05.09.2024, 01:38 ✶
— To nie jest robota na weekend — skomentował, słysząc kolejne teorie na temat braku objawów u syna dawcy.
Czy miał swoje własne teorie? Oczywiście, że tak. Osobiście stawiałby, że magiczny potencjał zawarty w genach jednego rodzica mógł poniekąd zniwelować aktywację klątwy żywiołów. A to z kolei mogło drastycznie obniżać szansę na to, że klątwa w ogóle kiedykolwiek się uaktywni, o ile nie doszło do mocnych zaburzeń emocjonalnych. Wprawdzie przeżycie całego życia w ciszy i spokoju było dosyć wątpliwe, ale gdyby komuś się udało... To może dziecko takiej osoby miałoby jeszcze mniejsze szanse na zapadnięcie na klątwę? I tak z pokolenia na pokolenie klątwa by wygasała, bo nie mogłaby zapłonąć swego rodzaju ''iskra''?
— A-ha, no tak — wymamrotał pod nosem Cameron, gdy Florence zwróciła mu uwagę na nieścisłości w jego toku rozumowania. — Wydawało mi się... Aktywna klątwa reaguje na silne emocje przeklętego, tak? W świecie czarodziejów magia jest częścią codziennego życia, więc pomyślałem, że przetestowanie różnych rodzajów magii mogłoby nam zasugerować, czy są jakieś czynniki zewnętrzne, które mogą dokonać sprzężenia z klątwą. Na przykład intensywne wykorzystanie zaklęć lub eliksirów zamrażających na próbki klątwy ognia. Lub dopasowanie żywiołu do żywiołu i potraktowanie powietrza powietrzem.
Nie miał zamiaru upierać się przy swoich tezach. Chociaż wiedział całkiem sporo o eliksirach, tak klątwołamanie nie było jego ukochaną specjalizacją. Ba, coraz częściej miał wrażenie, że chyba lepiej by było dla niego, gdyby Szpital św. Munga po prostu oddelegował go do pracowni alchemicznych, aby tam dłubał sobie w składnikach pozyskanych z hodowli i zwierząt z magicznego świata. Zlecenie Florence... Było gdzieś pośrodku. Spędzi w laboratoriach kliniki równie wiele czasu, co pracując z dokumentacją, jak i prowadzeniem wywiadów z przeklętymi, o ile Bulstrode w ogóle go do tego dopuści.
— A więc... Jakie jest moja rola w tym wszystkim? Tak konkretnie? — spytał z krzywą miną, licząc, że niedługo dowie się, czego właściwie się po nim oczekuje. Zastosowania standardowych procedur, jakie wykorzystywano przy badaniach krwi w Szpitalu św. Munga? A może czegoś bardziej innowacyjnego? — To nie wygląda jak standardowy przydział. Bardziej jak coś kompletnie nowego. Wielowątkowego. — Wbił wzrok w próbki. — Chyba, że... Szpital dostał jakieś dofinansowanie od rządu...?
Uśmiechnął się z nadzieją. Złudne nadzieje, ale w sumie wszystko mogło się zdarzyć. Szpital św. Munga okazał się cennym sojusznikiem w radzeniu sobie z konsekwencjami wydarzeń na Polanie Ognisk. Zarówno tych związanych stricte z atakiem Śmierciożerców na Beltane, jak i nietrafionych rytuałów miłosnych, które dręczył czarodziejów w ciągu ostatnich miesięcy. Może Miinisterstwo Magii postanowiło nieco wesprzeć wewnętrzne badania lokalnych magimedyków? Magia miłości, klątwa żywiołów... Kto wie, czy któryś oddział nie zacierał już rąk w oczekiwaniu na rozpoczęcie prac nad likantropią!
Czy miał swoje własne teorie? Oczywiście, że tak. Osobiście stawiałby, że magiczny potencjał zawarty w genach jednego rodzica mógł poniekąd zniwelować aktywację klątwy żywiołów. A to z kolei mogło drastycznie obniżać szansę na to, że klątwa w ogóle kiedykolwiek się uaktywni, o ile nie doszło do mocnych zaburzeń emocjonalnych. Wprawdzie przeżycie całego życia w ciszy i spokoju było dosyć wątpliwe, ale gdyby komuś się udało... To może dziecko takiej osoby miałoby jeszcze mniejsze szanse na zapadnięcie na klątwę? I tak z pokolenia na pokolenie klątwa by wygasała, bo nie mogłaby zapłonąć swego rodzaju ''iskra''?
— A-ha, no tak — wymamrotał pod nosem Cameron, gdy Florence zwróciła mu uwagę na nieścisłości w jego toku rozumowania. — Wydawało mi się... Aktywna klątwa reaguje na silne emocje przeklętego, tak? W świecie czarodziejów magia jest częścią codziennego życia, więc pomyślałem, że przetestowanie różnych rodzajów magii mogłoby nam zasugerować, czy są jakieś czynniki zewnętrzne, które mogą dokonać sprzężenia z klątwą. Na przykład intensywne wykorzystanie zaklęć lub eliksirów zamrażających na próbki klątwy ognia. Lub dopasowanie żywiołu do żywiołu i potraktowanie powietrza powietrzem.
Nie miał zamiaru upierać się przy swoich tezach. Chociaż wiedział całkiem sporo o eliksirach, tak klątwołamanie nie było jego ukochaną specjalizacją. Ba, coraz częściej miał wrażenie, że chyba lepiej by było dla niego, gdyby Szpital św. Munga po prostu oddelegował go do pracowni alchemicznych, aby tam dłubał sobie w składnikach pozyskanych z hodowli i zwierząt z magicznego świata. Zlecenie Florence... Było gdzieś pośrodku. Spędzi w laboratoriach kliniki równie wiele czasu, co pracując z dokumentacją, jak i prowadzeniem wywiadów z przeklętymi, o ile Bulstrode w ogóle go do tego dopuści.
— A więc... Jakie jest moja rola w tym wszystkim? Tak konkretnie? — spytał z krzywą miną, licząc, że niedługo dowie się, czego właściwie się po nim oczekuje. Zastosowania standardowych procedur, jakie wykorzystywano przy badaniach krwi w Szpitalu św. Munga? A może czegoś bardziej innowacyjnego? — To nie wygląda jak standardowy przydział. Bardziej jak coś kompletnie nowego. Wielowątkowego. — Wbił wzrok w próbki. — Chyba, że... Szpital dostał jakieś dofinansowanie od rządu...?
Uśmiechnął się z nadzieją. Złudne nadzieje, ale w sumie wszystko mogło się zdarzyć. Szpital św. Munga okazał się cennym sojusznikiem w radzeniu sobie z konsekwencjami wydarzeń na Polanie Ognisk. Zarówno tych związanych stricte z atakiem Śmierciożerców na Beltane, jak i nietrafionych rytuałów miłosnych, które dręczył czarodziejów w ciągu ostatnich miesięcy. Może Miinisterstwo Magii postanowiło nieco wesprzeć wewnętrzne badania lokalnych magimedyków? Magia miłości, klątwa żywiołów... Kto wie, czy któryś oddział nie zacierał już rąk w oczekiwaniu na rozpoczęcie prac nad likantropią!