03.09.2024, 13:44 ✶
(Ten post był ostatnio modyfikowany: 03.09.2024, 13:45 przez Cathal Shafiq.)
– Albo jaśniejsze – mruknął Cathal, po długiej, długiej chwili wpatrywania się w wąskie przejście. Nie, nie mógł przypomnieć sobie podobnego przypadku, a to oznaczało, że na nic takiego się nie natknął, ani osobiście, ani w zapiskach, ani nawet nie słyszał takiej historii z drugiej ręki. – Faktycznie zabrał do grobu wyniki swoich badań albo coś innego. Oficjalnie spoczywa we wnęce, ale tak naprawdę pochowano go gdzieś tam… I ten sarkofag, pewnie od początku pusty, bo nie mieli ciała Roberta Wintera, jest przejściem. Cholera, powinienem zabrać Pandorę.
Skoro Winter tak się postarał, albo był paranoikiem, albo wrednym typem, który nie chciał, by ktoś dostał wyniki jego badań. W każdym razie, mogli się tu spodziewać wszystkiego, co najpaskudniejsze. Klątw. Pułapek. Diabelskich sideł. Dlatego wahał się, czy w ogóle wchodzić do środka – czy nie należało sprowadzić tu reszty ekipy. Ale i tak ryzykowali z tym włamaniem.
– Sprawdzimy, co i jak, i najwyżej wrócimy tu później – mruknął w końcu, a potem obrzucił ją spojrzeniem odrobinę kpiącym. – Ginny, jestem chamem, nie dżentelmenem. Nie oczekuj, że będę przepuszczać gdziekolwiek kobiety – oświadczył. Przykucnął i najpierw machnął różdżką, oświetlając dokładniej tunel, sprawdzając, czy nie dostrzeże czegokolwiek, co wskazywałoby na obecność klątwy albo pułapki, i wymusiło na nich cofnięcie po specjalistę. Podniósł jakiś kamyk i rzucił go do przodu, wyglądało jednak na to, że na razie nie było tu niczego niebezpiecznego.
Wejście do wnęki w ścianie, wymagało położenia się na zakurzonej powierzchni – a nawet gdy Shafiq przedostał się do tunelu, z jego wzrostem i barami niemal dotykał ramionami boków tunelu, i musiał iść zgięty w pół. Udowodnił przy okazji, że zaiste nie jest dżentelmenem, przeklinając przy tym okropnie – wprawdzie McGonagall nie mogła go zrozumieć, bo przeklinał głównie po rosyjsku, ale szło się domyślić po tonie, że nie są to żadne magiczne zaklęcia. Nie pierwszy raz przedzierał się przez korytarze w taki sposób, w Egipcie nieraz przychodziło mu się wręcz czołgać, ale nigdy nie stało się to przyjemniejsze. Wąski, niski korytarz prowadził w dół i w dół, głębiej pod cmentarz, a potem – Cal był niemal pewny – poza jego teren (może i dobrze: jeszcze inaczej by znaleźli się za blisko Kromlechu, a tego to na pewno żadne z nich nie chciało), aż w końcu, ku jego niezmiernej uldze, poszerzył się, zamieniając w jaskinię. Shafiq zaklął znowu, wyprostował się i roztarł obolały kark.
– Chyba stworzył tunel z grobowca do jakiejś naturalnej, podziemnej groty.
Skoro Winter tak się postarał, albo był paranoikiem, albo wrednym typem, który nie chciał, by ktoś dostał wyniki jego badań. W każdym razie, mogli się tu spodziewać wszystkiego, co najpaskudniejsze. Klątw. Pułapek. Diabelskich sideł. Dlatego wahał się, czy w ogóle wchodzić do środka – czy nie należało sprowadzić tu reszty ekipy. Ale i tak ryzykowali z tym włamaniem.
– Sprawdzimy, co i jak, i najwyżej wrócimy tu później – mruknął w końcu, a potem obrzucił ją spojrzeniem odrobinę kpiącym. – Ginny, jestem chamem, nie dżentelmenem. Nie oczekuj, że będę przepuszczać gdziekolwiek kobiety – oświadczył. Przykucnął i najpierw machnął różdżką, oświetlając dokładniej tunel, sprawdzając, czy nie dostrzeże czegokolwiek, co wskazywałoby na obecność klątwy albo pułapki, i wymusiło na nich cofnięcie po specjalistę. Podniósł jakiś kamyk i rzucił go do przodu, wyglądało jednak na to, że na razie nie było tu niczego niebezpiecznego.
Wejście do wnęki w ścianie, wymagało położenia się na zakurzonej powierzchni – a nawet gdy Shafiq przedostał się do tunelu, z jego wzrostem i barami niemal dotykał ramionami boków tunelu, i musiał iść zgięty w pół. Udowodnił przy okazji, że zaiste nie jest dżentelmenem, przeklinając przy tym okropnie – wprawdzie McGonagall nie mogła go zrozumieć, bo przeklinał głównie po rosyjsku, ale szło się domyślić po tonie, że nie są to żadne magiczne zaklęcia. Nie pierwszy raz przedzierał się przez korytarze w taki sposób, w Egipcie nieraz przychodziło mu się wręcz czołgać, ale nigdy nie stało się to przyjemniejsze. Wąski, niski korytarz prowadził w dół i w dół, głębiej pod cmentarz, a potem – Cal był niemal pewny – poza jego teren (może i dobrze: jeszcze inaczej by znaleźli się za blisko Kromlechu, a tego to na pewno żadne z nich nie chciało), aż w końcu, ku jego niezmiernej uldze, poszerzył się, zamieniając w jaskinię. Shafiq zaklął znowu, wyprostował się i roztarł obolały kark.
– Chyba stworzył tunel z grobowca do jakiejś naturalnej, podziemnej groty.