06.09.2024, 19:03 ✶
- Rozumiem, że skorzystasz z oferty jak tylko skończymy dyżur? - spojrzał na Prewetta porozumiewawczo, jakby nie mówił tego dostatecznie prześmiewczo.
- Jeśli nie, miejmy nadzieję, że jej ci tu nie przyśle - parsknął cicho w przypływie wisielczego humoru, który nasunął mu wizję nieszczęśniczki uderzonej zaklęciem wywołującym amnezję tylko po to, żeby trafiła do przystojnego pana uzdrowiciela, zakochała się z wzajemnością i rozwiodła się z synusiem podstępnej baby. W głowach takich osób siedziały różne chore pomysły. Na domiar złego wydawały im się bardzo normalne i logiczne a też nadto łatwe do wykonania.
- Kto wie, do czego byłaby zdolna - zauważył bez zbędnych słów.
Od starej baby gorsza była tylko stara i szurnięta baba ziejąca nienawiścią w kierunku kobiety, która odebrała jej synalka. Ambroise nie zaznał tego na własnej skórze. Po pierwsze, nie był kobietą. Po drugie, nie był żonaty ani nawet zaręczony. Po trzecie, jego własna matka dała dyla zaraz po narodzinach syna. Gdyby kiedykolwiek miał w planach brać ślub, mógłby reklamować się gwarancją nie posiadania nienawistnej przyszłej teściowej w pakiecie. Co prawda miał macochę, ale matka Roselyn była bardziej zajęta córką niż przybranym synem. Akceptowała go, ale nie byli sobie wyjątkowo bliscy. Miał to szczęście, że nie komentowała jego życia uczuciowego (albo niemalże braku, jeśli nie liczyć przelotnych znajomości) i nie próbowała załatwić mu ożenku. Za to już czuł współczucie wobec młodszej siostry, która nie miała tego szczęścia. Evelyn zafiksowała się na zamążpójściu jedynej córki. Skrycie trzymał kciuki, by w razie czego siostra nie trafiła na kobietę w stylu pacjentki kolegi.
Takie osoby każdego dnia udowadniały, że kobiety nie były łatwe. Miały oczekiwania i wymagania. Potrzebowały odpowiednich ilości uwagi. Nie za mało, bo czuły się zaniedbane. Nie za dużo, bo to uważały za niepokojące i (co dziwne) niemęskie. Chciały jednego. Potem drugiego. Greengrass wychował się z wieloma przedstawicielkami płci pięknej. Miał macochę, młodszą siostrę i niezliczone zastępy starszych kuzynek, które zajmowały się nim, gdy był młodszy. Dzięki temu było mu nieco łatwiej, ale wciąż niełatwo. Na dłuższą metę wysiadał z tego wesołego wagonika a kolejka jechała dalej bez niego. Ktoś inny kontynuował podróż ku nieokreślonemu celowi. Małżeństwu? Dzieciom?
Nie wyobrażał sobie w żadnej z tych ról. Ani jako głowy rodziny, męża ani ojca. W trudniejszych chwilach nie planował dożyć czasu, kiedy wypadałoby wejść w którąkolwiek z ról (a najlepiej pewnie we wszystkie). Pracoholizm był prostą drogą do przedwczesnego zgonu, jeśli nie byłby tym wybór ścieżki zawodowej. Uzdrowiciele w Mungu nie mieli wysokiej żywotności. Mało kto przechodził na emeryturę. Większość wysiadała przedwcześnie. Nienormowany czas pracy, narażenie na stres, rozliczne klątwy i opary eliksirów. U niego dochodziła jeszcze choroba genetyczna, która sprawiała, że wolał nie dożyć późnej starości. Nie wyobrażał sobie siebie w roli sparaliżowanego staruszka. Teraz to były małe niedogodności, ale nawet umoczenie palca we wrzątku i nie poczucie większego bólu było niezbyt dobrą wróżbą na przyszłość.
Na ostrzeżenie wzruszył ramionami, ale wyjął palec z herbaty. Faktycznie. Już robił się zaczerwieniony. Nie było bąbla na opuszce, ale prawdopodobnie musiał potraktować to jakimś eliksirem, jeśli będzie to uciążliwe podczas pracy.
- Już by tu nie wrócił - zawyrokował, uśmiechając się pod nosem - i dobra nasza, jednego mniej - upił trochę gorzkiej herbaty, zastanawiając się nad tym, jakby to było, gdyby mieli trochę mniejsze grono pacjentów.
Odkąd tu przyszedł rzadko bywały dni, kiedy nie mieli zbyt wiele roboty. W szpitalu nie dało się nudzić. Każdy dyżur zaskakiwał całkowicie nowym spojrzeniem na definicję głupoty. Każdy jej przypadek był wyjątkowy, nawet jeśli były podobne do siebie. Czasami chodziło o wielkość słoika, grubość szkła i to, czy był wypełniony cieczą zanim pękł. Od tego zależał cały dalszy los pacjenta. Czy trafiał na oddział wypadków przedmiotowych, zatruć eliksiralnych a może szczęśliwym zwycięzcą był właśnie jego kolega i klątwy, bo w słoju mieszkał wściekły dżin. Czasami bezczelnie przerzucali pacjentów między oddziałami z byle pretekstem, bo nie chcieli ich u siebie. Czasami chcieli, ale nie mieli już tych nieszczęsnych łóżek.
Może naprawdę wypadało uciec się do moralnej wątpliwości i "nabyć" kilka drogą przekleństwa?
Tego wieczoru ich oddział był całkowicie zapełniony.
- Pomyśl o tym. Moglibyśmy wstawić je do piwnicy - zasugerował i nawet nie drgnęła mu powieka. - Mamy tam trochę miejsca, odkąd nakazano nam pozbyć się części lochów dla pacjentów - niestety, cała powaga wyparowała, gdy postanowił nawiązać do niedawnych plotek na temat nagłej poprawy stanu szpitala i dotacji za obietnicę zlikwidowania problemu podziemnej umieralni, w której czarodzieje oczekiwali na śmierć i pobór organów.
Śmieszne, że to właśnie ich pacjenci rozpuszczali podobne plotki. Ci ludzie, którzy serwowali codzienną dawkę problemów do rozwiązania a potem wychodzili ze szpitala i zaczynali jakąś dziwną kampanię. Całe szczęście, było ich niewielu, ale czasem przysparzali bólu głowy. Dla Ambroisa gorsi byli wyłącznie...
...o tak...
...Stażyści.
- Mów dalej - mruknął, bacznie wpatrując się w kolegę i co jakiś czas kiwając głową. To brzmiało nie tylko niegłupio, ale bardzo, bardzo użytecznie. - Pomyślałby kto, że tak cię lubią a nie wiedzą, co kryje się pod spodem - parsknął z rozbawieniem i bez ukrywania, że wziął sobie do serca wszystkie sugestie. Niewątpliwie zamierzał to wcielić w życie.
Prawdopodobnie wzięłoby go na dalsze konsultowanie problemów stażystów z Basiliusem, gdyby nie Ten Dźwięk. Ten pozbawiony litości Dźwięk kroków sugerujących, że ktoś śpieszył z wieściami a nie przyszedł dołączyć do nich na kawie. Ambroise bez wahania wypił gorącą herbatę jednym haustem (już i tak wcześniej poparzył podniebienie) wbijając wzrok w drzwi w momencie, w którym pojawiła się tam znajoma twarz. Kobieta przeszła przez nie tak prędkim krokiem, że nie miał wątpliwości w to, co zaraz powie.
Faktycznie.
- Pani Blake - kiwnął głową, słuchając szybkiego streszczenia sytuacji, po czym przeniósł wzrok na Prewetta. - To na pewno nie pełnia? - Spytał, choć kalendarz w kafeterii śmiał się w najlepsze. W przenośni, oczywiście. Pokazywał jasno, że to naprawdę nie była pełnia. Jeszcze.
Ambroise jak najszybciej podniósł się z miejsca, rozprostowując mięśnie i wzdychając.
- Czyj oddział? Twój czy mój? - Zwrócił się do kolegi, uznając, że powinni to ustalić zanim pacjent zejdzie z izby przyjęć... lub całkowicie z tego świata. Mogli też rzucić monetą.
- Jeśli nie, miejmy nadzieję, że jej ci tu nie przyśle - parsknął cicho w przypływie wisielczego humoru, który nasunął mu wizję nieszczęśniczki uderzonej zaklęciem wywołującym amnezję tylko po to, żeby trafiła do przystojnego pana uzdrowiciela, zakochała się z wzajemnością i rozwiodła się z synusiem podstępnej baby. W głowach takich osób siedziały różne chore pomysły. Na domiar złego wydawały im się bardzo normalne i logiczne a też nadto łatwe do wykonania.
- Kto wie, do czego byłaby zdolna - zauważył bez zbędnych słów.
Od starej baby gorsza była tylko stara i szurnięta baba ziejąca nienawiścią w kierunku kobiety, która odebrała jej synalka. Ambroise nie zaznał tego na własnej skórze. Po pierwsze, nie był kobietą. Po drugie, nie był żonaty ani nawet zaręczony. Po trzecie, jego własna matka dała dyla zaraz po narodzinach syna. Gdyby kiedykolwiek miał w planach brać ślub, mógłby reklamować się gwarancją nie posiadania nienawistnej przyszłej teściowej w pakiecie. Co prawda miał macochę, ale matka Roselyn była bardziej zajęta córką niż przybranym synem. Akceptowała go, ale nie byli sobie wyjątkowo bliscy. Miał to szczęście, że nie komentowała jego życia uczuciowego (albo niemalże braku, jeśli nie liczyć przelotnych znajomości) i nie próbowała załatwić mu ożenku. Za to już czuł współczucie wobec młodszej siostry, która nie miała tego szczęścia. Evelyn zafiksowała się na zamążpójściu jedynej córki. Skrycie trzymał kciuki, by w razie czego siostra nie trafiła na kobietę w stylu pacjentki kolegi.
Takie osoby każdego dnia udowadniały, że kobiety nie były łatwe. Miały oczekiwania i wymagania. Potrzebowały odpowiednich ilości uwagi. Nie za mało, bo czuły się zaniedbane. Nie za dużo, bo to uważały za niepokojące i (co dziwne) niemęskie. Chciały jednego. Potem drugiego. Greengrass wychował się z wieloma przedstawicielkami płci pięknej. Miał macochę, młodszą siostrę i niezliczone zastępy starszych kuzynek, które zajmowały się nim, gdy był młodszy. Dzięki temu było mu nieco łatwiej, ale wciąż niełatwo. Na dłuższą metę wysiadał z tego wesołego wagonika a kolejka jechała dalej bez niego. Ktoś inny kontynuował podróż ku nieokreślonemu celowi. Małżeństwu? Dzieciom?
Nie wyobrażał sobie w żadnej z tych ról. Ani jako głowy rodziny, męża ani ojca. W trudniejszych chwilach nie planował dożyć czasu, kiedy wypadałoby wejść w którąkolwiek z ról (a najlepiej pewnie we wszystkie). Pracoholizm był prostą drogą do przedwczesnego zgonu, jeśli nie byłby tym wybór ścieżki zawodowej. Uzdrowiciele w Mungu nie mieli wysokiej żywotności. Mało kto przechodził na emeryturę. Większość wysiadała przedwcześnie. Nienormowany czas pracy, narażenie na stres, rozliczne klątwy i opary eliksirów. U niego dochodziła jeszcze choroba genetyczna, która sprawiała, że wolał nie dożyć późnej starości. Nie wyobrażał sobie siebie w roli sparaliżowanego staruszka. Teraz to były małe niedogodności, ale nawet umoczenie palca we wrzątku i nie poczucie większego bólu było niezbyt dobrą wróżbą na przyszłość.
Na ostrzeżenie wzruszył ramionami, ale wyjął palec z herbaty. Faktycznie. Już robił się zaczerwieniony. Nie było bąbla na opuszce, ale prawdopodobnie musiał potraktować to jakimś eliksirem, jeśli będzie to uciążliwe podczas pracy.
- Już by tu nie wrócił - zawyrokował, uśmiechając się pod nosem - i dobra nasza, jednego mniej - upił trochę gorzkiej herbaty, zastanawiając się nad tym, jakby to było, gdyby mieli trochę mniejsze grono pacjentów.
Odkąd tu przyszedł rzadko bywały dni, kiedy nie mieli zbyt wiele roboty. W szpitalu nie dało się nudzić. Każdy dyżur zaskakiwał całkowicie nowym spojrzeniem na definicję głupoty. Każdy jej przypadek był wyjątkowy, nawet jeśli były podobne do siebie. Czasami chodziło o wielkość słoika, grubość szkła i to, czy był wypełniony cieczą zanim pękł. Od tego zależał cały dalszy los pacjenta. Czy trafiał na oddział wypadków przedmiotowych, zatruć eliksiralnych a może szczęśliwym zwycięzcą był właśnie jego kolega i klątwy, bo w słoju mieszkał wściekły dżin. Czasami bezczelnie przerzucali pacjentów między oddziałami z byle pretekstem, bo nie chcieli ich u siebie. Czasami chcieli, ale nie mieli już tych nieszczęsnych łóżek.
Może naprawdę wypadało uciec się do moralnej wątpliwości i "nabyć" kilka drogą przekleństwa?
Tego wieczoru ich oddział był całkowicie zapełniony.
- Pomyśl o tym. Moglibyśmy wstawić je do piwnicy - zasugerował i nawet nie drgnęła mu powieka. - Mamy tam trochę miejsca, odkąd nakazano nam pozbyć się części lochów dla pacjentów - niestety, cała powaga wyparowała, gdy postanowił nawiązać do niedawnych plotek na temat nagłej poprawy stanu szpitala i dotacji za obietnicę zlikwidowania problemu podziemnej umieralni, w której czarodzieje oczekiwali na śmierć i pobór organów.
Śmieszne, że to właśnie ich pacjenci rozpuszczali podobne plotki. Ci ludzie, którzy serwowali codzienną dawkę problemów do rozwiązania a potem wychodzili ze szpitala i zaczynali jakąś dziwną kampanię. Całe szczęście, było ich niewielu, ale czasem przysparzali bólu głowy. Dla Ambroisa gorsi byli wyłącznie...
...o tak...
...Stażyści.
- Mów dalej - mruknął, bacznie wpatrując się w kolegę i co jakiś czas kiwając głową. To brzmiało nie tylko niegłupio, ale bardzo, bardzo użytecznie. - Pomyślałby kto, że tak cię lubią a nie wiedzą, co kryje się pod spodem - parsknął z rozbawieniem i bez ukrywania, że wziął sobie do serca wszystkie sugestie. Niewątpliwie zamierzał to wcielić w życie.
Prawdopodobnie wzięłoby go na dalsze konsultowanie problemów stażystów z Basiliusem, gdyby nie Ten Dźwięk. Ten pozbawiony litości Dźwięk kroków sugerujących, że ktoś śpieszył z wieściami a nie przyszedł dołączyć do nich na kawie. Ambroise bez wahania wypił gorącą herbatę jednym haustem (już i tak wcześniej poparzył podniebienie) wbijając wzrok w drzwi w momencie, w którym pojawiła się tam znajoma twarz. Kobieta przeszła przez nie tak prędkim krokiem, że nie miał wątpliwości w to, co zaraz powie.
Faktycznie.
- Pani Blake - kiwnął głową, słuchając szybkiego streszczenia sytuacji, po czym przeniósł wzrok na Prewetta. - To na pewno nie pełnia? - Spytał, choć kalendarz w kafeterii śmiał się w najlepsze. W przenośni, oczywiście. Pokazywał jasno, że to naprawdę nie była pełnia. Jeszcze.
Ambroise jak najszybciej podniósł się z miejsca, rozprostowując mięśnie i wzdychając.
- Czyj oddział? Twój czy mój? - Zwrócił się do kolegi, uznając, że powinni to ustalić zanim pacjent zejdzie z izby przyjęć... lub całkowicie z tego świata. Mogli też rzucić monetą.