03.09.2024, 18:13 ✶
- W życiu bym się nie domyślił - odrzekł. Prawie nie dało się wyczuć przekąsu, z jakim Ambroise to powiedział.
Florence i niechęć do przeżywania nagłych przygód? Niemożliwe. Przecież niejednokrotnie dawała do zrozumienia, że uwielbiała niespodzianki. Czekała na każdą z nich, szczególnie na taką, która wymagałaby od niej pójścia w teren. Każdy w szpitalu wiedział, że była najlepsza w taplaniu się w błocie. Nikt nie przedzierał się przez głuszę z takim wigorem, żeby nieść pomoc tam, gdzie zwykli uzdrowiciele kręcili nosem. Nie straszne jej były deszcze i burze. Pajęczyny wciągała nosem. Kurz również, ale w formie eleganckiej kreski, bo w końcu była damą. Zawodowo dźwigała ciężary i tak dalej, i tak dalej. Rozkwitała w chaosie, nieprawdaż?
No, to była niedorzeczna, ale zabawna alternatywa dla sztywności i umiłowania porządku. Tym też niespecjalnie się dziwił. Szanował jej podejście do pracy. Jedynie sądził, że mogłaby czasem dać się ponieść duchowi odkrywcy. Musiała mieć jakieś pokłady ciekawości, nieważne jak bardzo ukryte.
- Jasne - korciło go dodać, że gorzej nie będzie, ale nie chciał kusić losu. Może zabrali się za mniej groźne rośliny, ale to nie znaczyło, że powinni spuścić gardę i pozwolić sobie na całkowitą nieuwagę.
Z jego doświadczenia wystarczyła chwila, żeby popełnić elementarny błąd polegający na niedoszacowaniu zagrożenia. Nawet najlepsi specjaliści trafiali do szpitala po tym, jak bagatelizowali znane rośliny w swoich rodzinnych rejonach. Nagle okazywało się, że pośród łagodnego gatunku rozpleniło się coś, co koegzystowało pod jego osłoną. Znane krzaki kryły śmiertelną pułapkę, bo tego dnia pyliły duszącym, alergicznym pyłkiem. I tak dalej, i tak dalej.
Dopóki Florence nie wróciła, nie podejmował żadnych pochopnych kroków. Świerzbiło go, żeby spróbować wydrzeć kawałek trawy przy pomocy gołej dłoni, ale nie był totalnym idiotą. Co powiedziałaby rodzina, gdyby musiano go po tym chować? Szczególnie, że zaraz po Bulstrode wrócił również stażysta z dodatkowymi eliksirami.
- Miejmy nadzieję, że to wystarczy - odpowiedział stażyście, wyjątkowo nie uznając braków magazynowych za jego winę. Może nie uniósł wzroku, nie spojrzał na młodego uzdrowiciela, ale aprobująco kiwnął głową. - Dzięki. To chyba wszystko, w czym możesz nam pomóc - dodał, nadal wpatrzony w rośliny na ławce, ale myślami podążający do tej samej niepokojącej konkluzji, do której doszła Florence. Kątem oka zaobserwował odejście ich pomocnika zanim odezwał się do towarzyszki.
- Odnosisz wrażenie, że ciągle nam czegoś ubywa? - spytał uważnie, po czym obdarzył ją ponurym spojrzeniem. - Zazwyczaj mniej zauważalnie. Brakuje mniejszych ilości niż w tym wypadku, ale to któryś raz, kiedy stan nie zgadza się z inwentarzem - zaznaczył.
To nie był moment, żeby dociekać przyczyny, ale Ambroise chciał zarzucić temat komuś mającemu równie poważne podejście do odnotowywania zużytych środków. Widział tu tylko trzy możliwości. Albo komuś brakło przeszkolenia z etyki pracy i notorczywie ignorował swoje papierkowe obowiązki a na dodatek włóczył się po składnikach całego szpitala. Przywłaszczał sobie to, czego potrzebował i szedł dalej. Niepomny, że wypadało to odnotować. Albo mieli problem z kimś, kto nie znał się na systemach ułożenia eliksirów w poszczególnych sektorach. Albo powinni szukać złodzieja. Żadna opcja nie brzmiała pozytywnie.
- Bądź tak miła i przytrzymaj ten pojemnik. Przygotuj się, żeby jak najszybciej go zatrzasnąć, kiedy wrzucę tam próbkę - ostrzegł, choć prawdopodobnie nie musiał. W tej chwili myśleli o podobnych rzeczach. Nie mógł nie zgodzić się z ogólnym planem.
Bez słowa założył grube rękawiczki z twardej skóry, które profilaktycznie wsadził do kieszeni przed opuszczeniem gabinetu. Nie chciał niepotrzebnie ryzykować, nawet jeśli ograniczał sobie część ruchów. Chwycił jeden ze skalpeli i wprawnym ruchem dokonał pierwszego głębokiego cięcia...
...i nic się nie stało. Nożyk wszedł jak w masło, dał się poprowadzić w jedną i drugą stronę. Później w bok i znowu. Pełen zdziwienia Ambroise bez problemów wykroił kawałek darni, łapiąc ją w rękę, żeby wrzucić próbkę do pojemnika...
...która nagle gwałtownie się poruszyła, porządnie trzaskając go korzeniami po łapach, wydzierając się z ręki. Zamiast rzucić mu się w twarz, połać trawy skoczyła w mgnieniu oka na podłogę, korzystając z korzeni jak z maleńkich nóżek przystosowanych do szybkiej ucieczki. Kwadrat trawy zaczął kierować się w stronę światła w drzwiach na oddział. W tym czasie reszta źdźbeł poruszała się to w prawo to w lewo, jakby kibicowała uciekinierowi.
Florence i niechęć do przeżywania nagłych przygód? Niemożliwe. Przecież niejednokrotnie dawała do zrozumienia, że uwielbiała niespodzianki. Czekała na każdą z nich, szczególnie na taką, która wymagałaby od niej pójścia w teren. Każdy w szpitalu wiedział, że była najlepsza w taplaniu się w błocie. Nikt nie przedzierał się przez głuszę z takim wigorem, żeby nieść pomoc tam, gdzie zwykli uzdrowiciele kręcili nosem. Nie straszne jej były deszcze i burze. Pajęczyny wciągała nosem. Kurz również, ale w formie eleganckiej kreski, bo w końcu była damą. Zawodowo dźwigała ciężary i tak dalej, i tak dalej. Rozkwitała w chaosie, nieprawdaż?
No, to była niedorzeczna, ale zabawna alternatywa dla sztywności i umiłowania porządku. Tym też niespecjalnie się dziwił. Szanował jej podejście do pracy. Jedynie sądził, że mogłaby czasem dać się ponieść duchowi odkrywcy. Musiała mieć jakieś pokłady ciekawości, nieważne jak bardzo ukryte.
- Jasne - korciło go dodać, że gorzej nie będzie, ale nie chciał kusić losu. Może zabrali się za mniej groźne rośliny, ale to nie znaczyło, że powinni spuścić gardę i pozwolić sobie na całkowitą nieuwagę.
Z jego doświadczenia wystarczyła chwila, żeby popełnić elementarny błąd polegający na niedoszacowaniu zagrożenia. Nawet najlepsi specjaliści trafiali do szpitala po tym, jak bagatelizowali znane rośliny w swoich rodzinnych rejonach. Nagle okazywało się, że pośród łagodnego gatunku rozpleniło się coś, co koegzystowało pod jego osłoną. Znane krzaki kryły śmiertelną pułapkę, bo tego dnia pyliły duszącym, alergicznym pyłkiem. I tak dalej, i tak dalej.
Dopóki Florence nie wróciła, nie podejmował żadnych pochopnych kroków. Świerzbiło go, żeby spróbować wydrzeć kawałek trawy przy pomocy gołej dłoni, ale nie był totalnym idiotą. Co powiedziałaby rodzina, gdyby musiano go po tym chować? Szczególnie, że zaraz po Bulstrode wrócił również stażysta z dodatkowymi eliksirami.
- Miejmy nadzieję, że to wystarczy - odpowiedział stażyście, wyjątkowo nie uznając braków magazynowych za jego winę. Może nie uniósł wzroku, nie spojrzał na młodego uzdrowiciela, ale aprobująco kiwnął głową. - Dzięki. To chyba wszystko, w czym możesz nam pomóc - dodał, nadal wpatrzony w rośliny na ławce, ale myślami podążający do tej samej niepokojącej konkluzji, do której doszła Florence. Kątem oka zaobserwował odejście ich pomocnika zanim odezwał się do towarzyszki.
- Odnosisz wrażenie, że ciągle nam czegoś ubywa? - spytał uważnie, po czym obdarzył ją ponurym spojrzeniem. - Zazwyczaj mniej zauważalnie. Brakuje mniejszych ilości niż w tym wypadku, ale to któryś raz, kiedy stan nie zgadza się z inwentarzem - zaznaczył.
To nie był moment, żeby dociekać przyczyny, ale Ambroise chciał zarzucić temat komuś mającemu równie poważne podejście do odnotowywania zużytych środków. Widział tu tylko trzy możliwości. Albo komuś brakło przeszkolenia z etyki pracy i notorczywie ignorował swoje papierkowe obowiązki a na dodatek włóczył się po składnikach całego szpitala. Przywłaszczał sobie to, czego potrzebował i szedł dalej. Niepomny, że wypadało to odnotować. Albo mieli problem z kimś, kto nie znał się na systemach ułożenia eliksirów w poszczególnych sektorach. Albo powinni szukać złodzieja. Żadna opcja nie brzmiała pozytywnie.
- Bądź tak miła i przytrzymaj ten pojemnik. Przygotuj się, żeby jak najszybciej go zatrzasnąć, kiedy wrzucę tam próbkę - ostrzegł, choć prawdopodobnie nie musiał. W tej chwili myśleli o podobnych rzeczach. Nie mógł nie zgodzić się z ogólnym planem.
Bez słowa założył grube rękawiczki z twardej skóry, które profilaktycznie wsadził do kieszeni przed opuszczeniem gabinetu. Nie chciał niepotrzebnie ryzykować, nawet jeśli ograniczał sobie część ruchów. Chwycił jeden ze skalpeli i wprawnym ruchem dokonał pierwszego głębokiego cięcia...
...i nic się nie stało. Nożyk wszedł jak w masło, dał się poprowadzić w jedną i drugą stronę. Później w bok i znowu. Pełen zdziwienia Ambroise bez problemów wykroił kawałek darni, łapiąc ją w rękę, żeby wrzucić próbkę do pojemnika...
...która nagle gwałtownie się poruszyła, porządnie trzaskając go korzeniami po łapach, wydzierając się z ręki. Zamiast rzucić mu się w twarz, połać trawy skoczyła w mgnieniu oka na podłogę, korzystając z korzeni jak z maleńkich nóżek przystosowanych do szybkiej ucieczki. Kwadrat trawy zaczął kierować się w stronę światła w drzwiach na oddział. W tym czasie reszta źdźbeł poruszała się to w prawo to w lewo, jakby kibicowała uciekinierowi.