07.09.2024, 00:11 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 07.09.2024, 00:18 przez Faye Travers.)
Zaćmienie słońca nie było czymś, co chciała przegapić. Wielka, żarząca się kula ognia piekielnego, która grzała niemiłosiernie i nieprzyjemnie jej ciało od początku czerwca mocno dawała się Traversowej we znaki. Nie było tajemnicą, że kobieta należała raczej do zimnolubnych stworzeń: w końcu była jesienią. Jej zapach, jej uroda, jej zamiłowanie do pożółkłych liści i spokoju, który wtedy spadał na cały świat - wszystko to biło jednym, swoistym rytmem i składało porozsypywane elementy układanki w jedną, spójną całość. Podobnie jak Maddox chciała zobaczyć, jak chociaż na chwilę słońce gaśnie i ustępuje na kilka chwil siłom, które są słabsze od niego samego. Siłom, które być może nie mogły równać się ze słońcem, lecz rządziły nią samą. To księżyc dyktował warunki i podporządkowywał sobie wszystkie wilkołaki. Jeżeli również wierzyć nauce, to miał również moc rządzenia morzami i oceanami, nie wspominając o kosmicznym wręcz wpływie na wszelkie istoty żyjące na tym świecie. Rządził nie tylko wilkołakami, ale również czarodziejami, wilkołakami, wampirami i mugolami. W teorii wespół ze słońcem, bo przecież bez słońca nie mógłby lśnić na nieboskłonie i wzywać swoich dzieci do siebie. W praktyce Faye doskonale wiedziała, że te dwie wielkie siły niemalże podzieliły świat na pół i jedno drugiemu nie wchodziło w drogę.
Z wyjątkiem takich chwil, jak ta.
Tej chwili nie chciała przegapić za żadne skarby, lecz nie mogła również zignorować zlecenia, które dostała. Zlecenia z pozoru prostego, acz irytująco lakonicznego. Sprawdź, co się tam dzieje. Och, normalnie pewnie nie działoby się nic złego, Popiełki przecież wcale nie żyły długo i wcale a wcale nikomu nie zagrażały. Lecz składały jaja w specyficznych warunkach - jaja, które trzeba było przechwycić jak najszybciej i rzucić na nie odpowiednie zaklęcia, by nie straciły swoich właściwości. Ich jaja były cholernie cenne i ciężkie do odnalezienia, lecz to nie to zaniepokoiło osobę, z którą rozmawiała. To magiczny ogień, który płonął niekontrolowanie zbyt długo - to właśnie on sprawiał, że Popiełki się rodziły. Rodziły? Czy może po prostu powstawały? Och, powinna była zapytać, skąd ten cholernik wiedział, w którym miejscu powinna szukać. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, nie omieszka zadać mu kilku pytań, na które będzie wymagała odpowiedzi. Bo prawdę mówiąc wytropienie kogokolwiek w tym lesie nie było takie łatwe, szczególnie jeżeli dostawało się ochłapy informacji. Z początku wylądowała w innej części Epping Forest i podejrzewała, że gdyby nie jej doświadczenie, wyostrzone zmysły oraz krew Yaxleów, która w niej płynęła, to nie znalazłaby obozowiska tych... Kimkolwiek byli.
Faye była cierpliwą osobą - gdy złapała trop, nie odpuszczała. Cierpliwie podążała za ofiarą i zdobywała informacje. Co robili? Jakie mieli zwyczaje? Co jedli? Dlaczego w ogóle tu byli i czemu się nie przemieszczali? Na wiele z jej własnych pytań dość szybko uzyskała odpowiedź, bo przecież z ogromnej odległości czuć było smród spalonych eliksirów, połączonych z kiepskiej jakości alkoholem. Czy ona wyczuwała kiepskiej jakości bimber, którego jedynym zadaniem było skopać i sponiewierać bez pomiziania kubków smakowych? A może to po prostu była wóda, wstrętna i paląca gardło, niemająca nic wspólnego z alkoholem, który pozwalał rozkoszować się chwilą, gdy ciecz pędziła wzdłuż przełyku.
Percepcja
- Ze mnie przynajmniej nie zrobili wychodka, Greyback. Cuchniesz jakby całe ich stado postanowiło sobie na tobie ulżyć - oczywiście, że go wyczuła tak samo, jak on wyczuł ją. Z tą różnicą, że gdy tylko się zbliżył i usłyszała szelest liści, a także wyczuła charakterystyczną woń Maddoxa, obróciła głowę w jego kierunku, na moment tracąc z oczu obozowisko. Jej głos był nieco cichszy od szeptu, podobnie jak jego: żadne z nich nie chciało przecież zaalarmować domorosłych alchemików. - Kiedy ostatnio brałeś porządny prysznic, Dox?
Posłała mu uśmiech. Jeden z tych, którymi obdarowywała go jeszcze w szkole. Zadziorny, nieco złośliwy, ale najzwyczajniej w świecie przyjemny. Blask jej brązowych oczu bił ciepło, sugerując że to wszystko było wyłącznie odpowiedzią na jego zaczepkę, a on wcale nie pachniał jak gówno trolla. Po prawdzie nawet podobał jej się jego zapach, być może to dlatego doszedł do jej nozdrzy tak szybko.
- A co? Chcesz rzucić mi okruszki chleba, żebym znalazła drogę do domu? - przekrzywiwszy nieco głowę, zmrużyła nieznacznie oczy. Znając go to prędzej rzuciłby w nią całym bochenkiem, niż kłopotałby się jakimiś okruszkami. Odwróciła więc łeb z powrotem, poprawiając nieco pozycję. Nie była zbyt wygodna, ale konieczna. Była tu, by zebrać jaja: najlepiej wtedy, gdy wszyscy pójdą spać. Problem w tym, że pijani ludzie mieli to do siebie, że chodzili spać albo równo ze wschodem słońca, albo nawet później. Nie chciała burdy, chociaż nie ukrywała, że gdyby to było konieczne, to by taką wszczęła. Zawsze jednak starała się najpierw szukać rozwiązań, które pozwolą na uniknięcie konfrontacji. Najlepiej by było, że wszystkich po prostu ścięło, a ona mogłaby zakraść się do namiotów. Widziała, że Popiełki właśnie tam znikały i podejrzewała, że właśnie tam znajdzie jaja. - Czy może potrzebujesz mapy i kogoś, kto chwyci cię za łapkę i odprowadzi na skraj lasu?
Z wyjątkiem takich chwil, jak ta.
Tej chwili nie chciała przegapić za żadne skarby, lecz nie mogła również zignorować zlecenia, które dostała. Zlecenia z pozoru prostego, acz irytująco lakonicznego. Sprawdź, co się tam dzieje. Och, normalnie pewnie nie działoby się nic złego, Popiełki przecież wcale nie żyły długo i wcale a wcale nikomu nie zagrażały. Lecz składały jaja w specyficznych warunkach - jaja, które trzeba było przechwycić jak najszybciej i rzucić na nie odpowiednie zaklęcia, by nie straciły swoich właściwości. Ich jaja były cholernie cenne i ciężkie do odnalezienia, lecz to nie to zaniepokoiło osobę, z którą rozmawiała. To magiczny ogień, który płonął niekontrolowanie zbyt długo - to właśnie on sprawiał, że Popiełki się rodziły. Rodziły? Czy może po prostu powstawały? Och, powinna była zapytać, skąd ten cholernik wiedział, w którym miejscu powinna szukać. Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, nie omieszka zadać mu kilku pytań, na które będzie wymagała odpowiedzi. Bo prawdę mówiąc wytropienie kogokolwiek w tym lesie nie było takie łatwe, szczególnie jeżeli dostawało się ochłapy informacji. Z początku wylądowała w innej części Epping Forest i podejrzewała, że gdyby nie jej doświadczenie, wyostrzone zmysły oraz krew Yaxleów, która w niej płynęła, to nie znalazłaby obozowiska tych... Kimkolwiek byli.
Faye była cierpliwą osobą - gdy złapała trop, nie odpuszczała. Cierpliwie podążała za ofiarą i zdobywała informacje. Co robili? Jakie mieli zwyczaje? Co jedli? Dlaczego w ogóle tu byli i czemu się nie przemieszczali? Na wiele z jej własnych pytań dość szybko uzyskała odpowiedź, bo przecież z ogromnej odległości czuć było smród spalonych eliksirów, połączonych z kiepskiej jakości alkoholem. Czy ona wyczuwała kiepskiej jakości bimber, którego jedynym zadaniem było skopać i sponiewierać bez pomiziania kubków smakowych? A może to po prostu była wóda, wstrętna i paląca gardło, niemająca nic wspólnego z alkoholem, który pozwalał rozkoszować się chwilą, gdy ciecz pędziła wzdłuż przełyku.
Percepcja
Rzut Z 1d100 - 98
Sukces!
Sukces!
- Ze mnie przynajmniej nie zrobili wychodka, Greyback. Cuchniesz jakby całe ich stado postanowiło sobie na tobie ulżyć - oczywiście, że go wyczuła tak samo, jak on wyczuł ją. Z tą różnicą, że gdy tylko się zbliżył i usłyszała szelest liści, a także wyczuła charakterystyczną woń Maddoxa, obróciła głowę w jego kierunku, na moment tracąc z oczu obozowisko. Jej głos był nieco cichszy od szeptu, podobnie jak jego: żadne z nich nie chciało przecież zaalarmować domorosłych alchemików. - Kiedy ostatnio brałeś porządny prysznic, Dox?
Posłała mu uśmiech. Jeden z tych, którymi obdarowywała go jeszcze w szkole. Zadziorny, nieco złośliwy, ale najzwyczajniej w świecie przyjemny. Blask jej brązowych oczu bił ciepło, sugerując że to wszystko było wyłącznie odpowiedzią na jego zaczepkę, a on wcale nie pachniał jak gówno trolla. Po prawdzie nawet podobał jej się jego zapach, być może to dlatego doszedł do jej nozdrzy tak szybko.
- A co? Chcesz rzucić mi okruszki chleba, żebym znalazła drogę do domu? - przekrzywiwszy nieco głowę, zmrużyła nieznacznie oczy. Znając go to prędzej rzuciłby w nią całym bochenkiem, niż kłopotałby się jakimiś okruszkami. Odwróciła więc łeb z powrotem, poprawiając nieco pozycję. Nie była zbyt wygodna, ale konieczna. Była tu, by zebrać jaja: najlepiej wtedy, gdy wszyscy pójdą spać. Problem w tym, że pijani ludzie mieli to do siebie, że chodzili spać albo równo ze wschodem słońca, albo nawet później. Nie chciała burdy, chociaż nie ukrywała, że gdyby to było konieczne, to by taką wszczęła. Zawsze jednak starała się najpierw szukać rozwiązań, które pozwolą na uniknięcie konfrontacji. Najlepiej by było, że wszystkich po prostu ścięło, a ona mogłaby zakraść się do namiotów. Widziała, że Popiełki właśnie tam znikały i podejrzewała, że właśnie tam znajdzie jaja. - Czy może potrzebujesz mapy i kogoś, kto chwyci cię za łapkę i odprowadzi na skraj lasu?