienie w lustrze zlały się zaraz, przyciągając jej spojrzenie: odruchowo spróbowała sięgnąć wolną ręką po różdżkę i wycelowała, ale nie rzuciła żadnego zaklęcia, gdy zdała sobie sprawę, że z lustra nie wychodzi żaden potwór – nic, co wcześniej powarkiwało i drapało w ściany. To była… postać. Ludzka postać. Brenna w pierwszej chwili nie rozumiała, na co patrzy. I dopiero gdy dłoń oparła się już o ramę, gdy istota opatrzyła zwierciadło, zapach krwi, przypalonych roślin, dymu i kwiaty przywiodły wspomnienie ostatniego Beltane.
Chyba wciąż nie pojmowałaby, co się dzieje, gdyby nie to, że raz już bogin stał się przy niej takim wieńcem. Wtedy nie rozumiała, co się dzieje – teraz chyba wreszcie do niej dotarło. Bała się wszystkiego, co symbolizowało tamto Beltane: własnych błędów, Voldemorta zyskującego moc, bezradności, utraty bliskich i tego, że zawiedzie. Wspomnienie tegorocznego święta miało twarz zapłakanego ducha dziecka, woń krwi Heather, leżącej w jej ramionach i fakturę popiołów, w które zamieniło się ciało wuja. Nawet wianek obracany wtedy w palcach w pewnym momencie lata łączył się z innym lękiem.
Może to wyrzuty sumienia, może natura widmowidza, sprawiały, że to wszystko tkwiło w niej na podobieństwo drobnych drzazg, które weszły pod skórę tak głęboko, że nie mogła ich wyciągnąć.
Prawdziwą próbą było więc nie rozwiązanie zagadki, a spojrzenie w twarz własnego lęku.
Zapewne było to jakieś zaklęcie, forma kontroli umysłu albo halucynacja, i dlatego musieli sięgnąć po te ręce, by lustro mogło odbić strach – ale i tak w pierwszej chwili Brenna, nieświadoma przecież, że oboje widzą coś zupełnie innego, założyła, że to bogin i ot próbował przestraszyć konkretnie ją. Machnęła więc różdżką, usiłując użyć riddikulus, przemienić istotę w zwykły bukiet.
– Nie sądzę, żebym spodobała się komuś, kto konstruuje takie skomplikowane zagadki, za to na pewno doskonale dogadałaby się z moim wujkiem. Byłby zachwycony, gdyby mógł sobie to wszystko obejrzeć. Chociaż nigdy mu o tym nie opowiem, jeszcze zacząłby urządzać takie rzeczy w Warowni…
Kamienne palce zacisnęły się na jej własnych palcach ledwo Bulstrode sięgnął po rękę drugiej nimfy. Brenna się tego spodziewała, a i tak przeszedł ją nieprzyjemny dreszcz i odruchowo spróbowała uwolnić dłoń. Cienie w lustrze zlały się zaraz, przyciągając jej spojrzenie: odruchowo spróbowała sięgnąć wolną ręką po różdżkę i wycelowała, ale nie rzuciła żadnego zaklęcia, gdy zdała sobie sprawę, że z lustra nie wychodzi żaden potwór – nic, co wcześniej powarkiwało i drapało w ściany. To była… postać. Ludzka postać. Brenna w pierwszej chwili nie rozumiała, na co patrzy. I dopiero gdy dłoń oparła się już o ramę, gdy istota opatrzyła zwierciadło, zapach krwi, przypalonych roślin, dymu i kwiaty przywiodły wspomnienie ostatniego Beltane.
Chyba wciąż nie pojmowałaby, co się dzieje, gdyby nie to, że raz już bogin stał się przy niej takim wieńcem. Wtedy nie rozumiała, co się dzieje – teraz chyba wreszcie do niej dotarło. Bała się wszystkiego, co symbolizowało tamto Beltane: własnych błędów, Voldemorta zyskującego moc, bezradności, utraty bliskich i tego, że zawiedzie. Wspomnienie tegorocznego święta miało twarz zapłakanego ducha dziecka, woń krwi Heather, leżącej w jej ramionach i fakturę popiołów, w które zamieniło się ciało wuja. Nawet wianek obracany wtedy w palcach w pewnym momencie lata łączył się z innym lękiem.
Może to wyrzuty sumienia, może natura widmowidza, sprawiały, że to wszystko tkwiło w niej na podobieństwo drobnych drzazg, które weszły pod skórę tak głęboko, że nie mogła ich wyciągnąć.
Prawdziwą próbą było więc nie rozwiązanie zagadki, a spojrzenie w twarz własnego lęku.
Zapewne było to jakieś zaklęcie, forma kontroli umysłu albo halucynacja, i dlatego musieli sięgnąć po te ręce, by lustro mogło odbić strach – ale i tak w pierwszej chwili Brenna, nieświadoma przecież, że oboje widzą coś zupełnie innego, założyła, że to bogin i ot próbował przestraszyć konkretnie ją. Machnęła więc różdżką, usiłując użyć riddikulus, przemienić istotę w zwykły bukiet.
Rzut Z 1d100 - 57
Sukces!
Sukces!
Rzut Z 1d100 - 47
Sukces!
Sukces!
Don't promise to live forever. Promise to forever live while you're alive.